Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

Podporucznik Kruk starał się trzymać prosto na swoim Rosynancie, minę jednak gdy się oglądał na pluton miał kwaśną. Wygląd plutonu na podwodach, droga, konisko same nie usposabiały pogodnie.  Kary poczciwiec podporucznika był wyjątkowo niezdarny, wzięto go z bałagulskiego zaprzęgu, w którym przez całe życie trudził się u prawej strony dyszla na szosach Łuck – Kowel – Ratno i „obrano” i teraz nie sposób było nim dowolnie powodować – głupiał biedaczysko, gdy nie czuł brzuchem dyszla, a pod nogami prawej koleiny.

Pluton ciągnął za dowódcą na sześciu furmankach wymoszczonych słomą. Szły  w równych odstępach i tylko to w całej kolumnie miało walor wojskowy. Reszta stanowiła niesłychaną pstrokacizną. Ponad trzydziestu żołnierzy, a nie uświadczysz dwóch jednakowo ubranych, jednakowo uzbrojonych. Każdy inaczej – każdy w tych łachach w jakich przyszedł z domu. Oficerowi umundurowanemu w niemiecki feld-grau odwracało twarz od tej zbieraniny palt, jesionek, kurtek, kożuchów najrozmaitszych fasonów i barw. A broń? Kolekcja starzyzny – rozmaite, obtłuczone kto wie po jakich dawnych frontach, stare  karabiny, ze dwa sztucery, gdzieniegdzie obrez sowieckiej gwintówki, parę pistoletów różnych marek. Gęby zaspane, niedomyte, smętne. Pogarbiło się bractwo na furach, pozwieszało nosy. Do kroćset! Chłopi jadący na jarmark wyglądają lepiej i dzielniej! Wreszcie droga… Wołyńska droga w marcu! Przetarta w zimie prosto przez śniegi teraz wiedzie skrajem rozkisłych rudych łąk, w poprzek zasiewów, podorywek, ugoru – bez różnicy i tylko miejscami wchodzi na właściwą drogę, twardszą i równiejszą, zresztą tak samo teraz błotnistą. Bajora na drodze, roztopy. Wybój za wybojem pełne błota i wody. Wozy wrzynają się w błoto po same osie. Nie! Nie miał podporucznik powodów do zadowolenia. Z takim wojskiem ma zaatakować w nocy nie jakąś wioskę ukraińską, ale uderzyć na regularny niemiecki garnizon w mieście.

Siedząc na pierwszym wozie obok taboryty Buldoga, pyzatego chłopaka wystrojonego   w mużycką siermięgę i okrągłą zieloną czapę z czerwonym otokiem – barwy NKWD – Paweł urzędował sumiennie. Nie należał do tego plutonu, zgłosił się do akcji na ochotnika. Jechał  z myślą o zbieraniu materiału do kroniki.

Rozglądał się bacznie dookoła. Bo może nagle pojawić się niemiecki samolot, może zagrozić inne niebezpieczeństwo – wśród sennej szóstki chłopców na wozie on jeden czujnie obserwował okolicę. Nikt nie jedzie naprzeciw, nikogo nie widać z tyłu, pola z prawej strony i łąki z lewej puste, bezludne. Pola schną w słońcu, na ogromnej połaci łąk kępy olch stoją wyraźne jak narysowane tuszem. Tu i ówdzie w szerokim obramieniu rudych łąk lustra wody. W tych lustrach błękit i biel, niekiedy oślepiający snop odblasku wesołego wiosennego słońca idącego wysoko nad stadem obłoków.

Mizerne konie brną noga za nogą. Wozy przechylają się z boku na bok, poskrzypują, kołyszą na wybojach. Chlupoce błoto, matowieją kałuże rozbełtane do dna przez podwody. Trzeba się mocno trzymać przy przechyłach wozu, może zsypać w błoto – tylko tego brakuje dla dopełnienia wyglądu żołnierzy… Od ciągłego balansowania po wybojach z siedziska robi się gniazdo coraz głębsze, kolana podchodzą pod brodę. Bałaganiarze taboryci zamiast mocno powiązanych snopów nakładli na wozy luźnej słomy.

Żołnierze prostują się nieco, gdy zaprzęgi wygramoliły się z błota i wychodzą na wzniesienie: polna  droga, pluton jedzie żwawiej, przez kilka minut koniki nawet cwałują.

Na czarnej, rosochatej gruszy na wzgórku aż szaro od wróbli. W uszach dzwoni od ich wiosennego ćwierkotu. Zupełnie jak dzieciarnia, gdy wyleci z klasy na przerwę – uśmiecha się Paweł. Parafrazuje wiersz Asnyka:

Siedzą ptaszki na drzewie i wojsku się dziwują, że najstarszy z nich nie wie, gdzie się wypad szykuje? Czy na wioski po wieprze, wyszywane koszule, czy na Niemców po lepsze karabiny i kule…?

Buldog dobywa z parcianej torby pajdę chleba, kawał kiełbasy – zaczyna jeść.

- Nie wziąłem na drogę – myśli Paweł. - Ale co tam żarcie! Grunt to się dorwać do broni… Wyobraźnia podsuwa obraz powrotu z wyprawy: jedzie tym samym drabiniakiem lecz czuje się inaczej: butniej, weselej! Kolanami ściska pięknie toczoną kolbę niemieckiego mausera. Pieści dłonią gładką stal lufy… Drugą zdobyczną sztukę wiezie pod słomą dla brata. Masz! – powie powściągając uśmiech. Zostawią pluton gospodarczy i zameldują się   w ogniowym: strzelec Jantar i strzelec Jogin, panie poruczniku!  Z własnymi karabinami!

Tymczasem u pasa ma jedynie nowiutką wprawdzie ale małą niemiecką siódemkę. Ukradł ją przed wyjściem z Kowla u szefa urzędu niemieckiego, gdzie pracował jako goniec. Wisiała w pustym przedpokoju Niemca razem z jego nowym oficerskim pasem obok płaszcza na wieszaku. Miał z sobą tego dnia teczkę, zajrzał do tego przedpokoju i – sekunda –  cały ten komplet stał się jego. Tego samego dnia zwędził także dwa granaty o długich drewnianych trzonkach i dwie pary niemieckich butów z sionki u szewców 11-ej kompanii piechoty kwaterującej w domkach urzędniczych Forstamtu. Jedną parę tych butów miał teraz na nogach, a drugą skradł mu na noclegu w Zielonej jakiś sukin syn –  plutonowy Kalosz na pewno. Jeden nabój zużył Paweł na próbny strzał jeszcze w Kowlu. Wlazł do schronu           w ogrodzie Sataniewiczów i strzelił w ścianę. A drugi niedawno, gdy go poproszono, by zastrzelił byka dla oddziału. Palnął mu w łeb między rogi, ale byk tylko wstrząsnął łbem, jak przed muchą. Dopiero od strzału z parabellum podchorążego Kazimierza najpierw  ukląkł na przednie nogi, potem zwalił się całym ciałem na ziemię.

Podporucznik Olszyna, eks-referent z Forstaufsichtsamtu, próbował zamienić się               z eks-gońcem na broń. Wtykał mu swoją, nieco większą, ale starą, niezgrabną dziewiątkę         i mówił wskazując Pawłowe cacko: Tę piękną broń powinien nosić wasz przełożony, oficer. Wam wystarczy ta…

Paweł nie zgodził się. To jego własność, sam ją sobie sprawił! Sprawił bardzo prosto, ale – dziwna rzecz – przez dobrych kilka lat potem co pewien czas wracało w jego snach ciężkie uczucie lęku. Nie może sobie przypomnieć, gdzie schował? Wie, że zaraz przyjdą i będą szukać po cały domu, ale nie pamięta, natęża pamięć i nie może przypomnieć – gdzie?  Męczy go ten wysiłek, widzi jakiś strych, jakiś komin, krokwie i z trudem uświadamia sobie, że to chyba tam i że przedmiotem wokół którego narasta ten koszmar jest pistolet.

Jedzie teraz tak uzbrojony na swoją pierwszą wyprawę. Słońce grzeje w plecy przez gruby kożuch, krótki, pokryty mlecznoniebieskim kocem. Całe naręcze tych koców przytaszczył do domu brat Tadzio, z lasu na Zielonej z letniego obozu sowieckiej piechoty, gdy w czerwcu  41-go roku uciekła przed Niemcami. Na głowie ma ciepłą, watowaną sowiecką papachę   z futrzanymi uszami – również z tego obozu. Przekona  się tej wiosny jak doskonale łączy funkcje czapki i poduszki.

Wyrywa go z zamyślenia głos Buldoga:

- Mielimy takie dobre konie, rosłe i silne, jak lwy. Nu i gdzie się podzieli? Proszę, porucznik jadzie na bałagulskiej szkapie, co jej sam diabeł nie zmusi, żeby szła inaczej niż prawą koleiną. Ty żołnierzu męcz się ze zdechlakami po roztopach, a panowie kaprale- kwatermistrze  dobremy  koniamy  handlują, jakby  te  konie  byli  jeich. Taż  za  trzy litry od  sztuki sprzedają w Kupiczowie i chleją a chleją…

- Dopiero początek, a już złodziei i pijaków pełno! – mruknął żołnierz z tylnego siedzenia.

- My tu nadstawiamy głowy, a oni żrą i piją i gówno ich wszystko obchodzi! – dorzucił drugi.

- Co ty mówisz! – zakrzyknął się Paweł.

- Nu a jak? Matkę sprzedadzą za litra, jebańcy!

- Złodziejstwo we własnych oddziałach! Złodziej na złodzieju jedzie…

Paweł zacisnął usta. Coś musi zrobić. Bo trzeba przecież. No, poczekajcie, panowie kwatermistrze! Niech no ja to, co słyszę zanotuję w kronice. Zejdzie się dowództwo oddziału, zażąda kroniki, przeczyta i natychmiast zacznie reagować: ustali kto i co, i won! z partyzantki polskiej! Inaczej sobie tego nie wyobrażam…

- Wioo!  Noo! Wy… - Buldog śmignął po chudych grzbietach koniąt batem i słowem aż się skuliły. Potem kilka razy jeszcze westchnął: mieliśmy takie konie! Jak lwy! Przehandlowali, skurwielcy!

Ładnie się zaczyna – dumał Paweł. Jeszcze nie doszedł do oddziału, a już go okradli. Dwa granaty, bielizna i para butów które niósł bratu do oddziału. Na jego pełne oburzenia: Tak się nie robi!  które rzucił w oczy Kaloszowi przy spotkaniu, ten zamamrotał: Co, co, co? O co chodzi? Pawłowi w głowie się nie mieściło jak Polak może okradać Polaka, gdy razem stanęli do walki o Polskę. Ale – niech będzie! Tam były tylko buty i parę koszul, ale tu słyszy - konie! Przecież to tyle, co broń! W dowództwie chyba o tym nic nie wiedzą?!  O ileż sprawniej odbywałby się ten marsz, gdyby tu mieli tamte konie – silne, jak lwy, przełajdaczone przez pierdołów z kwatermistrzostwa. Wleczemy się już trzy godziny,  a dopiero ledwo Zasmyki. Już ja to zapiszę, co tu słyszę, ja to zapiszę!

Zasmyki, stolicę kowelskiej partyzantki, pluton minął bez postoju. Przejechał obok kościoła u skrętu szerokiej drogi, minął dwa pogorzeliska – ślad po ataku żandarmerii. Paweł słuchał z sąsiedniego Stanisławowa  głosów tej bitwy. Widział dym i płomienie, słuchał huku wystrzałów. Stał jak zahipnotyzowany, z wrażeniem jak gdyby pochylił się nad ogromną  przepaścią… Poległ w tej bitwie Kazik Kocioł, kolega z powszechnej. Wysoki, barczysty, wiecznie roześmiany chłopak. Za wysoko się podniósł ze stanowiska na ogrodzie…

Postój zarządzono dopiero w Lityńskim Lesie. Żołnierze poschodzili z wozów, szli głębiej między drzewa.  Taboryci karmili konie.

U przodu, gdzie droga, którą nadciągnął pluton Kruka krzyżowała się z jakąś inną, stały podwody i kręcili się ludzie jakiegoś innego oddziału. Wkrótce z trzeciego kierunku nadciągnął jeszcze jeden. – Aha! -  pomyślał Paweł - Koncentracja wojsk.

W oddziale, który nadciągnął ostatni było kilku żołnierzy w kompletnych polskich mundurach. Paweł przystanął. Długo sycił oczy ich widokiem.  Oddział ten miał również zaprząg z działkiem. Z  wysokiego   przodka  nad rosłymi  gniadoszami górował sztywny jak posąg  wąsaty  artylerzysta  w kurtce leśniczego i w artyleryjskiej rogatywce. Była to broń      i ludzie oddziału Bomby. Zastany oddział był oddziałem Trzaska.

Postój był dość długi. Paweł zdążył zamienić kilka słów z Romkiem Woźniakiem, kolegą z Gimnazjum Mechanicznego, zatrzymany jego okrzykiem: Cześć, Paweł! Romek już od kilku miesięcy był u Bomby. Chorował. Mieli tyfus w oddziale.

O  zachodzie słońca połączone oddziały wypełzły z lasu długą milczącą kolumną i powoli  ciągnęły na wschód. Z jego głębin wynurzyła się bladosina tarcza księżyca i słychać było basowe dudnienie frontu. Droga zeszła na skraj pól nad łąki. Błoto było tak głębokie, że rozkazano  zejść  z  wozów.  Żołnierze  niechętnie  wykonali  rozkaz, szli  w  milczeniu  obok

swoich podwód, gęsiego, wałem przydrożnego rowu. Na wozach zostali tylko taboryci  i  ten  i ów ze szarży.

Paweł kroczył w tej cichej procesji obok wozu Buldoga, gdy wyciągnięty na nim podporucznik Kruk przestał na chwilę gryźć słomkę  i nagle zapytał:

- To wy jesteście kronikarzem Gromu? Z czym można by porównać ten pochód? Jak myślicie?

Widząc zmieszanie kronikarza odpowiedział sam: No, z powstaniem styczniowym przecież. Nie?

Robiło   się   coraz   ciemniej.   Paweł nie mógł lustrować  wzrokiem mijanej  okolicy. Szedł z nowym zmartwieniem: co sobie porucznik pomyśli o kronice, którą ma pisać. Nie wiedział, co ma mu odpowiedzieć. Nie zastanawiał się nad tym. Porucznik ma rację – to rzeczywiście podobne do powstania 63 roku, ale… W miarę jak kroczył zarysowało się         w jego myślach inne podobieństwo: ten pochód to tak, jak wędrówka mrówek, które sznureczkiem suną ledwo widne na powierzchni ziemi w stronę dwu smoków napełniających wojennym rykiem głębiny wschodu. Nurtowała kronikarza, ćmiła jak ból zębów, doprowadzała do rozpaczy zrodzona we wrześniu 39 roku myśl, że Polska jest taka słaba, że nie może nic, że nikt się z nami nie liczy. A smoki pochodziły z sonetu, którym Paweł powitał 1942 rok. Mieszkał wtedy w Kowlu w pożydowskim domku na Budyszczańskiej:

Dwóch naszych najgroźniejszych, wiecznych naszych wrogów,

co się starły, jak para gigantycznych smoków,

zagryzą się i zdechną i zgnije ich ścierwo.

A wtedy zaśpiewamy  „Laudamus” Bogu

i wstaniemy swobodni, bez sznurów i oków

i żadne w świecie siły już nas nie rozerwą.

Uzbrojony w swoją siódemkę i w powyższą doktrynę polityczną Paweł służył w oddziale od niedawna, od połowy lutego. Zasłyszawszy, że wyprawa ma pójść nareszcie na Niemców zgłosił się na ochotnika. Bo to, czym dotychczas zajmowała się kowelska partyzantka Paweł miał za hańbę. Strzelec Ryży ze specplutonu podał mu do kroniki  dane  z pierwszego okresu działań oddziału Siwego:

„Wyprawa na Karolinkę. Podeszli, zaczęli strzelać, choć nikogo nie było. Wzięli  za to sporo miodu. Po tym była zabawa, gaz i baby.

Nowy Dwór. Zabrali tabun świń, krów, baranów i podpaliwszy wieś odeszli pod osłoną dymów.

Ośmigowicze. Szli przez Suszą Babę, Ozierany, w prawo od Karolinek. W szpicy podchorąży Kowal, szperacz Biały, Kuplonog, Karlik, Lord i Karaś. Ja byłem gońcem konnym  między  szpicą  a  porucznikiem  Siwym.  Specpluton szedł w pierwszej linii, za nim następne. Przeszli groble, gdzie most był zerwany i dalej – na wieś. Patrolka wysunęła się naprzód, natknęła się na czujkę ukraińską, ostrzelała ją. Potem wszyscy ruszyli tyralierą naprzód, w głąb wsi, opatrując po drodze chałupy. Na początku wsi chałupy stały gęsto jedna obok drugiej, dalej – w większych odstępach po obu stronach drogi. Drogą szła szpica: podchorąży Kowal, Lord, Karlik, Junona, Karaś, Bandera. Nie wolno było strzelać. Ukraińcy ukryci w chatach dopuścili ich na bliską odległość i sypnęli z erkaemów. Pierwszy upadł Lord, za nim podchorąży Kowal. Padł i krzyczał wstecz do nas: wycofujcie się! Junona dostał postrzał w nogę, czołgał się, wlókł karabin. Karaś odłamkiem z rozrywnej dostał w tyłek. Tylko Bandera wycofał się do leżących w tyle kolegów, którzy cały czas strzelali w chałupy przeciwnika. Ukraińców naliczono sześciu zabitych. Cztery godziny nasi leżeli na śniegu. Trzeci pluton obsadził cmentarz  lecz kiedy Ukraińcy sypnęli z maszynek – wycofał się na czworaczkach. Ogień trwa. Podejścia żadnego nie było. Wiatr wiał w stronę Ukraińców, tak że huk strzałów nie dochodził do nas, syczały tylko kule. Powoli strzały zamilkły. Wyczekiwano z obu stron na zaczepkę. Potyczka trwała od 5-tej rano do 1-ej po południu. Stracono trzech żołnierzy. Brak łączności z Sokołem działającym z drugiej strony przyczyną porażki.”

Taką relację zanotował Paweł na początku kroniki z ust Ryżego. Nie mógł w myślach przetrawić takiego początku. Szczególnie tych czterech pierwszych lakonicznych relacji. Hańba!

O północy oddziały dotarły do wsi Dąbrowa. Postój był krótki – niecała godzina. Odpoczywano w ostrym pogotowiu po chatach na słomie rozesłanej na podłodze,  w ubraniach, z bronią u boku. Około pierwszej poderwano wszystkich na nogi – do wozów! nałożyć na rękawy białe opaski! nabić i zabezpieczyć broń! Ogłoszono nareszcie, że celem ataku będzie miasteczko Hołoby.

Ujechano jeszcze  ze  trzy  kilometry od Dąbrowy. Przy jakiejś osadzie w polu tabory stanęły, a partyzanci pomaszerowali dalej dwoma rzędami po obu stronach traktu. We wsi Demiatówce zajęto pozycje wyjściowe. Księżycowa noc mroczniała, niebo zasnuwała powłoka chmur. Demiatówka była bezludna. Plutony zajmowały pozycje między chatami na ogrodach. W głębokiej ciszy słychać było jedynie dalekie ujadanie psów.

Pluton Kruka zajął stanowisko po lewej stronie traktu przeszedłszy mostem szeroki rów pełen wody. Inne oddziały lokowały się gdzieś w ciemności wśród ogrodów i drzew wyludnionej Demiatówki. Na drodze została grupa oficerów, opodal przystanęła grupka gońców. Paweł stanął na drodze między obydwiema grupami.

Przez okno w powłoce chmur na krótką chwilę wyjrzał księżyc. Dowódca wyprawy, major Kowal, mógł dzięki temu wskazać oficerom sylwetę wieży wodociągowej – w jej kierunku miał iść ogień naszych karabinów. Trwała pełna oczekiwania, głęboka  cisza.

- Na pewno Jastrząb nie zajął jeszcze swojego stanowiska – odezwał się jeden z oficerów.

- Jestem też tego zdania – przywtórzył inny.

Nagle, jak gdyby ktoś tej rozmowy podsłuchał, głęboko w ciemności, na kilometry w lewo od wieży wodociągowej  stuknął tępy strzał karabinowy – jeden, dwa, kilka i zaparkotała gęsta strzelanina. Jastrząb był na stanowisku i rozpoczął akcję.

Paweł postąpił w stronę swego plutonu, sprężył się, gotów by skoczyć za plutonem gdy się poderwie i pobiegnie naprzód.

Oficerowie zagadali żywo, poruszyli się i znieruchomieli. Mijały długie sekundy,  minuty.  Daleki  nierówny  ogień   przybrał  na  sile,  trwał  następnie  gwałtowny  może  z  pięć  minut   i coraz bardziej rzednąc urwał się na pojedynczych wystrzałach. I dopiero wtedy buchnęły rzęsiste serie niemieckich cekaemów.

Na naszych stanowiskach nie rozległ się żaden rozkaz, plutony leżały cicho, jak wybite. Tylko  podporucznik  Kruk  położył  się  przepisowo na  zboczu  drogi przy moście  i wypalił z karabinu w granatowy aksamit nocy. I tylko ludzie Bomby zatoczyli swoje działo na wzniesienie w pobliżu drogi i zaczęli przy nim manipulować. A Niemcy tymczasem ciągle bili z cekaemów długimi, płynnymi seriami.

Podporucznicy Prawdzic i Olszyna przycupnęli obok Kruka i nasłuchiwali. Olszyna trząsł się, nie mógł opanować zdenerwowania. Naraz wstał i odszedł ku drzewom nad rowem. Za chwilę wrócił.

- Panowie!  – zawołał rozdygotanym głosem - za nami jest rów! Uważam, że trzeba zawczasu przerzucić kładkę. Przeciwnik wie o istnieniu tego mostu i może go znieść pociskami zapalającymi. Trzeba położyć kładkę.

- Dawać tu jaką deskę! – krzyknął Kruk. Głos zawibrował mu podobnie jak u Olszyny. Deski pod ręką nie było, więc Olszyna zaproponował, by w poprzek rowu rzucić dwa drągi, ściąć natychmiast dwa drzewa, co się da, natychmiast pchnąć gońca po o siekierę do chałupy. Piorunem!

W chwili, gdy ordynans Kruka podnosił się do biegu po siekierę trzasnęło coś w pobliżu, jak piorun. W uszach zajęczało. Po chwilce z wysoka, z pod chmur rozległ się warkot szybującego pocisku. Leciał nieskończenie długo, leciał i leciał – słuchano tego lotu              w napięciu i podziwie – wreszcie pękł gdzieś bardzo daleko. Złośliwi kpili po tym, że aż na Polesiu.

Widocznie zdumione tym fenomenem cekaemy niemieckie ucichły. Trzej nasi oficerowie zapomnieli o zabezpieczaniu sobie odwrotu. Na próżno jednak czekano drugiego i następnych wystrzałów – artyleria Bomby na tym odpaleniu zakończyła swoje działania.

W miasteczku zajął się pożar – widocznie Niemcy podpalili szopę czy stóg siana dla oświetlenia terenu. Niepotrzebnie zresztą, bo już nastawał świt.

Wracaliśmy.

- Manewry skończone!  – drwili w szeregach.

- Gdybym ja dowodził, zrobiłbym to zupełnie inaczej – perorował Kruk do Olszyny.  --Przede wszystkim zacząłbym akcję nie nad ranem lecz o pierwszej w nocy…

Dniało. Dowódcy ponaglali do szybkiego marszu. Musieliśmy nałożyć kawał drogi, żeby odnaleźć tabory: taboryci odjechali z miejsca, gdzie mieli stać, do osady, gdzie było kilka ukraińskich rodzin - chcieli poniektórych  przesłuchać. Szczęściem szef taborów, kapral Mewa, wytłumaczył ciurom, że to są Ukraińcy lojalni, współpracujący z Polakami.

Pluton Kruka stanął na krótki postój w tym samym domu w Dąbrowie, w którym odpoczywał w nocy. W domu był stary patefon. Na prośbę chłopców córka gospodyni podeszła do aparatu, nakręciła. Lecz stary grat wydał tylko kilka szmerów, zgrzytów i stanął. Ponaglony znów korbą, a nawet paluszkiem dziewczyny popychającym płytę, dobył paru zachrypniętych tonów i znów stanął.

-  Marsz triumfalny… - próbował ironizować w duchu kronikarz, ale myśli rwały się, pragnął zwalić się spać.

W drodze powrotnej siąpił deszcz. Szare, obrzękłe chmury wisiały nisko, nad polami chodziły mgły. Nikt jednak za słońcem nie wzdychał – w chmurach słychać było gniewne pomrukiwanie samolotu. To wywiadowczy „Storch”  już był w powietrzu, krążył  i szukał. Po godzinie dopiero ucichł. Bodaj to chmury i mgły, noce i lasy – myślał Paweł - jedyni nasi sprzymierzeńcy…

Z rozmowy z chłopcami Jastrzębia, którzy na dobrych koniach wyminęli w drodze  pluton Kruka okazało się, że Jastrząb w oznaczonym czasie podszedł pod Hołoby od zachodu   i zaatakował. Wyparli Niemców z pierwszych bunkrów, dwóch zabito, wzięto dwa karabiny   i parę pistoletów. Żołnierze Jastrzębia dotarli aż pod wieżę ciśnień, przeczołgali się ogrodami pod ogniem cekaemów, obrzucili dalsze bunkry granatami i nie słysząc działania siły głównej wycofali się. Mieli dwóch rannych.

Żołnierze Kruka byli rozgoryczeni: butów nadarli, namęczyli się, nic nie zdobyli. A można było – twierdzili - Hołoby zająć. Wiecie co, chłopaki – zaproponował któryś - dawajcie skoczym gdzie w bok po słoninę!

I byliby skoczyli, gdyby nie zakaz dowódcy.

Podporucznik chciał spać. Drzemał zagrzebany w słomie na wozie. Zaczął jednak padać deszcz ze śniegiem -  nie było czym się przykryć. Sierżant Komin zatrzymał swoją podwodę obok samotnej zagrody przy drodze i wysłał gońca z krótkim poleceniem. Ten załatwił sprawę w ciągu minuty: wrócił do wozu uśmiechnięty z przerzuconym przez ramię kolorowym pasiastym radnem. Sierżant Komin okrył nim dowódcę.

- Pytała, czy ciężko ranny – śmiał się goniec. – Powiedziałem, że skrobnięty fest i drży z zimna.

Na odjeżdżających patrzyła z przed chaty nieruchoma, milcząca grupka kobiet. A oni oddalając się śmiali się coraz głośniej.

W taki sam sposób przy innej chałupie wzięto kurę na rosół dla „skrobniętego fest”   i śmiano się jeszcze bardziej. A już do rozpuku śmiano się wtedy, gdy zadyszana, zgrzana kobylina w drugim zaprzęgu przewróciła się nagle w głębokim oślizłym wyboju.

Było już dobrze po południu, gdy pluton wjeżdżał do Radomla.

- Mówisz, że marnie było. Może i tak. Ale grunt, żeście cało wrócili… – Jogin czekał aż Paweł skończy menażkę grochówki, gotowy pójść po jeszcze jedną. – Nie udało się - nie warto się przejmować. Wam się nie udało, a tutaj tymczasem Niemcy podeszli naszych skuteczniej niż wy ich pod Hołobami. Wiesz, zaskoczyli naszą placówkę na Zielonej, zabili nam trzech chłopców… Spali czy co, że tak się dali zaskoczyć. I wiesz, dwóch z tej trójki znałeś: Mietek Suszczewski i drugi - Julek Szymkiewicz, ten Ryży, co opowiedział ci do kroniki o wyprawach na Ukraińców.

Paweł spał do wieczora. Było jeszcze widno na dworze, gdy się przebudził.  Wydostał       z plecaka notatnik. Ale surowy i ciężki – uu,  nie wiedziałem – pomyślał - że będzie tak ciężki – materiał zebrany na wyprawie  nie dawał się ująć w słowa. Materiał był ciężki, surowy – słowa podpływały nieporadne, wytarte.

Wyciągnął się na całą długość pryczy, patrzył przez okno. Zagon żyta. Kiśnie ruń przybita chłodnym gęstym deszczem. Wspominał swój wiersz napisany w Kowlu, gdy naokoło miasta noce krwawiły łunami pożarów, tchnęły grozą napadów i rzezi. Nastrój, esencja myśli wiersza wciąż jest boleśnie aktualna. Nie zmienił jej przeżyty dzień i noc pierwszej wyprawy. (…)     16 marca – nareszcie zmiana!

Pluton gospodarczy wysypał się z kwatery, jak kasza z worka. Do lasku, w krzaki za stodołą, pod drzewa na polu: samoloty! myśliwce! sowieckie! Zajazgotały pod niskim pułapem chmur nad Radomlem, nisko, jak gdyby startowały z sąsiednich pól. Śmignęły poza las, nad Kowel. Huknęły pierwsze grzmoty artylerii z Kowla.  Bitwa o Kowel!  Nareszcie!

Już na drugi dzień w Zasmykach  do niewoli poddaje się  50-ciu Niemców. Mówią, że cały ich oddział zabłądził cofając się ze wschodu i dali się naszym zaskoczyć. Odebrano im 50 karabinów, 10 osiodłanych koni. Wspaniale! Ruszył front. Zacznie się coś innego niż było dotąd.

- No, chłopy! – beknął nad dolewką grochówki Migas – teraz to tylko dorwać się gdzie do porządnej pizdy i potem niech się dzieje co chce!

Ze dwa kilometry na północny wschód od Radomla łysieje wzgórze ugoru. Po południu tego dnia Paweł idzie samotnie na wzgórze popatrzeć w stronę Kowla. Nad burą krechą lasu sterczy nad horyzontem ostra sylweta wieży kościelnej. Kowelski kościół. Symbol katolicyzmu  i  polskości  Kresów Wschodnich.  Pomnik  wzniesiony  ku chwale poległych za

Kresy legionistów i ku chwale ich wodza, marszałka Piłsudskiego. Tak głosi marmurowa złotem wypisana tablica w granicie wschodniego portalu kościoła-pomnika. Stoi więc ten pomnik. Stoi i ma stać – podług napisu – na wieki.

Z dala od kościelnej wieży, na prawo, wznosi się słup dymu, wyższy od niej, brudno-szary, rozwichrzony u szczytu w szeroki wiecheć. W szarzyźnie horyzontu oprócz tych dwóch wykrzykników – z kamienia i dymu - nie widać nic. Całą resztę niskiego miasta przesłania gruba linia lasu. Toczy się bitwa. Słychać tylko basowy łomot wybuchów  i nieprzerwany, zawzięty szczekot karabinów maszynowych, a w górze esy-floresy przejmującego, zgrzytliwego świstu myśliwców, które aż stąd, z nad radomelskich pól biorą rozpęd do piruetów nad miastem.

Matka i Tadeusz zostali w mieście. Co się z nimi dzieje?

Po powrocie z owego wzgórza, w godzinę potem, Paweł biegnie ku drugiemu pagórkowi za wsią, pod wiatrak, ku stronie lasów zadybskich. Biegnie z zadaniem obserwacji pościgu dwu plutonów Gromu za taborem Węgrów, który z Kowla przez Zieloną – Zadyby idzie do Turzyska. Pościg wysłany pośpiesznie na podwodach doskakuje do Madziarów z ukosa, przypiera ich do rozlewiska Turii za Zadybami pod Haruszą. Ze schodów wiatraka nie widać nic, słychać tylko głosy potyczki. Dziwna to muzyka! – głosy naszego pościgu na tle tamtej walki o Kowel. Tam, wokół miasta szaleje burza artyleryjska. Wybuchy brzmią burzycielsko, straszliwie – z takim potwornym hukiem mogłyby się walić całe łańcuchy gór strącanych      w przepaście, a tu u rozlewiska Turii pod Haruszą – palba karabinowa jak gdyby chłopak biegnąc wzdłuż płotu terkotał kijkiem o sztachety.

Kiedyż my, Polska, potrafimy przemówić kanonadą dział, zgrzytem szturmowych samolotów, detonacjami bomb, jak tamci, jak tamte dwa smoki z chrzęstem potwornym zmagające się o Kowel ? – znów wzdycha  w myśli kronikarz.

Pościg wrócił późnym wieczorem, cało, z kilkoma karabinami węgierskimi nadsmalonymi w ogniu: Węgrzy zostawili w błocie dwa wozy, podpalili je i zwiali do Turzyska.  – Z wrzaskiem uciekali!  –  chełpili się chłopcy.

O nadpalonych karabinach i o wrzasku Węgrów z zadowoleniem rozprawia przy kolacji pluton gospodarczy. I dane mu jest jeszcze przeżyć tego wieczoru moment żołnierskiej chwały. Wszyscy już zasypiali, gdy alarmowy na podwórzu wrzasnął: stój!  kto idzie?

- To pewnie Syrena – mruknął któryś. – Całe popołudnie go nie było. Wraca, łazęga!

Jakoż po chwili otwierają się drzwi i do izby oświetlonej łojowym kagankiem wtłacza się – rzeczywiście – Syrena. Zasapany, z obłoconymi butami, ale co on takiego przytaszczył?      A niechże go! Dziesięciostrzałowiec na prawym ramieniu, automatyczny pistolet przez pierś, plecak na grzbiecie ze zrolowanym kocem i hełm… Promienieje radością.

Chłopcy pozrywali się z prycz, obstąpili go i nuże oglądać a chwalić zdobycze                    i uważnie przyglądać się zdobywcy. No, no, ktoby się spodziewał! Jest to chłopaczysko         o bladej, rozlazłej twarzy, ociężałe i niezgrabne, podobne raczej do hipopotama nią syreny  – jedynie oczka wtopione w tę twarz błyszczą sprytem i żywością. Kiedy pierwszy pluton rzucił się w pogoń za Węgrami, Syrena dopędził ostatnią furmankę, uczepił się z tyłu i proszę! – jak wrócił.

Trofea przechodzą z rąk do rąk, wreszcie właściciel zgarnia je wszystkie w ramiona           i nurkuje w swoją pryczę. Zasypia wkrótce syty trudów i chwały. Zaimponował kolegom, nie ma co!

Nazajutrz dowództwo przydzieliło plutonowi gospodarczemu kilka karabinów. Nikt się nie troszczył o poinstruowanie jak się z tym obchodzić. Plutonowy Kalosz rzekł tylko: macie tu, chłopcy, podzielcie na drużyny i uważajcie, żeby się nie pozabijać

Po południu już jeden chodził z postrzeloną łapą. Sam siebie postrzelił. Zachodzono daremnie w głowę, jak mógł to zrobić? – Ee, nic. Wcale mnie nie zabolało – ranny opędzał się od współczucia.

Wydarzenia dalszych dni marca kronikarz notował następująco:

„Widzieliśmy ich, gdy ciężkozbrojni, butni, zwycięscy, z zawiniętymi rękawami mundurów parli na Wschód, jak lawina. Kto mógł przypuszczać wtedy, że rozbici będą się cofać chwytając w zaciekłym oporze całą mocą pokrwawionymi pazury nie swojej ziemi. Zwarli się, jak dwie apokaliptyczne bestie. Bestia splugawionym krzyżem znaczona cofa się przed bestią ze znakiem pentagramy. I pełzną plując żelazem i ogniem…

Żołnierze sowieccy są jeszcze bardziej szarzy i niepokaźni niż byli przed trzema laty. Znużeni tysiąckilometrowym marszem, tysiącznymi trudy. Szarzy, w szarych szynelach koloru stepu spalonego słonecznym żarem. W waciakach, odziani jak przed tym, czapki tylko nowe, milsze oku niż tamte bolszewickie czubate pośmieciuchy. Nogi w amerykańskich trzewikach. W workach-plecakach puszki dobrej konserwy. Na puszce napis: Swinaja tuszonka,  Made in USA. Broń pierwszorzędna – nowa, sprawna, same finki i maksimy”.

Przez Radomle przeszedł pierwszy oddziałek sowieckiej piechoty. Bojcy salutują naszych oficerów, nasi szeregowcy starają się unikać z nimi rozmów. Łatwo uchodzą w ich oczach za cywilów – nieumundurowani. Sowiecki major, niezgorzej podpity, chętnie przystaje  z każdym do rozmowy. Zaczyna stereotypowo:

- Nu  kak? Podoba się wam Czerwona Armija?

- Owszem. Doskonałe wojsko – odpowiadają nasi grzecznie. Albo dwuznacznie: Myśmy ją już trzy lata temu widzieli…

- Nu wot. Będziemy razem bić Niemca. Was na pewno włączą do armii generała Berlinga. Będziecie mieli rząd Wandy Wasilewskiej.

Chłopcy kwitują to wzruszeniem ramion. Porucznik Prawdzic odpala: Teraz naszym zadaniem jest walka z Niemcami. Polityką zajmiemy się po wojnie.

Żołnierze sowieccy pełnymi garściami ofiarowują naszym chłopakom amunicję do finek. Dają granaty.

- Gdybyście nawiązali łączność z Moskwą – mówią – broni i amunicji mielibyście skolko ugodno.

Oddział ich rusza z Radomla w dalszy pochód powolnym, wytrwałym marszem.  Porucznik Prawdzic odprowadza krasnoarmiejców konno do ostatnich chat wioski. Patrząc na to kronikarz myśli: Jedzie obok gromady chłopstwa w szarych szynelach – elegancki, uśmiechnięty, polski, swój. Nie może opędzić się od słowa – Katyń… Katyń… Czytał o tym w niemieckiej gazecie obszerny straszny artykuł.

Za oddziałem piechoty jadą wozy taboru. Po nich kilka niedużych dział przyprzężonych do samochodów. Na końcu oddziałek kawalerii. Przejechali.

W tym samym dniu na sąsiednim Lablatynie doszło do krwawej potyczki. Stał tam pluton maciejowski i na jego placówki natknęli się prosowieccy partyzanci ukraińscy. Rzekomo czy naprawdę wzięli Polaków za Niemców i zaatakowali. Pluton odpowiedział ogniem. Padło pięciu zabitych, sześciu raniono. Dostał postrzał w ramię podporucznik Kruk. Napastników zginęło również kilkoro – ile dokładnie? – nie przyznali się.

Zaskoczony nagłym atakiem pluton Kruka rozbrojono, odebrano naszym żołnierzom zegarki, pierścionki, pistolety. Dopiero sowiecki major rozstrzygnął zatarg. Rozkazał zwrócić zrabowane przedmioty. Pozwracali.

Chłopcy Siwego szemrzą: ci partyzanci dobrze wiedzieli, kogo atakują. Pobudzeni do aktywności dopiero nadejściem wojsk sowieckich ruszyli, ale nie na Niemców.  – Wy, rezuny Ukraińców! – mieli krzyczeć na maciejowiczan.  - Pomordowaliście naszych braci!

Zabitych przewieziono do Zasmyk. Paweł pojechał na pogrzeb z delegacją Gromu.

Na przedzie krzyż i dwie czarne chorągwie. Ksiądz w czarnej kapie. Pięć prostych sosnowych trumien skleconych naprędce. Pięć grobów z wodą zaskórną na dnie.    Z rozmokłych ścian grobu strużkami osypuje się niecierpliwy piach, Dzień pochmurny. Wiatr. Słota. Jęk dzwonu. Garście ziemi na trumny. Dębowe krzyże. Grzechot salwy. To wszystko.

Wiatr rozwiewa po cmentarzu słowa starego księdza: …krew ich nie poszła na marne… trzeba było, by polegli…  requiescant in pace…

Słuchający zżymają się na te słowa. Co komu z tej krwi? Dlaczego – trzeba? Uciekli z domu przed hajdamacką rzezią, stanęli na służbę u Niemców lecz  tylko po to, by uzyskać broń. Nadszedł czas – przeszli do swoich co do jednego. Dlaczego – trzeba było,  by polegli w ten sposób?

Jest to fragment niepublikowanych wspomnień nieżyjącego już Stanisława Nikoniuka  ps. ”Jantar” udostępniony przez córkę Magdalenę Wawer.

Zdjęcia pochodzą z kolekcji prof. W. Filatra.

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

PAMIĘTAJ PAMIETAĆ

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
495
Odsłon artykułów:
2993608

Odwiedza nas 175 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo