Drukuj
Odsłony: 4886

Tadeusz Socha żołnierz 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (pseudonim „Dąb”) na Wołyniu znalazł się przypadkiem. Pochodzi bowiem z przedwojennego województwa krakowskiego, a urodził się w Czarnej w powiecie dębickim z matki Józefy z domu Bielawa i ojca Władysława w 1924 r. Jego ojciec pracował na kolei w Tarnowie jako urzędnik, a matka zajmowała się wychowaniem dzieci i prowadzeniem domu. Pan Tadeusz miał jeszcze młodszą o trzy lata siostrę Krystynę. Rodzice pana Sochy z racji pracy ojca zmieniali miejsca zamieszkania. Z Czarnej przeprowadzili się do Nowego Sącza, a później z powrotem do Czarnej. Po szkole podstawowej pan Tadeusz w 1938 r. rozpoczął naukę w gimnazjum mechanicznym w Dębicy. Była to specyficzna placówka, bo pod zarządem wojska. Uczniowie chodzili w niej w mundurach i odbywali ćwiczenia wojskowe. Umiejętności nabyte w tej szkole przydały się później panu Tadeuszowi w konspiracji. One też w jakiejś mierze spowodowały również, że trafił na Wołyń. W miesiąc po zakończeniu działań wojennych został przez Niemców zapędzony do pracy przy budowie strategicznej drogi Kraków- Przemyśl. Później skierowano go do wyrębu lasu w Pustkowie k. Dębicy, gdzie budowano wielką bazę dla formacji SS. Pod koniec kwietnia 1941 r. jako przedwojennego ucznia gimnazjum mechanicznego wysłano go do Krakowa, gdzie miał przejść kurs obróbki metali w zawodowej szkole rzemieślniczej. Trwał on 6 tygodni. Po jego zakończeniu panu Tadeuszowi udało się wrócić w rodzinne strony.

Uciekł z transportu

Uciekł bowiem z transportu wywożącego robotników przymusowych do Niemiec. Dzięki pomocy państwa Hoffmanów udało mu się zalegalizować swój pobyt w domu, ale Arbeitsamt w Dębicy skierował go do pracy w firmie K. Werk Schultz, pracującej dla HKP (Herreskraftfahrpark), wykonującej zadania dla wojska niemieckiego. W praktyce okazało się, ze zajmowała się wyłącznie remontowaniem samochodów wojskowych. Pan Tadeusz wraz z kolegami trafił do warsztatów w Mariupolu, mieście położonym nad Morzem Azowskim na Wschodniej Ukrainie. Po klęsce Niemców pod Stalingradem, warsztaty firmy K. Werk Schultz zostały przeniesione na Wołyń. Podzielono je na dwie części. Jedną umieszczono w Łucku , a drugą we Włodzimierzu Wołyńskim. Do tej drugiej został właśnie przydzielony Tadeusz Socha.

- Warsztaty naszej firmy zlokalizowano na terenie dawnych koszar 19 pułku ułanów przy ulicy Topolowej, a konkretnie dawnej ujeżdżalni koni – wspomina pan Tadeusz. – Nas zakwaterowano w salach koszarowych. Zarówno warunki pracy, jak i zakwaterowania mieliśmy całkiem dobre. Mankamentem było słabe wyżywienie. Szybko jednak ten problem rozwiązaliśmy poprzez zaprzyjaźnienie się z polskimi rodzinami mieszkającymi we Włodzimierzu. Pracując w niemieckiej firmie, która była wyposażona w różne maszyny i duże ilości sprzętu, mieliśmy możliwości świadczenia wielu usług, które mogliśmy wymieniać na żywność. Dorabialiśmy różne części do maszyn, spawaliśmy uszkodzone elementy maszyn rolniczych. Za wyświadczone usługi, a także materiały takie jak benzyna, czy stal, dostawaliśmy żywność, najczęściej w postaci kawałka słoniny, czy chleba, którego nam stale brakowało.

Każdy miał swoją melinę

„Po dwóch tygodniach pobytu w tym mieście każdy z nas miał już swoją „melinę”, czyli zaprzyjaźnioną rodzinę. Szybko zdobyliśmy zaufanie mieszkańców Włodzimierza Wołyńskiego i szybko wciągnięto nas też do konspiracji. Stało się to za sprawą „Wira” –  Władysława Siemaszki, który zajmował się rozbudową włodzimierskiej organizacji. Zostaliśmy zorganizowani w cztero-, pięcioosobowe grupy, nic o sobie nie wiedząc i wykonując różne zadania. W skład grupy, do której ja należałem wchodzili tacy koledzy jak: Stanisław Idziniak, Lucjan Gajdzik, Marian Zdzisław Lechowicz i Zenon Zbroniec. Jednym z głównych zadań, jakie postawiono przed nami, była penetracja możliwie dużej ilości samochodów przekazywanych do remontu i wyciąganie z nich wszystkiego, co mogłoby być przydatne dla partyzantów, czy też mieszkańców. W dalszej kolejności było zadanie opróżniania zbiorników samochodowych z benzyny i oleju napędowego, które w kanistrach przekazywano na wcześniej wyznaczone punkty. Później rozszerzono jeszcze asortyment zamówień o amunicję i broń, które czasami znajdowały się w naszym zasięgu. Na terenie koszar, w których stacjonowaliśmy było zmagazynowane wiele sowieckiej amunicji, którą krasnoarmiejcy pozostawili, uciekając w 1941 r. przed Niemcami. Zakradaliśmy się do magazynu przez okno i wykradaliśmy amunicję leżącą w koszarach. Z każdego  zabieraliśmy kilka sztuk naboi tak, że Niemcy nie mogli się zorientować, że coś ubyło. Było to oczywiście ryzykowne. Osoba złapana z torba amunicji od razu szła pod ścianę. Aż do momentu pójścia na koncentrację dywizji nikt jednak z nas nie wpadł. Dopiero w lesie zorientowaliśmy się też, że nie byliśmy jedynymi, którzy zaangażowali się w konspirację. Aż 14 spośród 50 Polaków z firmy należało do konspiracji…

Wymarsz do lasu

Pan Tadeusz Socha ma niewątpliwie dar opowiadania, a że pamięć ma doskonałą, więc sypie faktami, jak z rękawa. Pamięta, jak tuż po Świętach Bożego Narodzenia 1943 r. dowiedział się, że jego grupa ma się przygotować do wymarszu do lasu.

- Wraz z kolegami wczesnym rankiem udaliśmy się na wyznaczony punkt, skąd łącznik zaprowadził nas do miejscowości, w której formowała się kompania Jerzego Krasowskiego – wspomina pan Tadeusz. – W niej rozpocząłem swoją partyzancką karierę. Wcześniej złożyliśmy przysięgę, a przyjmujący ją oficer wymyślił mi pseudonim.- Wyglądasz, jak dąbczak więc będziesz „Dębem” – oświadczył i tak już zostało!

- Z kompanią „Lecha” uczestniczyłem w kilku wypadach bojowych , między innymi zdobywaliśmy sąsiadujący z Siedliskami (w których stacjonowaliśmy) Puzów. Wieś tę UPA przekształciła w swoją twierdzę i bezwzględnie musiała być zlikwidowana, bo inaczej Ukraińcy mogliby nas z niej ostrzeliwać. Nie działaliśmy oczywiście jak UPA. Zależało nam tylko, by Ukraińcy opuścili wieś i nie stanowili dla nas zagrożenia. Nie było to, jak się okazało trudne zadanie. Ukraińcy jak tylko zobaczyli naszą tyralierę, to natychmiast uciekli. Gdy zajęliśmy całą wieś, po kilku godzinach zbliżył się do niej oddział Węgrów, formalnie wtedy będących sojusznikami Niemców. Myśleliśmy, że idą Ukraińcom z odsieczą. Okazało się jednak, że oddział nie zamierzał z nami walczyć. Chcieli z nami pohandlować. Za cztery świnie ofiarowali nam dwa duże wiadra granatów i spore ilości niemieckiej amunicji do karabinów typu mauzer. Terminowanie u „Lecha” trwało jednak krótko. Wachmistrz Piotr Kosikowski „Sawa” wypatrzył mnie w jego kompanii i spowodował, że przeniesiono mnie do żandarmerii. Służba w niej miała zupełnie inny charakter niż w kompanii u „Lecha”. Pełniliśmy rolę policji pilnującej porządku wśród partyzantów, a także na terenie opanowanym przez dywizję czyli specyficznej Republiki Wołyńskiej. Nie było to zajęcie łatwe i przyjemne. Trzeba było nieustannie patrolować teren, pilnować Niemców wziętych do niewoli. Tych ostatnich było czasem kilku, a czasem kilkudziesięciu. Najwięcej mieliśmy ich 76. Pilnowaliśmy ich w sumie przez kilkanaście dni. Przekazaliśmy ich później niemieckim władzom powiatowym we Włodzimierzu Wołyńskim. W zamian za to Niemcy zwolnili 450 zakładników, których aresztowali w tym mieście. Pośredniczył w tej operacji ks. Stanisław Kobyłecki i inni parlamentariusze.”

Przed sądem wojennym

- Oprócz Niemców w naszym areszcie często przebywali też ludzie z band UPA, a czasem Polacy. Z reguły stawali oni przed sądem wojennym, którego wyroki zatwierdzał dowódca dywizji. Choć warunki działania były polowe, to nikt, nawet Ukrainiec nie został skazany na śmierć, jeżeli były tylko jakieś wątpliwości. Przez cały czas naszego pobytu w Siedliskach w okresie trzech miesięcy, mimo sporej grupy podejrzanych, na karę śmierci skazano tylko 4 nacjonalistów ukraińskich, w tym jedną kobietę oraz jednego Polaka czyli razem pięć osób. Pamiętam doskonale proces Polaka, który wyjątkowo źle zachowywał się, służąc w policji pomocniczej zorganizowanej przez Niemców, a za łapówkę chciał się dostać do dywizji. Stałem wewnątrz salki, gdzie odbywał się proces i słyszałem zeznania 11 kolegów partyzantów. Wszyscy najpierw przysięgali na krucyfiks, który stał na stole sędziowskim, że będą mówili prawdę i tylko prawdę. Wszyscy złożyli zeznania obciążające oskarżonego. Ten został skazany na karę śmierci. Po ogłoszeniu wyroku upadł on na twarz przed stołem sędziowskim, prosząc o zmianę wyroku. Tego rzecz jasna nie uczyniono, ale wysłano do dowódcy dywizji do zatwierdzenia. Po trzech dniach dowódca wyrok zatwierdził i polecił jego wykonanie. Nie obeszło się przy tym bez przykrych sytuacji. Skazanego wyprowadzono  na miejsce egzekucji i na jego prośbę pozwolono mu uklęknąć i pomodlić się. Ten jednak zerwał się z klęczek i zaczął uciekać. Żandarm wyznaczony do wykonania wyroku miał tylko jeden nabój w lufie karabinu. Wycelował do uciekiniera i zastrzelił, ale kilkadziesiąt metrów od wykopanej mogiły. Trzeba go było przenosić…

Niedoszły zabójca

Wspomnienie tego typu wydarzeń nie jest z pewnością dla pana Tadeusza łatwe. Pomimo, że minęło od nich ponad 60 lat wciąż ma je przed oczami. Pamięta twarz zapłakanej rannej kobiety, którą chciał zastrzelić jako ukraińskiego szpiega polski partyzant. „Parę” tę napotkał wracając z patrolu w Bielinie razem z towarzyszącym mu kolegą.

-Niedoszły zabójca był pijany, więc musieliśmy go rozbroić – mówi Tadeusz Socha.- Na saniach zarekwirowanej w Bielinie podwody przewieźliśmy go do Siedlisk i umieściliśmy w areszcie. Po przeprowadzeniu śledztwa okazało się, że kobieta nie jest Ukrainką, ale Bogu ducha winna Polką, a jej niedoszłym zabójcą jeden z najstarszych partyzantów, któremu wcześniej Ukraińcy z UPA wymordowali całą rodzinę. Gdyby nie ten ostatni fakt, partyzant z pewnością zostałby rozstrzelany. Sędziowie wzięli pod uwagę losy jego rodziny i chorobliwe uczulenie na zagrożenie ze strony Ukraińców. Skazany został na miesiąc aresztu. Z tego tytułu mogliśmy się bliżej poznać. Najpierw mnie zrugał, że jako żandarm przy jego zatrzymaniu zachowałem się nieprofesjonalnie. Powinienem mu bowiem związać ręce. Gdyby bowiem chciał, mógłby mi zrobić krzywdę tym bardziej, że nie zależało mu na życiu, nie mógł się bowiem pogodzić, że z licznej jego rodziny ocalał tylko on…

Zdarzało się też, że pan Tadeusz musiał łagodzić spięcia między przedstawicielami władzy cywilnej, wyznaczonej przez władze partyzanckie.

- Taki przypadek miał miejsce m.in.  w Bielinie – mówi Tadeusz Socha. – Doszło tam do awantury między komendantem obrony cywilnej a miejscowymi mieszkańcami. Niewiele brakowało, żeby użyto broni. Udało nam się jednak z kolegą odebrać zbyt krewkiemu komendantowi broń i ciupasem odstawić go do chałupy. Roboty nam nie brakowało. Zdarzało się i to dość często, że po służbie byliśmy tak zmęczeni, że nawet własnych wszy nie chciało nam się zabijać i hodowaliśmy je na grzebiecie przez wiele dni…

Odwrót z republiki

Dzięki żandarmerii, w której służył Tadeusz Socha w Republice Wołyńskiej przez wiele tygodni panował ład i porządek. Liczyła zaś ona 600 km kw. i w całości była kontrolowana przez dywizję. Aż do świąt Wielkanocnych 1944r. i przypadających 9 i 10 kwietnia nie była ona niepokojona przez Niemców. Do jej likwidacji przystąpili dopiero , gdy Armia Czerwona znalazła się pod Kowlem. Tam duża ilość Niemców znalazła się w kotle, w związku z czym ich dowództwo szukało dróg ewakuacji. Najprostsza droga wiodła przez nasze terytorium. Niemcy musieli więc je odbić. Trzeba było się szybko z niego zwijać. Najpierw wyruszyliśmy w stronę Zamłynia. Kilkakrotnie musieliśmy odpierać ataki Niemców. Kilka dni zalegaliśmy w Torówce, kiedy ostatecznie udało nam się dojść do Zamłynia, ataki Niemców stały się najintensywniejsze. Kule co rusz gwizdały mi koło uszu. Największy dramat przeżywała maszerująca z nami ludność cywilna, która bała się zostać na opuszczonym przez nas terenie, obawiając się powrotu banderowców. Widziałem w odległości dwóch metrów od siebie na zejściu ze stromego zbocza kobietę z dwoma córeczkami, z których jedna – ośmioletnia dziewczynka – została trafiona kul a prosto w głowę. Złapałem ją za głowę, ale nie dawała już żadnych oznak życia.”

Pociąg pancerny

- Ostatecznie jednak udało nam się dotrzeć do linii torów pod Jagodzinem, które mieliśmy przekroczyć, by dostać się na teren opanowany przez Armię Czerwoną. Gdy już mieliśmy dokonać skoku na drugą stronę, nadjechał niemiecki pociąg pancerny, który nie tylko zablokował nam drogę, ale niemal nie zmasakrował nas swym ogniem. Musieliśmy wycofać się do pobliskiego lasu, gdzie chcieliśmy odpocząć. Straty ponieśliśmy duże . W nasze szeregi wkradł się bałagan. Nie wiedzieliśmy nawet, gdzie jesteśmy, ani dokąd mamy iść. Oficjalnym dowódcą naszego zgrupowania był kapitan Kazimierz Rzaniak „Garda”, ale nikt go nie widział. Na szczęście bałagan opanował porucznik Zygmunt Górka Grabowski „Zając”. W nocy podjęliśmy w innym miejscu próbę przejścia przez tory. Jak wielu kolegów podczas niej zostałem ciężko ranny i straciłem przytomność. Gdy się obudziłem, zobaczyłem stojących nade mną czterech mężczyzn, a wśród nich jeden w mundurze niemieckim. Poprosiłem go po niemiecku, który trochę znałem, by mnie zastrzelił. Oświadczył, że nie ma w tym interesu i poszedł z innymi dalej. Po jakimś czasie przyszło dwóch sanitariuszy, którzy przenieśli mnie na punkt opatrunkowy, gdzie znów straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, byłem w jakimś polowym szpitalu. Okazało się, że niemieckim.

Marek A. Koprowski

Źródło; "bibula.com"