Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

- Wkroczenie Niemców do Kowla pamiętam szczególnie, bo jako młody człowiek byłem ciekawy wrażeń - wspomina Roman Domański. – Liczyłem też, że w ogólnym zamieszaniu uda mi się coś „zakosić” dla rodziny. Sądziłem, ze w mieście podobnie jak po wejściu Sowietów powstanie bałagan. Tu się jednak srogo zawiodłem. Tuż za oddziałami liniowymi wkraczała do miasta niemiecka żandarmeria. Wjeżdżała do miasta na motocyklach, robiąc duże wrażenie. Każdy żandarm miał blachę na piersiach i hełm nasunięty głęboko na czoło. Ich formacja budziła respekt. Ja sam uznałem, że nie ma się na co oglądać, tylko trzeba do domu uciekać.  Niemiecka żandarmeria od razu przystąpiła bowiem do zaprowadzania porządków. Nikt z rodziny nie wiedział, jak będzie wyglądała okupacja niemiecka. Wszyscy liczyli, że będzie lepiej, ale rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. Niemcy wprowadzili rządy twardej ręki i nie ukrywali, że najbardziej zależy im na pozyskaniu robotników na przymusowe roboty. Każdy, kto nie pracował musiał się liczyć, że zostanie wywieziony do Rzeszy. Mnie się jakoś udawało, ale przed Wielkanocą w 1942 r. zostałem zatrzymany na ulicy, gdy szedłem do spowiedzi i osadzony w obozie pracy. - Mieścił się on w Kowlu, przy tej samej ulicy co dom pana Romana, w odległości pół kilometra od niego. Życie w tym przybytku było bardzo ciężkie.

Bił do utraty przytomności

- Każdy musiał ponad siły pracować. Ja z kolegą codziennie do godziny dwunastej musiałem rozładować kolejową węglarkę, na której było 25 ton węgla i pozbierać każdą bryłkę, która spadła na ziemię. Po takiej pracy byłem kompletnie wykończony. Nie wolno było przy niej ani chwili odpocząć, żeby złapać oddech. Wzdłuż wagonów na podwyższeniu chodził esesman w czarnym mundurze ze szpicrutą w ręku. Gdy złapał kogoś nie machającego łopatą, zwyrodnialec ten bił go aż do utraty przytomności. Potrafił też zakatować na śmierć. Ratowali mnie rodzice, którzy przez płot podawali mi nieco jedzenia. Obóz ten nie był bowiem bardzo silnie  strzeżony. Uciec z niego jednak nie mogłem, bo wtedy Niemcy aresztowaliby rodziców. Przebywałem w nim w sumie dwa miesiące. Pewnego dnia na dziedziniec wpadł oddział żandarmerii. Dowodzący nim oficer zaczął z listy wyczytywać nazwiska więźniów i ustawiać ich w szeregu. Mnie coś tknęło i postanowiłem skorzystać ze skrytki, którą sobie zawczasu przygotowałem. Więźniowie obozu mieszkali w dawnym magazynie zbożowym. Ja miałem pryczę na piętrze i kładąc się patrzyłem na poddasze magazynu, który tylko do połowy był zaszalowany deskami. Podważyłem go w jednym miejscu, by w razie czego można było je podnieść i za nimi się schować. Poinformowałem o skrytce swojego sąsiada z pryczy Rosjanina Saszkę. Niemcy wywieźli go na roboty, ale uciekł z transportu i ponownie został złapany. Jak żandarmi zaczęli ustawiać więźniów na dziedzińcu, razem z Saszką schroniliśmy się w skrytce. Gdy wszyscy więźniowie byli na dziedzińcu, żandarmi sprawdzili jeszcze wszystkie pomieszczenia, czy nikt z nich nie został. Na poddasze jednak na szczęście nie zaglądali... Dwustu więźniów żandarmi zapędzili niedaleko na łąkę i kazali im kopać groby. Następnie wszystkich rozstrzelali

Ucieczka do domu.

- Bardzo to z Saszką przeżywaliśmy. Obawialiśmy się, że Niemcy wrócą i dokładnie przeszukają spichlerz. Ostatecznie jednak tego nie zrobili. Nocą zeszliśmy na dół. Drzwi od spichlerza były zamknięte. Wróciliśmy na górę. Związaliśmy z koców linę i spuściliśmy się na dół od strony, z której nie było ogrodzenia. Szybko później dotarliśmy do mojego domu. Tu już mnie opłakiwano. Rodzice wiedzieli przecież, ze więźniów rozstrzelano. Strasznie się uradowali.

Niemcy na szczęście nie zorientowali się, że dwóch więźniów uciekło, unikając rozstrzelania. Pana Romana nikt nie szukał. Musiał się zarejestrować, by zalegalizować swój pobyt w Kowlu i pójść do pracy. Saszka dzięki jego pomocy dostał się do oddziału radzieckiej partyzantki. Spotkał go później jako żołnierz 27 Dywizji Piechoty AK, na defiladzie w Turzyskach. On sam zaczął pracować jako elektryk w miejscowej elektrowni, dzięki czemu uniknął wywózki do Niemiec. Uznano go za fachowca niezbędnego na miejscu.  Pracując w elektrowni zaczął też wiązać się z konspiracją. Funkcjonowała ona w systemie piątkowym. Żaden nie mógł znać więcej konspiratorów, żeby uniknąć wpadki.

Zdobywanie broni

- Mój brat pracował na kolei, dzięki czemu mogłem z nim chodzić na dworzec i kraść broń niemieckim żołnierzom - wspomina Roman Domański. - Zakładaliśmy z bratem długie płaszcze przedwojennej kawalerii i kręciliśmy się po peronie. Gdy podjeżdżał transport niemiecki z frontu, to żołnierze wyskakiwali z pociągu, stawiali karabiny pod ścianą i biegli do pobliskiego baraku po suchy prowiant. My w tym czasie braliśmy po karabinie pod płaszcze i na bezczelnego przechodziliśmy obok niemieckiej wartowni. Było to oczywiście bardzo niebezpieczne, bo przy wpadce zaraz by nas rozstrzelano, ale nam się jakoś udawało, dzięki czemu broni nam nie brakowało. Brakowało nam jednak do niej amunicji. Nawiązałem wtedy kontakt z „kwarantanną”. Był to oddział na dworcu, przez którym musiał przejść każdy żołnierz jadący z frontu na urlop. Kąpali się w nim, przechodzi odwszenie i inne zabiegi higieniczne. Ich odzież też przechodziła odwszenie, a każdy z żołnierzy miał w kieszeni z reguły po kilka naboi. Dziewczyny pracujące w kwarantannie je zabierały i przerzucały przez płot. Tam o określonej porze zjawiałem się ja i je zbierałem. Raz trafiło się pięć, a innym razem pięćdziesiąt naboi. Zdobywaną broń i amunicję przekazywaliśmy do tworzących się samoobron, w tym m.in. do Zasmyk.

Kwatera „Kowala”

Rodzina pana Domańskiego z biegiem miesięcy coraz bardziej angażowała się w sprawy konspiracji. W ich domu zaczął kwaterować mjr „Kowal”, czyli Jan Szatowski, który od lutego 1943r. od Komendy Głównej AK otrzymał przydział na funkcję inspektora Inspektoratu Kowel i przystąpił do jej wykonywania.

- Na co dzień oficjalnie pracował i wynajmował od nas mieszkanie, a nieoficjalnie kierował inspektoratem - wspomina Roman Domański. – Cała nasza rodzina wiedziała oczywiście, kim jest i co robi. Nawet mama byłą wtajemniczona. Inaczej jednak być nie mogło. Przychodziły do nas przecież łączniczki, odbywały się różne narady i spotkania. Do moich konspiracyjno - domowych obowiązków należało też chowanie na strychu domu i przynoszenie kasetki,  w której przechowywano tajne dokumenty inspektoratu i pieniądze. Jak wracałem ze strychu, byłem zawsze czarny od kurzu i pajęczyn.

Na początku 1943 r. zagrożenia ze strony Ukraińców w Kowlu się nie odczuwało. Dopiero na początku lata zaczęły do jego mieszkańców docierać informacje o mordach popełnionych przez nich na Polakach.

- Z naszej rodziny mieszkającej w okolicy Zasmyk też wiele osób zostało zamordowanych - wspomina Roman Domański. - Z rąk ukraińskich zginęli m.in. wujostwo Kamienieccy z Antonówki k. Zasmyk. Pozostałym członkom naszej rodziny udało się uciec do Kowla. Zatrzymali się u nas, a później znaleźli sobie nowe kwatery. U nas było już za ciasno.

Wymarsz do lasu

Gdy w lipcu 1943 r. mordy ludności polskiej znacznie się nasiliły, pan Roman chciał wstąpić do jednego z oddziałów i z bronią w ręku walczyć w obronie zabijanych rodaków. Decyzja władz konspiracyjnych byłą jednak inna. Wyruszył w pole dopiero 16 stycznia 1944 r. na mobilizację oddziałów, mających wejść w skład 27 Dywizji Piechoty Armii Krajowej.

- 16 stycznia 1944 r., w niedzielę tuż po świętach przyszedł rozkaz wymarszu - wspomina Roman Domański. - Mieliśmy się zameldować w Zielonej - 3 km od Kowla za rzeką Turją. Rzeka była skuta lodem i przekroczyliśmy ją bez przeszkód. Razem ze mną szła córka sąsiadów Kucharczyków, która w dywizji miała być sanitariuszką. Tuż za rzeką znienacka usłyszeliśmy okrzyk - halt! Z przydrożnych krzyków wynurzyło się dwóch Niemców i zażądało dokumentów. Gdy je pokazaliśmy, jeden z nich kazał mi rozpiąć płaszcz i otworzyć walizkę, by sprawdzić, czy nie mamy broni. Sytuacja nie wyglądała wesoło. Jeden z Niemców trzymał wymierzony w nas pistolet maszynowy. Widząc moje zdenerwowanie jeden z Niemców nagle zaczął się śmiać. Klepnął mnie w ramię i powiedział - idź, gdzie masz iść! Okazało się, że jest to czujka naszego oddziału, która zabezpieczała teren pilnując, by nie przekradli się nań w cywilnych ubraniach Ukraińcy. Szybko dotarliśmy do celu. W ciągu dwóch dni wszyscy członkowie kowelskiej konspiracji zameldowali się na miejscu koncentracji. Dzięki temu sformowano kilka batalionów. Ja po przenocowaniu już dostałem przydział do batalionu „Trzaski”, czyli Zbigniewa Twardego, a następnego dnia już pełniłem wartę, uzbrojony w myśliwski mauzerek. Oficerowie nie dali nam się nudzić. Poddano nas normalnemu wojskowemu szkoleniu. W myśl regulaminów obowiązujących w polskiej armii do września 1939 r. Musztra, zajęcia z taktyki, terenoznawstwa i szkolenie ogniowe wypełniało cały nasz czas.

Złapaliśmy wszy

- Wieczorem padaliśmy z nóg i błyskawicznie zasypialiśmy w chatach, w których wyznaczono kwaterę. Były to chaty Ukraińców, którzy masowo uciekli z terenu zajmowanego przez formujące się oddziały dywizji. W chatach tych niestety od razu złapaliśmy wszy. Ukraińcy niestety nie dbali o higienę i oprócz brudu w ich domostwach można było spotkać wszelkie insekty. Miałem ze sobą siedem  koszul i w pierwszych tygodniach starałem się dbać o higienę. Gorzej było, gdy Niemcy starali się wyprzeć nas z zajmowanego terenu i wziąć w okrążenie. Wtedy już nic nie miałem na zmianę. O kąpieli można było tylko pomarzyć, a do picia, tak jak inni, miałem wodę z kałuży. Wszy strasznie nam dokuczały. Jak tylko zdarzyła się jakaś przerwa w boju i można było usiąść na słońcu, to każdy rozbierał się do naga i zeskrobywał z siebie gnidy i starał się wybić wszystkie wszy...

Gdy doszło do pierwszych kontaktów oddziału , w którym służył Roman Domański z formacjami radzieckimi, z którymi dywizja toczyła wspólne boje z Niemcami na kowelskim przedpolu, uzbroił się on w radziecką pepeszę. – Jak walczyliśmy o Turzysk, to powiedziano mi, że obok na polanie stacjonuje pułk ruskiej artylerii - wspomina. - Z czystej ciekawości poszedłem go zobaczyć. Składał się zaledwie z czterech moździerzy. Ruski oficer, który mnie zobaczył, od razu zapytał mnie - machniom szto nibudź? - Odpowiedziałem, że tak i pokazałem mu złoty carski zegarek. Tamten zbaraniał. Od razu zapytał - co chce za to? Odpowiedziałem, że jego pepeszę. Ten ani przez moment się nie zastanawiał. Zdjął pepeszę i wręczył mi jeszcze dodatkowo dwa mieszki amunicji. Z broni tej jednak nie byłem zadowolony. W lasach mosurskich, gdy miałem Niemców na muszce, zacięła mi się cholera. Tak się do tej pepeszy zniechęciłem , że ją od razu wymieniłem na mauzera. To była dobra i pewna broń. Jak kogoś wziąłem na cel, to nie było szans, żebym z niej spudłował.

Popisy minera

W lasach mosurskich dobry karabin był panu Romanowi szczególnie potrzebny. Dywizja pancerna SS - Viking okrążyła całe jego zgrupowanie, zmuszając do ciągłego cofania. - Przez trzy dni prowadziliśmy walkę z karabinami i granatami na czołgi - wspomina pan Roman. – Mieliśmy dwa działka przeciwpancerne, ale szybko skończyła się do nich amunicja i były bezużyteczne. W lesie, jak się cofaliśmy, ponieważ byłem minerem, do moich zadań należało minowanie dróg i leśnych duktów. Gdy okopaliśmy się po kolejnym wycofaniu, Niemcy ponownie nas dociskali, atakując pod osłoną czołgów. Gdy doszło do ataku, ziemia się trzęsła. Obserwując ich atak czekałem zawsze, czy któryś z czołgów wjedzie na przygotowaną przeze mnie minę. Niektóre z nich wjeżdżały. Pierwszy czołg, który na nią wjechał, eksplodował jakieś 50 m ode mnie na drodze do leśniczówki. 10 kg trotylu, na które wjechał, rozwaliło podłogę w czołgu i spowodowało eksplozję znajdującej się w nim amunicji. Wieża czołgu wyleciała w powietrze i poszła w las. Natłukliśmy wtedy Niemców bardzo dużo, a także współpracujących z nimi Węgrów. Tych bowiem Niemcy wypychali do boju w pierwszym szeregu, a sami szli za nimi. Po odparciu natarcia wieczorem wychodziliśmy na przedpole, żeby pozbierać porzuconą przez wrogów broń i inne wyposażenie. Idąc we dwóch z kolegą natrafiliśmy m.in. na rannego Węgra. Opatrzyliśmy go i zaprowadzili na punkt sanitarny.

„Marmolada”

- Mieliśmy w oddziale prawdziwego specjalistę od takich wypadów, zwanego „Marmoladą”. Przyszedł do naszego oddziału po zdezerterowaniu z niemieckiej żandarmerii, gdzie karmili go tą marmoladą i bez przerwy o niej mówił. W dywizji kuchnia takich specjałów nie oferowała i bardzo mu jej brakowało. On pierwszy wychodził na przedpola i wracał obwieszony butami, które ściągał z nóg zabitych żołnierzy i rozmaitym uzbrojeniem.

Pan Roman wraz z kolegami toczył także walki z Ukraińcami. O ich umiejętnościach bojowych nie ma on najlepszego zdania.

- To straszni tchórze i hołota - podkreśla. - Mordując bezbronnych byli bohaterami. Gdy napotkali na opór, uciekali, gdzie pieprz rośnie, machając rękami . Mówiliśmy wtedy, ze rąbią wiatrak. Owszem zdarzali się wśród nich także mołojcy, ale stanowili rzadkość.

Marek A. Koprowski

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/wspomnienia-minera-27-wdpak

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

PAMIĘTAJ PAMIETAĆ

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
495
Odsłon artykułów:
3044772

Odwiedza nas 56 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo