KONSPIRACJA W TURZYSKU PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jerzy Oświecimski ps. "Lubicz"   
czwartek, 28 stycznia 2016 22:57

Po przybyciu do Turzyska otrzymałem zaświadczenie, ze jestem pracownikiem majątku Stawki, gdzie zamieszkałem wraz z rodzicami. W Turzysku nawiązałem kontakt z pchor.. Tadeuszem Koroną „Groński”, który wrócił z kampanii wrześniowej i pracował jako technik drogowy, ponieważ ukończył przed wojną średnią szkołę mierniczo-drogową w Kowlu. 17 września 1939 roku pchor. T. Korona będąc w Drohiczynie dowiedział się o przekroczeniu naszej granicy wschodniej przez hordy wojsk sowieckich. Usiłował jeszcze przedrzeć się do Lwowa, ale okazało się to niemożliwe. Przedostał się do Kowla, swego rodzinnego miasta, lecz musiał się ukrywać, aby uniknąć dokonywanych aresztowań oficerów i podchorążych Wojska Polskiego. Pochr. T. Korona zapoznał mnie z rodziną Rubkiewiczów. Wacław Rubkiewicz z zawodu leśniczy, żona Stefania, córki Nella i Grażyna i syn Henryk, schronili się u prałata ks. szambelana papieskiego dr. Józefa Buraczewskiego, byłego wykładowcy seminarium w Żytomierzu i Łucku (zmarł w 1961 roku). Parafialny kościół w Turzysku pod wezwaniem św. Franciszka Salezego z 1763 r. był w pięknym stylu barokowym, ufundowany przez Adama Ossolińskiego. Na zapleczu mieściła się plebania, gdzie spotykała się młodzież polska należąca do organizacji Armii Krajowej. Kościół został zburzony w czasie działań wojennych, a po wojnie rozebrany do fundamentów. Jedynie pozostała piękna mozaikowa  posadzka, na której urządzono plac rynkowy. Ponieważ ukraińscy komuniści i nacjonaliści niszczą ślady kultury polskiej na Wołyniu, nie ma dla nich nic świętego, kontynuują swój plan nacjonalistyczny wymazania polskości z tych terenów. Nella Rubkiewicz była łączniczką w konspiracji Armii Krajowej. W Turzysku również zapoznałem się z dowódcą odcinka Turzysk lekarzem medycyny Bogdanem Skowronem i jego rodziną: żoną Marią z domu Jagiełło oraz szwagierkami Jadzią i Aurelią. Bogdan Skowron został aresztowany przez gestapo, do czego przyczynili się Ukraińcy. Został uwięziony w Kowlu i tam prawdopodobnie stracony. Bezpośrednim moim dowódcą był pchor. T. Korona, z którym byłem bardzo zaprzyjaźniony. Pchor. T. Korona ps. „Groński” skontaktował mnie z Władysławem Staszczykiem ps. „Podhalanin”, który był organizatorem siatki konspiracyjnej na terenie miasta i okolic Turzyska. Ponieważ był pracownikiem arbajtzantu wielu Polaków uratował od wywózki do Niemiec, poniekąd byliśmy bezpieczni. Również od niego otrzymałem auswajs z adnotacją, ze jestem pracownikiem w majątku pod administracją niemiecką. Dzięki temu mogłem dość swobodnie poruszać się w terenie, co w pracy konspiracyjnej było konieczne. W Sielcu k/Turzyska w swojej posiadłości majątkowej mieszkał mój przyjaciel Tadeusz Nadzieja, z którym byłem w oddziale „Jastrzębia”. Na przedmieściu Turzyska przy drodze na Stawki, nie dochodząc do cerkwi prawosławnej, po drugiej stronie mieszkali moi koledzy: Stefan, Zbigniew i Karol Pirszele z matką i siostrą Haliną. Pchor. „Grońskiemu” i d-cy Skowronowi zdałem relację o powstałej w Turii placówce samoobrony zorganizowanej przez dr. Jana Romanowskiego i o zaistniałej tam sytuacji. W tym czasie zjawił się Matczuk, rządca majątku Zadyby i zaproponował mi udanie się wraz z nim do Turii, ponieważ będzie likwidował tam majątek i chce zabrać swoje rzeczy i może jestem tym wypadem zainteresowany. Otrzymałem od pchor.. „Grońskiego” pakiet do przekazania kpt. Romanowskiemu ps. „Doktor”. Pod osłoną nocy udałem się wraz z Matczukiem do Turii, omijając wioski i osady ukraińskie, idąc na przełaj znając dobrze ten teren. Przeszliśmy lasami, bezdrożami nieco nadkładając drogę. W Turii spotkałem się z kpt. Romanowskim  przekazując pakiet z dowództwa odcinka turzyskiego. Propozycje i instrukcje zawarte w pakiecie wyraźnie mu nie odpowiadały. Uwazał, ze jest związany z organizacją włodzimierską i pewnie się czuje na tym terenie. Przeprowadziłem rozmowę z moją ciotką Marią Oświecimską nakłaniając ją do niezwłocznego opuszczenia Turii wraz z synem Aleksandrem, ponieważ nie widziałem żadnych szans na przetrwanie. Przekazałem prośbę ojca, aby zamieszkała z nami w Stawkach, a potem wyjedziemy do Kowla do naszej rodziny Wandy i Antoniny Oświecimskiej. W zaistniałej sytuacji wszyscy winniśmy być razem i nie może pozostawać osamotniona. Wskazałem ciotce na zgrupowanie bulbowców na Wołczaku, Dominopolu i poszczególnych wsiach ukraińskich. Turia była osaczona i groziła jej niebawem zagłada. Jednak nie zdołałem przekonać ciotki o grożącym niebezpieczeństwie, że pogrom Polaków jest nieunikniony. Wszystkie wsie ukraińskich nacjonalistów żądne są polskiej krwi i grabieży polskiego mienia. Tak jak poprzednio wykończono Żydów i podzielono się ich dorobkiem życiowym. Była to propaganda i inicjatywa niemiecka. Hitlerowcom zależało, aby zajęli się Ukraińcy Polakami a nie będą utrudniać w działaniach wojennych i pomogą im w realizacji dyskryminacji narodu polskiego. Sowiecka propaganda również maczała swoje pazury w polskiej krwi licząc się z tym, ze po przyjściu na Wołyń nie będzie już kogo wysiedlać do Polski. To z biegiem czasu potwierdziło się. Maria Oświecimska była innego zdania. Uważała, że Ukraińcy jej krzywdy nie zrobią i nie pozwolą zrobić obcym przybyszom z innych stron, ponieważ to są jej wychowankowie. Przez wiele lat była kierowniczką szkoły w Rzewuszkach, a ukraińskie rodziny uważała za przyjaciół, których nieraz wspomagała. Niestety prawda była inna. Nie upłynęło pół roku i została wraz z synem w potworny sposób zamordowana. Zabrałem niezbędne nasze rzeczy i udałem się wraz z Matczakiem furmanką Antoniego Sitarza do Stawek. Matczak wytłumaczył Ukraińcom, że to są furmanki z majątku Zadyby i powołał się na ich „prowodyrów”, których wspomagał, wydając im majątkowe zboże. Wczesną wiosną transportowałem furmankami zboże z majątku Stawki do Kowla. Korzystając z tej sytuacji przerzuciłem swoją broń do Stefana Dobrowolskiego, który zamieszkiwał z moją ciotką Wandą Oświecimską przy ul. Górka 18, nie dochodząc do koszar 50 p.p. Na zapleczu od strony rzeki była druga posesja brata ojca Zygmunta Oświecimskiego, w której zamieszkiwała jego żona Antonina wraz z moją mamą, która wyjechała z majątku ze względu na bezpieczeństwo. Bestialski mord nacjonalistów ukraińskich wstrząsnął całą społecznością polską w Turzysku i w okolicy. W nocy z 10/11 kwietnia 1943 r. zamordowali bulbowcy z pod znaku „tryjzuba” Marcelego Leśniewskiego i jego synów Eugeniusza i Antoniego zamieszkałych w Radowiczach koło Turzyska. Zbrodnie popełnił Teodor Szabatura dowódca bandy. T. Szabatura przeszedł szkolenie w hitlerowskiej szkole policyjnej w Trawnikach k/Chełma Lubelskiego, potem był komendantem pomocniczej policji ukraińskiej w Kowlu. Opuścił swoich chlebodawców-hitlerowców udając się do bandy UPA. Zamordowanych Leśniewskich  pochował ks. dr. Józef Buraczewski, proboszcz parafii Turzysk. Córka Antonina Lesniewska ps. „Wierna” walczyła w szeregach 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty. (…) Przyszłość przyniosła jeszcze straszniejsze ofiary. Bandyci bulbowscy wyraźnie sprzyjali hitlerowcom i otrzymywali od nich broń i amunicję. Sonderfirer Loischner z Turzyska wraz z furmanem Worem z majątku Stawki wyjechał w teren bez obstawy. Kazał się zawieść na dworzec kolejowy, który położony jest poza miastem na końcu przedmieścia Turzyska. Tam czekały furmanki ukraińskie. Loischner wraz z Niemcami i zawiadowcą stacji, również Niemcem, otworzyli wagon towarowy, z którego na furmanki ładowano broń i amunicję ( przeważnie sowiecką), która została przysłana z Kowla. Sonderfirer z załadowanymi furmankami skierował się do wsi ukraińskiej Kulczyn opodal Turzyska i tam było jego spotkanie z hersztami band UPA, którym przekazał uzbrojenie. Nie był to jedyny przypadek współpracy hitlerowców z banderowcami. Zastępca Loischnera, Niemiec czeskiego pochodzenia z Sudetów, bardzo często odwiedzał Kulczyn wioząc ze sobą skrzynki granatów, amunicję. Wracał zazwyczaj pijany wstępując do majątku w Stawkach. W końcu kwietnia 1943 r. nad ranem banda bulbowców „Sosenki” napadła na majątek Stawki. W tym czasie w majątku przebywała dziesięcioosobowa ochrona niemieckich żołnierzy rekrutujących się z Polaków z Pomorza i ze Śląska, których przymusowo wcielono do Wermachtu. Żołnierze obronę podjęli w holu dworu, który był murowany, kryty dachówką, co utrudniało podpalenie pociskami zapalalnymi. Budynek posiadał obszerne piwnice, w których pracownicy majątku wraz z rodzinami schronili się opuszczając zamieszkiwane czworaki. Schronili się tam także pracownicy zamieszkujący we dworze, również buchalter Wytuszyński wraz z moim ojcem. Po drugiej stronie drogi Turzysk-Kulczyn znajdowały się budynki gospodarcze, w których mieściła się duża hodowla trzody chlewnej prowadzona przez pracownika Janiaka. Banderowcy zamordowali go wraz z rodziną. Hodowla została całkowicie zrabowana i podpalona. Pierwsze uderzenie na dwór było ze stanowiska ręcznego karabinu maszynowego ustawionego w rowie po drugiej stronie drogi. Ogniem ciągłym ostrzelano okna dworu i w oszklonym holu został raniony żołnierz w szyję i wyeliminowany z obrony. Część obrony dworu wiązała natarcie bulbowców od strony Turzyska, gdzie był park gęsto zarośnięty drzewami, a część broniła dojścia do zabudowy folwarku. Granatami żołnierze zlikwidowali stanowisko broni maszynowej po drugiej stronie drogi, lecz nie na długo. Jeden z fornali o nazwisku Wór, ryzykując życiem, dostał się do stajni, otworzył wrota i wypuścił konie. Potem banderowcy podpalili oborę, aby uzyskać lepszą widoczność w nocy. Dwór został oświetlony, a obok płonęło żywcem wiele krów i owiec. Szczęście mieliśmy, że wiatr nie wiał na dwór, lecz w stronę rzeki Turii, gdzie była stajnia. Wyczyn Wora był wielki, pod gradem kul uratował wiele koni, którymi się opiekował. W czasie pożaru wśród ukrywającej się ludności dworu powstała panika, krzyczeli „banderowcy nas wyrżną!” modlono się na głos. Banderowcy nasilili ogień. Przypuszczali ataki ze wszystkich stron, ale również stali się celem widocznym. Żołnierze zmieniali stanowiska broni maszynowej w zależności od wzmożonego kierunku natarcia. Drugi z kolei  żołnierz otrzymał postrzał w nogę i ramię, gdy wycofywał się z czworaku. Przez główne wejście wciągnęliśmy go do dworu, który ostał się jedynym punktem obrony, a siły malały. Ja i Wór wzięliśmy broń rannych, których umieszczono w podziemiach dworu i tam się nimi zaopiekowano. My zaś udaliśmy się do przybudówki dworu, gdzie pod osłoną dymu nastąpiło wzmożone natarcie banderowców. Sytuacja stawała się coraz gorsza. Bandyci za wszelką cenę usiłowali podpalić dwór, starając się wzniecić pożar dachu, który pozostawał w dużej mierze bez dachówek. Gdyby zaczął płonąć dwór, żołnierze zamierzali przebijać się przez park do Turzyska, pozostawiając Polaków na pastwę banderowcom. Łączność telefoniczna została zerwana i nie było możliwości wezwania pomocy, jednak silny pożar budynków folwarcznych, wzmożona strzelanina i wybuchy granatów oraz wystrzeliwane czerwone rakiety przez broniących się żołnierzy zaalarmowały placówki niemieckie w mieście i na dworcu kolejowym, które wraz ze świtem przyszły z odsieczą w opancerzonych pojazdach. Przybyła również policja polska niosąc pomoc ginącym rodakom. Dzięki temu nie zdołali nas wyrżnąć banderowcy, którzy atakując dwór krzyczeli: „Smert Lacham”. Ukraińcy dobrze wiedzieli, że broni nas załoga złożona z Polaków, ponieważ Ukraińcy ze wsi przychodzili do pracy w majątku . W końcu czerwca załoga niemiecka opuściła Turzysk miasto tylko pozostała placówka  niemiecka na dworcu kolejowym i na moście kolejowym przez rzekę Turię. Również na dworcu pozostał pociąg pancerny. Polacy gremialnie opuszczali miasto i przedmieścia, uciekając do Kowla, ładując się do pociągu towarowego lub własnymi środkami lokomocji. Do wagonów ładowali się przeważnie starcy, kobiety i dzieci. Mężczyźni usiłowali szosą wywieść i ocalic cokolwiek ze swego dobytku, a przede wszystkim żywność, która w przeludnionym już mieście była trudna do zdobycia. Po odtransportowaniu resztek ocalałych w majątku Stawki do Kowla, jako jedni z ostatnich opuszczaliśmy Turzysk. Usiłowaliśmy jeszcze zabrać naszą mąkę z młyna, gdy już na przedmieście wdzierały się uzbrojone bandy bulbowców. Strzelały od czasu do czasu, ale nie atakowały wycofujących się Niemców tylko uciekających furmankami Polaków. Wraz z banderowcami nadciągały ukraińskie furmanki ze wsi, aby grabić miasto, dorobek pozostawiony przez Polaków. Droga z Turzyska do Kowla wiodła przez tereny przeważnie zalesione, a pod Kowlem w lesie Horodelec droga była często ostrzeliwana przez banderowców. W dogodnych miejscach robili oni zasadzki na pojedyncze furmanki Polaków, które uprowadzali w głąb lasu i mordowali w bestialski sposób. Nasze ostatnie furmanki jeszcze podążały do Kowla pod osłoną Wermachtu, który zabierał swoje zaopatrzenie i sprzęt wojskowy.

Powyższy fragment wspomnień przepisał i wstawił B. Szarwiło, a materiał pochodzi z archiwum Feliksa Budzisza z Gdańska, który osobiście znał Jerzego Oświecimskiego żołnierza 27 WDP AK ps. „Lubicz” nieżyjącego już mieszkańca Gdyni.

 

Translate Google

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Sonda

Czy polityka Rządu RP w zakresie wyjaśnienia stosunków Polska-Ukraina jest
 

Serwis o Kresach

Pamiętaj o imieninach

Wczoraj : Macieja Marka
Dziś : Cezarego Donata
Jutro : Miroslawa Aleksandra
Pojutrze : Gabriela Anastazji

Statystyki

Użytkowników : 42
Artykułów : 455
Zakładki : 13
Odsłon : 2575751

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Szukaj

Kredyt dl Ciebie