Drukuj
Odsłony: 5578

- Po przybyciu do majątku z rozmowy z panem Sawickim dowiedziałem się, że Niemcy nie zmienili systemu zarządzania upaństwowionymi majątkami ziemian, nadali mu tylko inną nazwę - kontynuuje swoje wspomnienia Jan Lipiński. Majątek ojca z tytułu wielkości, miał przecież 713 ha, i osiągów gospodarczych mojego ojca pełnił w nim rolę centralną. Dołączone zostały do niego majątki Matynowskich, Kaczkowskich, Wojtychów, a także majątki Chołopecze  i Derecz oraz gospodarstwo Dąbrowa powstałe z połączonych gospodarstw kolonistów niemieckich ewakuowanych do Rzeszy w 1940 r. w ramach wymiany ludności między Niemcami a ZSRR.

Cały nowy twór nazywał się Stadt-gut Zaturce. Dom zbudowany przez mojego ojca czyli dwór, w którym spędziłem dzieciństwo, podzielono na wiele pomieszczeń, które zajmowali pracownicy dawnego sowchozu, a obecnego Stats-gut-u. Na podwórzu wzniesiono kilka nowych budynków. Po obejrzeniu gospodarstwa wróciłem na plebanię. Po przenocowaniu u księdza następnego dnia pojechałem do Łucka, gdzie mieszkał mój stryj, młodszy brat ojca - lekarz. Cała rodzina stryja na szczęście ocalała. Nikt nie został wywieziony. Ostatnia deportacja, w trakcie której mieli pojechać na Wschód nie doszła do skutku, bo wybuchła wojna. Po kilku tygodniach pobytu w Łucku, który był siedzibą Generalnego Komisariatu dla Wołynia , w tym i władz zajmujących się rolnictwem otrzymałem skierowanie do objęcia stanowiska kierownika majątku Zaturce. Po przyjeździe do niego ulokowałem się w małym pokoiku stanowiącym część dawnego salonu i rzuciłem się w wir pracy zawodowej.

Krótka pamięć Ukraińca

- Nadchodziła jesień, pora siewów, zbioru okopowych i orek zimowych. Miałem już ze sobą rzeczy, które przygotowała mi ciotka. Praca w Zaturcach nie była łatwa. W czasach działań wojennych rozgrabiono dużo koni i trzeba było zacząć od kompletowania sprzężaju, który stanowi podstawę prawidłowej gospodarki. Brakowało nam również wozów, węgla, drewna itp. Zacząłem się rozglądać za jakimiś znajomościami, żeby to i owo dla gospodarstwa zorganizować. Dowiedziałem się, że we władzach ukraińskich w Łucku ważną figurą jest pan Cyprianowicz, mający dług wobec naszej rodziny. Był on sekretarzem mojego stryja w Wiedniu, a gdy ten umarł w 1931 r. nie miał z czego żyć. Drugi mój stryj, właśnie ten lekarz z Włodzimierza, miał w pobliżu leśniczówkę, w której zatrudnił go jako administrator. Znałem go bardzo dobrze. Wielokrotnie siedzieliśmy z nim razem przy stole u stryja, jedliśmy obiad, rozmawiając oczywiście po polsku. Pojechałem do niego, odszukałem i wszedłem do jego gabinetu z otwartymi ramionami i uśmiechem na ustach. Od drzwi niemal krzyczę - O jak się cieszę, że pana widzę. - On zaś zimno oświadczył - ja po polsku ne rozumju. - Dosłownie zatkało mnie! Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem. Byłem wstrząśnięty, to on przez tyle lat jadł chleb polskiej rodziny, która go szanowała, a teraz, kiedy został ukraińskim urzędnikiem, zapomniał języka polskiego. Już wtedy rodził się na Wołyniu ukraiński nacjonalizm, który wkrótce wydał tragiczne owoce.

Dużo satysfakcji

Pan Jan jest wyraźnie wzburzony wspominaniem tego epizodu. Po raz pierwszy zetknął się wtedy z ukraińską wrogością. Gdy wrócił do rodowego majątku nie tylko administrator Sawicki, ale ukraińscy pracownicy majątku przyjęli go bardzo serdecznie. Z panem Cyprianowiczem już nigdy się nie spotkał. Jakoś sam poradził sobie z brakami w gospodarstwie i szybko udowodnił, że nie na darmo właśnie w nim ojciec upatrywał następcę w rodzimym majątku.

-Praca w Zaturcach dawała mi dużo satysfakcji - wspomina - Samodzielnie podejmowałem decyzje, wszystkiego osobiście doglądałem i efekty mimo ogromnych trudności zaczynały być widoczne. Majątek w Zaturcach dźwigał się powoli do stanu przedwojennego. Środki produkcji zdobywaliśmy na drodze wymiany z sąsiadami lub zaopatrywaliśmy się w nie w sposób specjalny. Brakujące żelazo, stal, blachę pozyskiwaliśmy z rozbitych bądź porzuconych czołgów sowieckich, które stały w dużych ilościach wzdłuż szosy. Węgiel wypalaliśmy z twardego drzewa. Służył on później do prac w kuźni. Uprząż dla koni szyli rymarze ze skór wyprawianych na miejscu. Pomysłowość ludzka sięgała wówczas szczytów.

Pan Jan nie tylko w Zaturcach pracował. Był młody i wolny czas wykorzystywał na kontakty towarzyskie z sąsiadami. - Do wielu pobliskich majątków, które weszły w skład zespołu Torczyn, takich jak Okorsk, Majówka czy Bogumiłów wrócili przedwojenni właściciele - wspomina – Było wśród nich sporo młodzieży. Mój wolny czas spędzałem właśnie z nią. Z wieloma jej przedstawicielami miałem jeszcze kontakty sprzed wojny. Często bawiliśmy się więc do białego rana. Oczywiście nie trwało to długo, ale na początku 1942r. atmosfera w kontaktach z sąsiadami była wprost beztroska...

Niemiecki zarządca

W 1942 r. Zaturce otrzymały zarządcę niemieckiego, ale to nie oznaczało zmniejszenia w nich roli Jana Lipińskiego. Wprost przeciwnie. - Zarządcą został Werner Muller, pochodzący spod Szczecina - mówi. - Zamieszkał on we dworze w Zaturcach i miał nadzór nad wszystkimi majątkami wchodzącymi w skład Zaturzec. Nie znał on żądnego języka poza niemieckim, którym ja władałem coraz lepiej. Stąd moja funkcja kierownika gospodarstwa automatycznie się poszerzała. Na spotkaniach Mullera z Sawickim, jak i naradach, które prowadził Muller, pełniłem funkcję tłumacza. Z niemieckiego tłumaczyłem na polski, urzędnicy ukraińscy rozumieli go doskonale i nie domagali się tłumaczenia na ukraiński. Nigdy na tym tle nie dochodziło między nami do żadnych zadrażnień. Wszyscy mnie szanowali wiedząc, że z Mullerem mogą mieć kontakt tylko przez moją osobę.

W 1942 r. Jan Lipiński po raz pierwszy zetknął się z tworzącą się w okolicy polską konspiracją.

Początki konspiracji

- Któregoś dnia wpadł do mnie Sławomir Dębski - wspomina. - Z jego rodziną znałem się bardzo dobrze. Jego ojciec był lekarzem w Kisielinie i bardzo często bywał w naszym domu. Najpierw z zawodowych obowiązków lecząc całą naszą rodzinę, później tak się z nami zaprzyjaźnił, że nawzajem odwiedzaliśmy się. Sławek był moim rówieśnikiem i często się przed wojną spotykaliśmy. On wtajemniczył mnie w konspiracyjne sprawy. Poszliśmy na spacer , podczas którego powiedział mi, że Ukraińcy zaczynają podnosić głowy i szykują się do mordowania Polaków, dlatego Polacy musza trzymać się razem i przygotować się do odparcia ataków. O Armii Krajowej wtedy się oczywiście jeszcze nie mówiło. Zaczęliśmy szukać broni ukrytej i zakopanej w ziemi przez Wojsko polskie we wrześniu 1939 r., a także porzuconą w 1941r. przez czerwonoarmistów. Przystąpiliśmy również do kupowania jej, a zwłaszcza amunicji od Niemców. Mieliśmy do tego niezłą walutę, czyli spirytus, wytwarzany w gorzelni funkcjonującej w ramach majątku Zaturce. Kierował nią pan Łyżwiński, któremu mimo ostrych kontroli niemieckiej akcyzy udało się od czasu do czasu zdobyć dla nas kanister spirytusu. Gdy jechaliśmy do Łucka samochodem z niemieckim zarządcą, to pod jego siedzenie wsadzałem właśnie ten kanister, unikając wszelkich kontroli. W Łucku wymieniałem spirytus na broń i amunicję u znajomych żołnierzy. Następnie znów ukrywałem ją pod siedzeniem zarządcy w samochodzie i znów wracaliśmy do Zaturców bez kontroli. Broni systematycznie więc nam przybywało. Stale po Mszy św. w kościele w Zaturcach spotykaliśmy się na plebani u ks. Gracjana Rudnickiego właściwego organizatora samoobrony w Zaturcach. Prace nad tworzeniem naszej organizacji zostały przyspieszone pierwszymi mordami dokonanymi na terenie parafii Zaturce. W lutym 1943 r. został uprowadzony z kolonii Jachimówka  nauczyciel Kwiatkowski, znaleziono go następnego dnia zarżniętego.

Mord zamiast wypłaty

- Także w lutym w obejściu bogatego Ukraińca zamordowano jego polskiego pracownika, który przyszedł się upomnieć o wypłatę. Był to młody 20-letni chłopak o nazwisku Rydz. W marcu 1943 r. w Mańkowie zamordowano nauczyciela Różańskiego, a w Warszawce Władysława Kwiatkowskiego. W kwietniu 1943 r. Ukraińcy porwali też w Mańkowie trzech Polaków, których odnaleziono w lesie, powiązanych drutem kolczastym z obciętymi językami. Wiosną 1943 r. wstąpiłem do Polskiego Związku Powstańczego, złożyłem przysięgę i otrzymałem pseudonim „Lech”. Na terenie parafii utworzono zaś placówkę samoobrony , która weszła w skład Odcinka „Rosomak”. Jej dowódcą został przedwojenny kapral WP Peretiatkowicz pseudonim „Marian”. Ja zostałem jego zastępcą d.s. kwatermistrzostwa i aprowizacji.  W jakiejś mierze naszą placówkę zalegalizowali Niemcy, przydzielając nam do obrony majątku przed bandami leśnymi 10 karabinów. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Ze wschodniego Wołynia docierały do nas coraz częstsze informacje o mordach popełnianych przez Ukraińców na ludności polskiej.  W czerwcu 1943 r. Ukraińcy tzn. UPA wraz z miejscowym chłopstwem dokonały napadów rabunkowych na okoliczne majątki. Nie ograniczyli się oczywiście do rabunków, ale mordowali  także polskich pracowników. Później usiłowali zdobyć Wolę Sadowską, ale zostali odparci przez samoobronę. Ocalała ludność schroniła się w Zaturcach i Torczynie. Lipiec dla nas był najtragiczniejszy. Doszło do mordu w Kisielinie. Banda z UPA urządziła tam prawdziwą „Krwawą niedzielę”. Dowiedziałem się o niej następnego dnia, czyli 12 lipca, gdy na podwórku majątku w Zaturcach zobaczyłem uciekinierów na wozach z dobytkiem i pieszych z małymi tobołami, starych i młodych, zdrowych i rannych. Z każdą chwilą ich przybywało. Zapełnili oni całe obejście i na pierwszy rzut oka oceniałem ten tłum uchodźców na od 300 do 500 osób. Jako zastępca dowódcy placówki samoobrony d.s. aprowizacyjnych i kierownik gospodarstwa przejętego przez Niemców zająłem się sprawami bytowymi uciekinierów. Najbardziej poszkodowanych, głównie rannych, umieszczaliśmy w gorzelni, w tym okresie nie pracującej, a posiadającej duże ilości pomieszczeń, a pomocy sanitarno-medycznej udzielali im pracownicy majątku. Od świadków dowiedziałem się szczegółów tragedii, jaka zaszła w Kisielinie.

Krwawa niedziela

- Miałem do nich nawet trochę pretensji, że nie pchnęli jakiegoś gońca do Zaturzec, bo wtedy nasz oddział samoobrony szybko skoczyłby do Kisielina i przepędził napastników. W samym Kisielinie, jak mi opowiadali świadkowie, napad Ukraińców wyglądał tak. Gdy Polacy zebrali się na Mszy św. w kisielińskim kościele, Ukraińcy zaatakowali go i zaczęli strzelać do modlących się przez drzwi główne świątyni. Części Polaków udało się schronić na plebani, która była murowana i połączona przejściem z kościołem. Wszystkich pozostałych Ukraińcy wymordowali. Kazali im się najpierw rozebrać do naga. Później rozstrzelali ich z karabinu maszynowego. Rannych dobijano przy pomocy różnych narzędzi. Ich zwłoki zawlekli następnie do rowu przy dworze i tam zakopano. Ukraińcy za wszelką cenę chcieli zdobyć także plebanię. Polacy zabarykadowali się w niej chroniąc na piętrze. Ukraińcy usiłując dostać się na piętro, wyrąbali dziurę w drzwiach zawalonych meblami i usiłowali podpalić schody wiodące na piętro. Jednocześnie przy pomocy drabin usiłowali wedrzeć się na piętro. Polakom udało się jednak odpychać te drabiny. Bronili się też cegłami i kaflami z rozbieranych pieców oraz kawałkami mebli. Ukraińcy zaczęli wtedy strzelać z drzew. Ogień z dołu nie przynosił jednak efektów. Usiłowali też atakować plebanię granatami. Mieszkańcy Kisielina trzymali się jednak mocno i po 11 godzinach Ukraińcy odstąpili. Polacy, którzy ocaleli ruszyli do swoich domostw, zabrali co który mógł i ruszyli do Zaturzec, alarmując po drodze okoliczne kolonie i wioski. Po kilku tygodniach nasz oddział samoobrony postanowił wyruszyć do Kisielina, żeby dokonać czegoś w rodzaju wizji lokalnej, przekonując się na własne oczy jak naprawdę wyglądały wypadki w Kisielinie.

Na miejscu zbrodni

- Wyjechaliśmy na dwóch furmankach dobrze uzbrojeni. Jechaliśmy przez las zaturzecki, który łączył się z kisielińskim. Po kilku godzinach zbliżyliśmy się do Kisielina. Ukraińcy pracujący na polach na nasz widok w popłochu uciekali. Myśleli pewnie, że jedziemy dokonać zemsty za mord dokonany na Polakach. Wjechaliśmy do zupełnie pustego Kisielina. Przejechaliśmy przez całe miasteczko wyglądające na wymarłe, bo kościół znajdował się po jego drugiej stronie. Dopiero po pewnym czasie podeszło do nas kilku Ukraińców i pokazało, gdzie jest grób ofiar. Od mogiły rozchodził się odór rozkładających się ciał. Były przysypane cienką warstwą piasku. Żadnej ekshumacji nie przeprowadzaliśmy, nie mieliśmy na to czasu. Weszliśmy też do kościoła. Cała jego podłoga była zawalona ubraniami ofiar. Wszędzie walały się jakieś płaszcze, spodnie, jakaś bielizna. Wszystkie sprzęty kościelne m.in. lichtarze były zrabowane. Wiedziałem, że w ołtarzu powinny być relikwie. Zabrałem je, by później przekazać proboszczowi w Zaturcach. Obejrzeliśmy też zniszczoną plebanię i pojechaliśmy do domu. Baliśmy się, że Ukraińcy jak się dowiedzą, że część oddziału samoobrony opuściła Zaturce, będą chcieli je zaatakować. Dla mnie jako osoby zarządzającej majątkiem był to bardzo trudny okres. Był to czas żniw, trzeba było godzić zbieranie zboża z pól z pomocą dla uciekinierów, którym też trzeba było dać jeść i znaleźć zajęcie. Część z nich przenosiła się do większych ośrodków jak Łuck, Włodzimierz czy Torczyn.

Uciekinierzy z Kisielina nie byli oczywiście ostatnimi, szukającymi schronienia w Zaturcach. Tutejsza placówka samoobrony pełniła bowiem funkcje kwatermistrzowskie dla mieszkańców uciekających z innych polskich ośrodków mordowanych przez bandy UPA.

- Nikogo nie odsyłaliśmy, każdy kto się do nas zgłosił był przyjmowany - podkreśla Jan Lipiński. - Wszyscy wiedzieli, że Zaturce to jest miejsce pewne, którego Ukraińcy nie atakują. Majątek będący centrum samoobrony leżał w dobrym miejscu, jakiś kilometr od ruchliwej szosy, przez którą często przejeżdżały niemieckie transporty. Okresowo stacjonowały w Zaturcach niewielkie oddziały żołnierzy niemieckich liczące kilkudziesięciu ludzi, które w nich wypoczywały wracając z frontu. Tylko raz UPA odważyło się zaatakować kolonię Lipnik będącą niejako forpocztą Zaturzec od strony Torczyna. Posterunek samoobrony przywitał napastników ogniem. Natychmiast wyruszyliśmy z pomocą. Gdy upowcy to zobaczyli, uciekli w popłochu. Nie grzeszyli bowiem odwagą, potrafili tylko mordować bezbronnych. Nie mieliśmy z nimi bezpośredniego kontaktu.

Co dalej?

Jesienią 1943 r. Jan Lipiński, podobnie jak pozostali mieszkańcy Zaturzec, po zakończeniu prac polowych, zaczął myśleć, co dalej. Było oczywiste, ze na Wołyń wkrótce wkroczy ponownie Armia Czerwona. Stało się to nawet szybciej niż się spodziewał.

- Pod koniec stycznia 1944 r. usłyszeliśmy odgłosy sowieckich dział - mówi. - Niemiecki zarządca Muller podjął decyzję o ewakuacji. 3 lutego uformowaliśmy tabor, w którym szły konie, krowy i owce i wyruszyliśmy w stronę Włodzimierza. W jego ramach jechali też wszyscy uciekinierzy żyjący w Zaturcach. Była to prawdziwa droga przez mękę. Ludzie i konie jakoś do Włodzimierza dotarły. Bydło i owce albo rozbiegły się, albo najzwyczajniej padły z zimna. Był przecież mróz. We Włodzimierzu część członków naszej samoobrony mająca broń ruszyła do Bielina, a następnie na koncentrację 27 Dywizji Piechoty AK. Pozostali przejechali Bug i napotykając polskie wsie, lokowali się gdzie kto mógł. Ja pojechałem do ojca, który nadal pracował w majątku Czechy w powiecie miechowskim niedaleko Krakowa. Tu doczekałem się Armii Radzieckiej i zacząłem na nowo urządzać swoje życie.

Marek A. Koprowski

Żródło;//www.kresy.pl/