Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

- Przede wszystkim trzeba mieć łopatkę! – wołał kapitan Hruby – Bo żołnierz, który jak kret ryje się w ziemię, a w ręku ma karabin przetrzyma najsilniejszy atak. O, podoba mi się ten – wskazał na Pawła – z łopatą. Znalazł ją u chłopa i trzonek odpowiednio ukrócił. Tak powinien zrobić każdy z was! Bo grunt to się dobrze okopać i zamaskować pięknie kwiatami  i gałązkami. Czujesz się wtedy, jak w domu. Siedzisz sobie wygodnie i czekasz aż nadejdzie Ignac… Jeżeli widzisz, że biegnie tyralierze pochylony, to trzeba mu mierzyć… no, gdzie? Gdzie będziesz mierzyć? – zapytał Kozę z ostatniej dwójki.

 

- Nie wiem, panie kapitanie.

- W brzuch! – krzyknął Natan od czoła drużyny.

- Jest pochylony, więc dostanie w łeb albo w serce i gotów!

Kapitan, krępy, mały rumiany blondyn z ryżym wąsikiem, w angielskiej zielonej bluzie  i granatowych bryczesach podkreślających cienkość drobnych nóg i wydatność brzucha stał  w rozkroku i postukiwał kijkiem o cholewę buta. Wyglądał na tle lasu jak leśny dziadek, jak satyr. Do perkatego nosa i błękitnych oczu dodać brodę, powiększyć szczoteczkę wąsów, kaptur czerwony na głowę - byłby krasnoludek.

Minąwszy kapitana u wylotu drogi z sosnowego boru, drużyna pomaszerowała po otwartej przestrzeni – rozległą porębą, zamkniętą daleko w  przodzie granatową ścianą przeciwległego boru.

Dwa dni temu batalion Siwego uchodził tędy od bitwy z Węgrami toczonej przez oddziały Trzaska i Jastrzęba. Węgrzy puściwszy przodem czołgi wdarli się w tamten las i parli dotąd, dopóki pierwszy nie natknął się na minę. Siwy wycofywał się przez porębę na pozycję odwodową, jednak tamta linia lasu została utrzymana – więc teraz pojedynczymi drużynami wraca.

Ogromna poręba cała zalana słońcem. W błękicie nad przeciwległym pasem lasu pomykają kołem czarne sylwetki Stukasów. Jeden idzie za drugim, jak w karuzeli i dolatując do jakiegoś punktu w błękicie szybkim, nieznacznym ruchem opada na skrzydło i pikuje       w dół ku czemuś co przesłania tamten las. Powietrzem nad całą porębą targają fale wybuchów.

- Grzeją w regularne wojsko sowieckie!

- A po co my tam idziemy?

- Na spacer. Pogoda, ciepło jak w maju…

- Mierz mu w jaja! – wścieka się Szpic. – Nasyp mu soli na ogon!

Paweł słucha labidzenia Szpica ze zdziwieniem. Kolega z gimnazjum. Pierwszorzędny sportowiec, biegacz i miotacz, siłacz na całe gimnazjum tu zaś wyłazi z niego taki hipochondryk! Żaden z kowelskich kolegów nie kwęka tyle co Szpic. Może dlatego właśnie, że to sportowiec,  a  tutaj  nie  są warunki walk  sportowej. Jest  niesamowita dysproporcja sił

przeciwników. Nie uwzględnia nikt ich wagi przed starciem, nie dobiera równego z równym, nie mierzy czasu, nie określa ilości rund… W ciągłym stwierdzaniu właśnie tego gubią się kowelacy.  Z tym właśnie nie mogą się oswoić. I nie oswoją do końca.

Drużyna przemaszerowała ledwo pół kilometra, gdy nad polanę wyskoczyła, jak czarna błyskawica - ”rama”. Sam jej widok podziałał jak eksplozja. Chłopcy rozbiegli się, poprzysiadali pod osłoną krzaka, kretowiska, trawy, dołka – znieruchomieli zezując w kierunku jej piruetów. Samolot pokręcił się nad częścią poręby i śmignął nad pola ku widniejącej w oddali wsi za rzędem wysokich topoli. Po czym zniknął.

Po kilku minutach w kierunku tamtej wsi, prostopadle do trasy marszu drużyny zaczęła strzelać niemiecka czy węgierska bateria. Pociski szybowały wysoko nad porębą i wybuchały tam, na prawo, gdzieś jeszcze dalej niż wieś. Budowały nad porębą i nad głowami idących niewidzialne przęsło wysokiego mostu.

Po kwadransie „rama” wróciła znowu. Znów potańczyła nisko nad porębą, na szczęście znowu nieco z przodu i z boku i znów przepadła za horyzontem. Powtarzało się to kilkakrotnie. I za każdym razem przezywając maszynę – rama! drabina! majster wiejski! drużyna rozlatywała się, potem zbierała od nowa i szła tym trybem przez dobre pół marszruty.

- Ee, samoloty czasami rzecz niezła! – rezonuje, gdy znowu można iść spokojnie, strzelec Grzmot, pogodny zawsze i dzielny. – Dzięki nim możemy sobie odpoczywać co kawałek.

- A mnie to  przypomina – wywodzi Jogin – wędrówkę mnichów buddyjskich do ich świętych miejsc. Czytałem o tym. Idą mniej więcej tak, jak my teraz. Kładzie się taki mnich na ziemię i tam, gdzie sięgnie głową staje stopami, znowu się kładzie, znowu wstaje i tak mierzy sobą całą drogę aż do końca. Trwa to, możecie sobie wyobrazić, ile czasu…

- Mnie zaś nasuwa się wspomnienie pewnej lektury Prusa, mojego pisarza i mistrza, ilekroć te cholerne samoloty nadlatują – westchnął Paweł. – W książce „Najogólniejsze ideały życiowe” napisał jak to na człowieka oddziała wynalezienie „machiny latającej”. Umarł        w 1912 roku, więc nie doczekał się. No a my mamy te machiny nad głową. Fatalnie się pomylił nam Bolesław. Pisał, że człowiek stanie się szlachetniejszy. Bo wzniesie się nad ziemię, spojrzy na nią z wysoka, odetchnie powietrzem całego globu, ujrzy bezkresne horyzonty i stanie się szlachetniejszy dzięki temu. Mamy teraz… jak zeszlachetniał. Oderwał się od ziemi po to, by po staremu ryć ją gorzej niż świnia.

Marsz przez porębę trwał dobre trzy godziny. Nadchodził wieczór. Samoloty przestały się znęcać nad okopaną w polu za lasem sowiecką piechotą. „Rama” już się nie pojawiła. Pociski artyleryjskie przestały pruć zenit nad porębą i bębnić w tamten daleki cel.

Drużyna weszła w dorodny dębowy las. Zaszeleściła pod butami sucha dębowa ściółka. Stały w tej dąbrowie jakieś jedne oddziały, nadciągały inne, miały się zebrać wszystkie w to miejsce. Krążyła smutna wiadomość o śmierci pułkownika Oliwy: Niemcy podeszli pod kwaterę sztabu, gdzieś tu w tym lesie czy obok – jak to im się udało? - nikt nie wiedział. Ktoś tutaj musiał coś fatalnie przegapić – i pułkownik zginął.

Drużyna rozłożyła się wśród dębów, odpoczywała w milczeniu, czekała. Zciemniło się zupełnie. Kleiły się oczy, nieźle by się pospało wśród tych dębów. W ciemności po cichu zwołano zbiórkę kompanii. Podporucznik Głaz półgłosem instruował:

- Musimy przebić się przez front na tyły wojsk sowieckich. Jesteśmy okrążeni. Pozostało tylko jedno przejście – przez bagna. Od waszego zachowania się zależy powodzenie marszu. Każdy musi iść jak Indianin, jak duch… To wszystko. Teraz – rozejść się i czekać!

Czekano. Noc cicha – najmniejszego poszumu wiatru. Dąbrowa pełna żołnierzy milczała jak zaklęta. Część żołnierzy już spała, inni nie mogli usnąć zatroskani: czemu, jeśli położenie jest aż tak krytyczne, dowódcy nie zaczynają tego marszu ku tyłom frontu?

Było już dobrze po północy, gdy wreszcie ruszono. Nie na tyły jednak. Z powrotem. Tam, skąd drużyna Natana wyszła rano, pouczona przez kapitana Hrubego o znaczeniu łopaty i sztuce celowania do wroga. …Tabory! Tabory przez bagno nie przejdą. Pierwsze podwody ponoć tak  werżnęły się w bagno, że musiano je wyciągać siłą ramion.

O tym drużyna dowiedziała się później, wracała zaś na suchy rozkaz: zawracać! Więc Szpic rozlabidził się, jak dziecko, inni też się krzywili, klęli, spluwali i szli z uczuciem, jak gdyby nie dowódcy lecz jakiś chochlik wodził ich po lasach. Jakże często, począwszy od tej nocy, uczucie to miało powracać i jak trudno było chłopcom, co nie podzielali ślepej wiary plutonowego Kalosza w rozkazy,  pogodzić się z tym stanem rzeczy.

Cały następny dzień zeszedł na przygotowaniach do przeprawy w zupełnie innym kierunku – nie na tyły sowieckie, lecz ku przodowi, jeszcze głębiej w strefę frontu. Tabory zostają w lesie. Wyszedł rozkaz – wozy porozbijać, poniszczyć, zabrać tylko żywność  i konie! Wszystek prowiant poszedł do podziału między żołnierzy: na jednego przypadło z pół kilograma słoniny nieosolonej i tyleż kiełbasy. Chleba nic, nie ma chleba od tygodnia – nie ma gdzie piec. Wszystkie podleśne wsie opanowali Niemcy.

Paweł kładzie przydział żywności Piotra do swego plecaka, Piotr do swego bierze kronikę i bieliznę. Tak będzie lepiej, godzą się bracia – koszule się nie potłuszczą.

Las roi się od partyzantów. Zza Turii napływają co dzień grupy mężczyzn uchodzących przed mobilizacją sowiecką. Do lasu spłynęła ludność okolicznych wsi. Z wozami, końmi, dobytkiem całe rodziny zaszywają się w lesie – często w takich ostępach, że tylko przypadkiem natykają się na nie partyzanckie patrole.

Kompania warszawska kładzie przez bagno groblę w kierunku Bugu. Ale ten pomost z okrąglaków maskowany bagienną trawą wydłuża się bardzo powoli – samoloty niemieckie dyżurują także nad obszarem bagien. Bez przerwy słychać w górze pomruk „machiny latającej”. Podgląda ścierwo z góry cały obszar. Oddziały lokują się po gąszczach, ale nie sposób dogotować na małym ogienku menażki kartofli: co chwila rozlega się okrzyk: gasić ognie! Na noc samolot nie schodzi z nieba, ognie trzeba gasić i w nocy. Przez całą dobę przeszywa gąszcze ten rozkaz: gasić ognie! do jasnej cholery, gasić ognie! Gdy lotnik do ogniska jednego z plutonów podrzucił wiązkę granatów – szczęściem niecelnie – palenia ognisk całkiem zaprzestano.

Nie dogotowawszy kartofli drużyna Natana, plutony Gromu, wszystkie inne oddziały sposobią się do marszu.

Paweł uczestniczy w patrolu dziennym. Obeszli kawał lasu. Jak on się właściwie nazywa ten las? Mosurski – mówią. Jednak jak sobie uświadomić jego położenie: skąd dokąd sięga, jakie wsie, chutory, osady znajdują się w jego sąsiedztwie? Nie wie, koledzy też nie wiedzą. Stoją w tym lesie od tygodnia. Wiadomo tylko jedno: jest otoczony, staje się w nim coraz ciaśniej mimo iż taki wielki. Trzeba się przebijać z okrążenia, trzeba się trzymać razem. Dowódcy mają mapy, wytyczyli trasę, poprowadzą. Szeregowcy, podoficerowie żywią się ledwo szczątkami oficerskiej wiedzy, fragmentami narad i rozmów podsłuchanych przez któregoś i podanymi dalej. Tą drogą właśnie zasłyszeli, że to Mosurski Las i że ta wieś, z której chałup zajętych na kwatery nocą uciekali pod ostrzałem Niemców o poranku, to wieś Mosur. Słuchy krążą, że stoją twarzą w twarz z dywizją SS. Chłopcy z innych oddziałów widzieli czarne postacie czołgistów, patrole natknęły się na czołgi zachodzące w skrajne partie lasu i umknęły przed nimi. Ciągle powraca rozpaczliwe pytanie: co mogą im przeciwstawić? Karabinki i głowy – nic więcej… Dziesiątki kilometrów dotychczasowych ciężkich marszów, ba! – ucieczek, nie - marszów!, ciągłe kluczenie najpierw po polnych drogach  i  traktach,  potem  po  leśnych, teraz po zupełnych  bezdrożach,  brak ciepłej strawy, chleba, odpoczynku, ciągłe zagrożenie przenikające falami na wskroś cały las – ostatnie przecież miejsce ochronne – podkopały siły tego wojska, fizyczne i duchowe. To bowiem, co teraz znoszą staje się w powszechnym odczuciu nie akcją bojową lecz poniewierką. Dochodzi do tego jeszcze ta wiadomość: szpital z chorymi i rannymi zostaje tu, na bagnie… Dywizja nie może zabrać ze sobą ni taborów ni szpitala…

Paweł zarzucił pisanie kroniki. Rozlewne i rozwlekłe początkowe stronice poświęcone opisowi głupiego salonowca, ścieśniają się w krótkie zdana, w pojedyncze słowa: „Trudy. Poniewierka”. – notuje w kalendarzyku. Godziny poprzednich frasunków i rozmyślań zwarły się w momenty pytań:  co to jest? co to wszystko znaczy?  co dalej, jeżeli już teraz jest tak beznadziejnie?

Jantar umiał patrzeć na siebie z poza siebie, i w najposępniejszych momentach tych trudów i poniewierki doznawał wrażenia, że czyta najczarniejsze stronice nowel Żeromskiego. Uzbrajał się wewnętrznie na rzeczy jeszcze gorsze, trudy jeszcze uciążliwsze, poniewierkę po kres wytrzymałości. Starał się określić przynajmniej osobisty sens tej sytuacji. Cierpienia przenosił w płaszczyznę pokuty za grzechy poczynione w dotychczasowym życiu i tylko w ten sposób, tylko w tym dostrzegał jeszcze jakiś sens. Tak zresztą rozumiał w ogóle sens wszelkiej wojny. Rozumiał ją jako żywioł niosący poprzez cierpienie oczyszczenie, dający człowiekowi, przeciętnemu z szeregu, tylko ten zysk i nic więcej.

Do kolegów umiejących jedynie złorzeczyć i kląć nie czuł sympatii. Wydawało mu się, że powinni byli myśleć tak samo jak on, dostrzegać w bezsensie nierównej walki sens osobisty, siłę oczyszczającą. Rozumiał go brat, podzielało tę postawę może kilku czy kilkunastu innych rówieśników,  a reszta?  starsi? – Któż to wie, może mają swoje inne jakieś spojrzenie?

Uważał siebie za lepszego od innych dzięki tym myślom.

Walka z pozycji słabszego, ściganego, spychanego z lasu do lasu, z jednego obszaru bezludzia na następny, angażowała wszystkie siły, całą energię, wszystko, czym człowiek był i w co wierzył, weryfikowała wyznawane wartości. Pawłowe okazały się życiodajne, pomocne.

Trwała w nim myśl także o Polsce. Na samym dnie przygnębienia. Że oto tak mizernie,    w ciągłych odwrotach i ucieczkach, życiem gorzej już niż cygańskim – jakąś prymitywną, nędzną wegetacją w paradoksalny sposób buduje jednak Polskę, dokłada ziarenko i dla Niej.

Jednakże myśl, by owo ziarenko mogło przybrać postać jego osobistej śmierci wydała się Pawłowi dziwna, gdy się natknął na nią. Był za młody by i w tej postaci dostrzec wkład w Sprawę, wkład fundamentalny, najistotniejszy, gdyż największy – nawet jeśli się tego samemu nie widzi i jeśli koledzy grzebiący ciało kolegi także tego nie pojmują. Dla Kraju chciał żyć. Polska z żywego będzie miała korzyść, a z umarłego? Jakże trudne były te myśli… Kiedy padali zabici – notował w kronice: kto?, kiedy?, w jakich okolicznościach? Rozmyślając o tym ujmował rzecz powierzchownie: strata dla oddziału, żal młodego chłopaka… ślepy cios kuli i koniec! Ale póki notował imiona poległych, których osobiście nie znał lub znał jedynie z daleka, dopóty nie wiedział, co znaczy śmierć żołnierska.

Zdumiał się swoim myślom i uczuciom, gdy usłyszał, że dwaj dobrze mu znani chłopcy z oddziału Trzaska polegli w czasie starcia z Węgrami. Znał tego Henryka i Kazika dobrze. Obaj pochodzili Zielonej. Miał o nich zdanie nie najlepsze – nazywano ten gatunek młodzieży chuliganami. Żywych miałby obu nadal za „gnój”, jaki  dowódcy mają prawo „wykorzystać na roli wielkich idei”, lecz zasłyszawszy nagle, że zostali zabici, złożeni do ziemi na skraju mosurskiego lasu, w którym on, Paweł, brat, drużyna, cały batalion Siwego siedzieli tego dnia pośrodku, osłonięci przez tamtych – zobaczył ich nagle od strony, której istnienia nie wyobrażał sobie dotąd, nie przeczuwał: od strony bardzo mocno odczutej śmierci żołnierskiej, śmierci za sprawę jakże konkretnie, namacalnie wspólną: przedarcia się z życiem przez zaciskającą się obręcz okrążenia.

Nie potrafił wtedy ani potem jasno określić tych myśli i uczuć, które ze zdumieniem stwierdził w sobie na wieść o tej śmierci. Odczuł do obu poległych cześć, miłość! Także i wdzięczność… Aż bał się ponazywać składowe tego uczucia, niepewny ich istotnego źródła. Bo może jest w tym i podła radość, że to oni padli dla niego, zamiast niego, że może dalej żyć jedynie dzięki z ich śmierci? Było tak, jak gdyby nagle w oczach Pawła okruch gnoju, źdźbło mierzwy zajaśniało wysoko w ciemności, jak gwiazda… Ogarnęła go fala zdumienia, że ci dwaj byli zdolni aż do takiego poświęcenia się za niego, za wszystkich pozostałych, byli tak wielkoduszni, wspaniałomyślni! Bo gdyby jego miała trafić kula, co ich położyła na skraju lasu, to byłby w tym jakiś błąd… Wprawdzie kula nie pyta o zgodę – rozmyślał – i dobrze iż nie pyta, bo zapytany – odpowiedziałby: nie! ja nie! Ich nie pytała także, oni tak samo by nie chcieli, ale przez sam fakt, że trwali na stanowiskach, gdy Paweł z oddziałem odchodził w głąb lasu, dowiedli w dziwny, niepojęty sposób, że to oznaczało ich zgodę. Jeżeli wymuszoną rozkazem, to widocznie i takiej wystarczy. Skąd bowiem ten zdumiewający blask ich śmierci w jego oczach?

Paweł w długi czas potem, po wielu latach życia osłoniętego mogiłami tamtych dwóch i wielu dziesiątków innych poległych 27-ej, wracał myślami do tej śmierci. Usiłował przeniknąć śmierć, jej tajemnicze powiązania z życiem. Wtedy w lesie mosurskim nie przemyślał tego dyskursywnie, lecz odczuł ten właśnie kłąb pytań, zderzył się z jego nieprzenikliwością dla rozumu, dostrzegł tylko ogromne spięcie ciemności i blasku i zapamiętał.

Na spokojne rozmyślanie, na podzielenie się odczuciami z bratem nie było czasu. Czyjaś ręka obracała przed oczyma Pawła karta po karcie posępną partyzancką opowieść. Czy potrafi ją kiedyś odtworzyć z całą surowością prawdy, tak samo, jak teraz przeżywa?

Porucznik Siwy przemówił do batalionu lapidarnie:

- Jesteśmy w zasranym położeniu. Uratować się możemy jedynie drogą przerwania frontu. Maszerujemy dziś w nocy. Nakazuję zachowanie bezwzględnej ciszy! Za zapalenie papierosa – kula w łeb!

Czarna i gęsta jak smoła noc. Batalion podnosi się z legowisk, formuje długi rząd dwójek  i jak wąż wpełza w gęstwinę lasu zgęszczoną przez ciemności do konsystencji niemal ściany. Brnie. Co kilkanaście kroków przystaje – maca w ciemności kierunek.

Gałęzie biją w twarz, przytrzymują za piersi i ramiona. Nogi raz po raz zaczepiają o coś albo trafiają w próżnię. Drużyny idą jedna za drugą zupełnie jak ślepe. Idący z tyłu trzyma się poprzedzającego za pas, połę płaszcza. Nie widać wyciągniętej ręki, kolumnę scala tylko słuch i dotyk. Niektórzy zakładają w czapki skruszałe szczapy świecącego próchna, większość wywiesiła na plecach białe koszule, chusteczki – ale ni to ni tamto nie daje łączności, jednoczy całość tylko dotyk i słuch. Ostrożny szmer, chrobot butów, oddechy, czasami ostre chrupnięcie chrustu. Gną się żywe gałęzie podszycia lasu – przeliczają długi szereg widm. Tłumiony szum przekleństw na taką drogę, wojnę, życie – gorsze od zwierzęcego. Batalion brnie. Końca nie widać tego lasu i nocy… Lecz oto przepełza – zamajaczył prześwit w ciemności. Już pole! Lecz w polu niebezpieczny, za jasny, choć przecież czarny jeszcze odcień brzasku. Żołnierze oddychają jak po wyjściu z dusznego tunelu i natychmiast oddech zamiera, bo tak tutaj za daleko na wszystkie strony widno! Nim jednak noc  przetarła się w szarość  świtu,  na  polu  została  tylko czarna, głęboko w pulchnej wiosennej ziemi przedeptana ścieżka. Pobiegła ku cyplowi następnego lasu. Ominęła dalekim półkolem wieś pełną czarnych mundurów i trupich główek SS. Znikła u wejścia w drugi las.

Przez cały dzień oddziały drzemią wśród bujnych, rudych wrzosowisk w rzadkim, wysokim lesie nad jakąś drogą. O zmroku podnoszą się, ustawiają i maszerują piaszczystą droga swobodniej.

Dowództwo przewiduje niewielką potyczkę w Zamłyniu. Dwie kompanie mają uderzyć na placówkę wroga i zająć most na dopływie Bugu – jakiejś niewielkiej rzece, a reszta nie czekając na koniec walki ma rwać jak najszybciej za linię kolejową Luboml – Chełm ku rozległym Lasom Szackim i zebrać się tam nad jeziorem Świtaź.

Taki jest plan dowództwa, tym razem podany do wiadomości wszystkich. Lecz plan – jest tylko planem.

Pierwsze rakiety i wystrzały wypalone z niemieckiej  placówki w Zamłyniu przed czołem kolumny momentalnie zburzyły porządek. Wybuchła panika. 11 dni ucieczek i odwrotów krytycznie podkopały ducha żołnierzy. W jednej chwili najtchórzliwsi prysnęli z kolumny na obie strony drogi w zarośla i rozproszyli trzytysięczna kolumnę gruntowniej niżby to mogły zrobić szrapnele. Zakotłowało się po zaroślach, rozleciały się w ciągu minuty wszystkie oddziały mimo iż ogień szedł w innym kierunku, nie na główny tłum partyzantów.

- Bydlęta! – klął Paweł. – Tchórze! Gówniarze. Zasrane wojsko!

Zaplątał się z drużyną w gęste leszczyny, potem w jeszcze gęstsze łozy, po których kotłowało się jak w garnku to, co przed minutą stanowiło na drodze kolumnę wojska.  Z ciemności ze wszystkich stron nawoływania:

- Gdzie Jastrząb?

- Hallo, gdzie oddział Bomby?

- My z Gromu. Wy z którego?

- Zgubili nas, wystawili, skurrrwysyny, na pewna śmierć – zawodził Szpic.

Ogłupiałe grupki partyzantów błądziły po krzakach, tratowały jakąś łąkę pełną wysokich łoz, wreszcie przekotłowały się na skraj większego lasu, trafiły na suchy rów melioracyjny, szeroki, z wysokim wałem i ten rów ustalił kierunek ucieczki. Po suchym dnie zatupotały buty biegnących.

W pewnej chwili nad wałem, dość jednak wysoko nad głowami, przeleciał łańcuch pocisków świetlnych – parę krótkich serii. W rowie zakotłowało się jak w mrowisku, jak w kupie robaków. Tłum ruszył takim pędem, że się zbijano z nóg, przewracano wzajemnie, kto upadł z trudem podnosił się z pod nawałnicy butów. Biegli jak szaleńcy. A ostrzał rowu był całkiem przypadkowy – parę serii tylko…

Gdy wreszcie strzelanina w stronie placówki zacichła, buchnęła ogromnym płomieniem stodoła i z czarnej otchłani nocy wystąpiły zarysy terenu: zarośla, łąka, rów, dalej kanał czy rzeczka. Zamieszanie ustało.

Przy świetle pożaru Paweł spojrzał na brata, z którym wbiegając w rów wziął się za ręce. Ze zdumieniem stwierdził, że trzyma rękę kogoś obcego! – To ty, Wiatr? Jak to? Gdzie Jogin?

Dalej szedł sam. Nie wiadomo, gdzie stał ów most, o który  toczyła się walka. Doszedł do brzegu kanału. Kilkunastu ludzi tłoczyło się u kładki, kolejka do przejścia rosła, ponaglano: szybciej! prędzej! Dwaj jacyś szli z drążkiem wzdłuż brzegu, macali gdzie płycej? Kładka – surowy kloc olszyny – pod ciężarem jednego człowieka uginała się, zanurzała pod wodę. Przechodzący jedną ręką trzymał się drążka chwiejnej poręczy, a drugą – długim kijem wspierał się o dno. Kapitan Hruby i porucznik Olszyna już się przeprawili, odchodzili nie czekając na  innych. Na  szczęście  poprzez  trzask pożaru dało się słyszeć dudnienie mostu  –stał bliżej niż przypuszczano! Paweł zawrócił od nieszczęsnej kładki, przeszedł przez most. Partyzanci spieszyli w rozsypce łąkami ku torom kolei, która była gdzieś dalej przed nimi.

Panika trwała zbyt długo: dniało już, wstawał chmurny, surowy poranek. Paweł ciągle szedł sam kierując się na sylwetki idących przodem. Natknął się na wóz z rannymi - ze czterech chyba – woźnica uszedł. Konie stały w wodzie po brzuch, jeden z rannych szarpał daremnie za lejce. Paweł podszedł, próbował pomóc – nadaremnie – konie jakby skamieniały. Idący w przedzie byli już daleko, bokami ciągle szli pojedynczy ludzie pośpiesznym tempem maratonu. Paweł zostawił rannych. Przyspieszył kroku. Łąki, potem pole. Mgły. Kolei ciągle nie widać.

Tylko część oddziałów zdołała przejść przez tory tego ranka. Paweł znalazł się w tej części, która trafiła na pancernik. Nasypu kolei jeszcze nie było widać w mgłach nad polami, gdy nad głowami idących zaszumiały pociski. Biły szybkostrzelne działa pancernika, w parę chwil zmiotły z pola partyzantów za ściany kilku rozrzuconych domów i za skupienia drzew. Jacyś cekaemiści wleźli pośpiesznie na wierzchołek wysokiego kopca ziemi – stary prosowiecki bunkier – i po chwili w stronę pancernika rzygnął czerwonym płomieniem cekaem. Potem jeszcze ktoś krewki zainicjował atak. Kilkunastu ludzi wybiegło na otwarte pole. Paweł ruszył za śmiałkami upatrując gdzie bruzdy, padając co kilka kroków. Szybkostrzelne działa przytłoczyły zuchwalców do ziemi. Cofnęli się.

Kwadrat gęstego podmokłego lasu otoczony ze wszystkich stron mokradłami przechował ludzi do wieczora. Nieskończenie dłużył się mglisty ponury dzień. Paweł zjadł ostatni kawałek kiełbasy, podpleśniałej i gorzkiej. Z całego Gromu spotkał tu tylko dwóch znajomych. Rozpytywał ich o brata – nie, nie widzieli. Miał w torbie wspólną żywność dla obu…

Usiadł na zwalonym pniu osiki. Przetrząsał kieszenie: scyzoryk, kalendarzyk, mały zeszycik, świadectwo ukończenia powszechnej, Zaświadczenie Koeniga z Forstamtu. Obejrzał karabin i siódemkę. Rdzewieją! Posmarował kawałkiem słoniny.

Pokręcił się po lasku, posłuchał, co mówią. Wrócił do osiki i przesiedział na niej do wieczora. … Jeśli paść, to od razu – snuły się myśli – od jednego uderzenia kuli… A tych rannych, cóż mogłem zrobić – wóz ani drgnął… Ci dwaj porucznicy, co w nocy poprowadzą wyglądają bardzo sympatycznie. Hm… Brunet ma pseudonim Biały, a blondyn – Czarny… Przechodzić będziemy przez stanowiska artylerii, a w nocy skuteczność ognia artylerii jest bardzo mała… No, tak oni zapewniają – ten Biały i Czarny… Część polegnie, większość jednak przejdzie… Jeśli zagrozi schwytanie, rzucę siódemkę byle gdzie – Niemcy nie znoszą niemieckiej broni w ręku schwytanego. Portfel zostawię… Hm, „Der Bote N. durch seine Fleisigkeit und Zuverlasigkeit hat meine volle Vertrauen verdient… Forstmeister Bernard Koenig”. Tego nie wyrzucę… Kto wie czy to zaświadczenie Koeniga jeszcze się tu nie przyda?... Gdzie teraz jest Piotruś, gdzie on mógł zostać? A może już jest za torami, zdążył przeskoczyć z czołowym rzutem…?

W ciągu dnia dwaj warszawscy porucznicy formowali z rozbitków nową kolumnę.

Noc nadeszła tak samo czarna, jak obie poprzednie. Dano króciutką instrukcję: do torów mamy przewodnika, punkt zborny za torami wyznaczy rakieta, zapamiętać! czerwona rakieta!,  którą po przejściu wystrzeli czołówka.

Zaraz od początku marszu widać było, że w potrzasku nastawionym na partyzantów nie ma żadnej szczeliny: dookoła – z przodu i z tyłu, z prawej i lewej strony raz po raz rozbłyskiwały rakiety. Niektóre wzlatywały z sykiem tak blisko, że kolumna w śmiertelnej ciszy przysiadała do ziemi, po czym wstawała z przysiadu i bez najmniejszego szmeru  przekradała  się  dalej.   Po   godzinie  tego  marszu  w   granatową  otchłań   nocy  wdarło  się oślepiające białe światło potężnego reflektora. Zamiatało ciemności z pola, jak ogromna śnieżnobiała miotła. Rakiety były niczym wobec tego blasku. Ale i jemu wystarczył pokłon cichego tłumu sunącego bezszelestnie w lekko sfalowanym terenie – smuga blasku omiatała pole tuż nad głowami i sadziła ogromnymi skokami dalej.

Po długim deptaniu miedz, zagonów, kawałków drogi, idący poczuli pod nogami powierzchnię szerokiego traktu. Podnosił się lekko do góry, coraz wyżej… Czyżby już do poziomu nasypu?  Czyżby była jednak luka i przemkną bez walki?

Nagle przed samym czołem kolumny zasyczała rakieta.  Przysiad na nic się już nie zdał  - buchnął pierwszy strzał i w tejże chwili noc zatrzęsła się od ognia i jednoczesnego – hurra! partyzantów. Nim Paweł zdążył odmówić Zdrowaś Mario partyzanckie hurra rozciągnęło się już daleko do przodu. Reflektor zdwoił gorliwość, natrafił na tłum. Obok olbrzyma zabłysło w szeregu kilka pomniejszych – hurra niosło się wzdłuż linii świateł. Nieprzyjaciel bił z poza tych świateł ku biegnącym ogniem tak gęstym, że Paweł musiał co kilka kroków padać na płask. Złote smugi pocisków artyleryjskich syczały tuż nad głową, ślepiły z prawa i z lewa, rwały się ze wszystkich stron. Zza kępy na podmokłej łące wypalił z karabinu w blask reflektora. W podnieceniu zapomniał zarepetować i szarpnął powtórnie za spust. Nie było czasu poprawić – biegł skokami dalej. Spostrzegł, że biegnie wśród ostatnich. Poznał przebiegającego tuz obok: Klucz! – krzyknął – Klucz! Bij w reflektor! Erkaemista dosłyszał   i w biegu z biodra puścił serię w snop światła – ogromny reflektor zgasł. Mniejsze nie sięgały swym światłem biegnących. Może były to reflektory maszyn – słychać było wśród ogólnego huku strzelaniny jazgot rozruszników  i motorów.

Ile czasu trwała ta bitwa – godzinę, może więcej? Paweł nie wiedział. Szedł już wyprostowany, kule gwizdały teraz z rzadka i na dużej wysokości. Działa przeciwnika zamilkły. Musiał chyba zejść z kierunku, gdyż toru ciągle nie było widać. Doszedł do jakiejś zagrody – stodoła, dom, podwórze. Chciał pić. Wszedł na podwórze. Stał na podwórzu mężczyzna w czarnej jesionce. Przedstawił się Pawłowi: porucznik Twardy. Był ranny          w nogę. Obaj z Pawłem zaczęli szukać wody. Na podwórze doszła sanitariuszka któregoś oddziału. Została z rannym. Paweł pośpieszył dalej.

- Nie idźcie w tym kierunku, kolego! – wołał za odchodzącym porucznik Twardy. – Tam są bunkry. Tam mnie postrzelili. Bierzcie się jak najbardziej w lewo!

Paweł usłuchał i poszedł do przodu w lewo. Ale i tak natknął się na bunkry. W szarym półmroku brzasku na widnym już nieco nasypie kolejowym majaczył kształt kopca. Podszedł bliżej. Zobaczył zasieki z kołków i drutu wokół bunkra, przy jednym z kołków leżącą na ziemi ciemną postać, niżej jeszcze kilka innych.

- Granaty! Granatów trzeba! – zawołała postać przy kołku.

- Nie ma! – odpowiedziano z dołu.

Leżeli wszyscy bez ruchu, namyślali się widocznie, co robić?

Wtedy – Paweł to widział na tle ciemnego nieba, jaśniejszego jednak niż kopiec, nasyp i te pod kopcem postacie – z wierzchołka bunkra wyleciał czarny nieduży przedmiot i opadł małym łukiem w dół. Na ciemnoczarnym tle nocy stanęła w oczach Pawła wielka, nieprzenikliwie czarna plama. Kiedy opadła i kiedy przebrzmiał huk, postaci pod zasiekiem już nie było. Paweł z przerażeniem odskoczył biegiem w lewo, w lewo, i jeszcze dalej w lewo…

Dostrzegł stos opłotków na nasypie – zestawionych po przejściu zimy w jedno miejsce. Ucieszył się: za tą osłoną nie powinni go z bunkra dojrzeć gdy będzie przekraczał tor. Doczołgał się do stosu opłotków. Spojrzał przed siebie: nareszcie! Cztery pasma szyn – granica okrążenia… Osłonięty stertą opłotków wyprostował się. Zastanawiał się: pełznąć, czy skuliwszy się przebiec? Wybrał bieg. Wyskoczył zza osłony. Gdy przenosił nogę nad pierwszą szyną, ta zadźwięczała od krótkiej serii. Momentalnie przypadł na płask do kamiennej powłoki torowiska. Nie strzelali. Nie widzą… Przeczołgał się na druga stronę. Ześliznął po zboczu nasypu. Tuż za nasypem płynął strumień. Szedł środkiem, po kolana w wodzie jeszcze kilkadziesiąt kroków w lewo. W wysokich brzegach strumienia wyprostował się na cały wzrost. Jeszcze, jeszcze w lewo! – nakazał sobie. Wreszcie wygramolił się na drugi brzeg.

Wczesny poranek. Pole – świeżo zorana ziemia, bruzda. W bruździe leży ktoś twarzą ku niebu. Partyzant. Pewnie z oddziału Sokoła, bo w niemieckim mundurze, z mauserem u boku. Zmęczył się i odpoczywa. Paweł pochylił się nad leżącym: śpicie, kolego? Ale spojrzawszy uważniej drgnął: oczy żołnierza były otwarte i nieruchome. – Aha! – powiedział głośno do siebie. Ruszył tą bruzdą w pole przed siebie.

W oddali w szarym brzasku cichego poranka widniał las. W pewnej chwili błysnął nad nim wznosząc się w górę maleńki czerwony punkt.

Wskazując go oczyma strzelec Morus – wyrósł nagle obok Pawła jakby z pod ziemi – uśmiechnął się surowo i podniósł z lekka rękę w tym kierunku:  chodźmy, Jantar.

Znowu – któryż to już raz – do lasu spływały z pól grupki – zwycięzców czy niedobitków? Las. Dorodny, gęsty. Niewielki jednak, zewsząd otaczają go kilometry otwartych pól.

Wyczerpani walką i marszem partyzanci siadają pod drzewami. Znajomi zbierają się w grupy. Paweł z Morusem położyli się na trawie. Rozglądają się – żadnej znajomej twarzy. Po twarzach widać – niespokojnie tu… O co chodzi? – nie wiadomo, to pewne jednak, że nie tu jeszcze odpoczynek. Ze swoich oficerów widzieli tylko Olszynę.

Poruszenie w sąsiednich grupkach. Jakiś obcy oficer każe wstawać. I co? No tak! Znowu obsadzać brzeg lasu. No tak! Już jacyś dwaj przechodzą z rusznicą. Już przelatuje wołanie: Broń automatyczna do przodu! Już słychać kędyś z pola zbliżanie się czołgu. W oczach strach, blade, wylękłe twarze… Milczenie. Jakże się nie chce wychodzić na linię na brzeg lasu. Nie obronią go. Za mały. Czyżby czołówka zmyliła drogę? Tak niewielu ludzi widać w tym lesie.

Jednak nie! Nie będą bronić. Wychodzą na łąki. Za łąkami widnieje właściwy las – cała ogromna ściana. Zaroiła się łąka. Teraz dopiero widać jaki ogromny tłum przeszedł tej nocy przez tory. Szybko, ku tamtemu wielkiemu lasowi!

Uszli ze trzysta metrów – bezładną gromadą, kto z kim chciał – i wtedy… Wtedy Paweł widzi to, czego tylekroć z kolejnych stanowisk strzeleckich w linii upatrywał: sylweta samochodu pancernego na wzgórku z boku łąki. Widoczna na całą wysokość na tle nieba. I w tejże chwili bije do rojowiska ludzkiego na łące z tego samochodu cekaem. Kogoś biegnącego przed Pawłem już podejmują pod ramiona towarzysze – krwawi kolano, po chwili bieleje chusteczką nałożoną w biegu. Pancerka sterczy na wzgórzu, ma setki uciekających jak na dłoni. Nabije ludzi! – myśli Paweł podbiegając pod osłonę sporego wału darniny. Dziwi się, że tak niewielu biegnących robi to samo – uciekają na ślepo. Widocznie tracą głowę z przerażenia.

Ale – co za dziw! – pancerka milknie, choć ciągle ma uciekających w zasięgu. Zawraca. Doprawdy zawraca. Odjeżdża! Już jej nie ma!

Mogła narobić jatek na tej łące. Odjechała nie atakowana. Cud?

Marsz, marsz, jak najprędzej! Jeszcze, jeszcze trochę wysiłku. Nie zwalniać tempa. Pół łąki, trzy czwarte. Koniec. Już las. Nareszcie bezpieczni. Z nowego boru wychodzą na spotkanie  łącznicy. Prowadzą.  O, jeszcze  kawałek  drogi!  Bagnisty  teren.  Całe  sosny  leżą rzucone przez bajora. Jeszcze marsz, jeszcze. Pierwsze placówki. Jeszcze marsz. Las, ciągle las. Dopiero późno po południu ogrody i wieś zewsząd otoczona lasami. Smolary.

Paweł odnajduje część swojej drużyny. Jest Natan, Grzmot, Szpic, Zuch. Mają chleb. Udało im się przejść tory w pierwszym rzucie. Drużyna ma osobną chatę. Paweł dostał  gorącej strawy. Rzucił się na legowisko. Co za stara, stęchła, aż czarna słoma! – kwaterowali tu partyzanci sowieccy. Zasypia, śpi kamiennym snem bardzo długo.

Fragment niepublikowanych wspomnień żołnierza 27WDP AK Stanisława Nikoniuka ps.”Jantar” udostępniony przez córkę Magdalenę Wawer

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

PAMIĘTAJ PAMIETAĆ

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
495
Odsłon artykułów:
2993831

Odwiedza nas 206 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo