Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

Józef Turowski "Ziuk": W lutym 1944 roku odszedł z Wołynia pułkownik "Luboń" -Kazimierz Babiński. Na jego miejsce Komenda Główna AK skierowała majora (ppłk.) dyp. "Oliwę" - Jana Wojciecha Kiwerskiego, który objął dowództwo organizującej się dywizji, wydzielając dwa zgrupowania:

- Pod Kowlem "Gromada" dowodzone przez - majora "Kowala" - Jana Szatowskiego;

- Pod Włodzimierzem Wołyńskim "Osnowa" dowodzone przez - kapitana "Gardę" - Kazimierza Rzaniaka.

Sztab Dywizji był przy zgrupowaniu "Gromada". Zgrupowanie "Gromada" odtworzyło 50pp. i 43pp. dysponując 5 liniowymi batalionami ("Sokół", "Jastrząb", "Trzask", "Kord", "Siwy") oraz szwadronem kawalerii 1/21 ("Hińcza"). Zgrupowanie "Osnowa" odtworzyło 23pp. i 24pp. 3 liniowe bataliony ("Łuna", "Zając", "Lech") oraz szwadron kawalerii 1/19 ("Jarosław"). W dyspozycji dowódcy pozostał batalion 45pp. ("Gzyms"). Ogółem w końcu marca 1944 roku podstawowe siły dywizji stanowiło dziewięć batalionów piechoty i dwa szwadrony kawalerii (zwiad taktyczny), wspomagane szeregiem samodzielnych i pomocniczych pododdziałów - łącznie około 6,5 tysiąca uzbrojonych ludzi. Walki z Niemcami na Wołyniu rozpoczęły się w styczniu 1944 roku, kiedy zaatakowali oni tereny opanowane przez oddziały polskie broniące własnej bazy operacyjnej. Prowadzono równocześnie uporczywe walki z oddziałami UPA, zagrażającymi ludności polskiej oraz ograniczającymi swobodę polskiego działania przeciwko Niemcom.[1] 

Henryk Kata „ Prima”: Świniarzyn, Wierzbiczno, Ossa, Rzewuszki, Wołczak , to jedne z wielu dużych umocnionych  miejscowości, z których sotnnie OUN-UPA dokonywały zbrodni ludobójstwa na ludności polskiej, grabieży i puszczania z dymem pożarów całych wsi. Dopiero w początkach lutego 1944 roku oddziały nasze na tyle okrzepły i w ramach akcji „Burza” rozrosły się, powiększając swój stan liczebny, że dowództwo mogło pokusić się o zajęcie wyżej wspomnianych miejscowości. Rozwiązałoby to kwestię mieszkaniową setek rodzin z wypalonych wsi w okresie Bożego Narodzenia, kwatery dla większej liczby miejscowych oddziałów, jak też przybyłych z okolic Równego, Ostroga, Sarn i Łucka. Ponadto miejscowości te położone na styku powiatów: Kowel i Włodzimierz Wołyński otwierały komunikacje i łączność z oddziałami AK zgrupowania „Osnowy”, w okolicy Włodzimierza, Bielina, Spaszczyna oraz z oddziałem „Korda” w okolicy Lubomla. W końcu stycznia lub na początku lutego 1944 roku batalion „Jastrzebia” marszem z Kupiczowa przez Tuliczków zajął dużą ukraińską wieś, gniazdo nacjonalistów – Wierzbiczno.  Słynni z okrucieństw upowcy opuścili po krótkiej strzelaninie swoje pielesze, a nasz batalion „Jastrzębia” po dwudniowym pobycie opuścił Wierzbiczno, zajmując położone dalej na południowy zachód miejscowości: Ossa i kolonia Ossa. Znalazłem się na terenie, z którego siedem miesięcy temu uciekłem przed rezunami. Z kolonii Kowalówka, której byłem mieszkańcem, chodziłem do szkoły od 1 do 4 klasy w Budach Ossowskich, do 5 i 6 klasy w Ossie. Teraz w tej szkole została zamontowana nasza radiostacja nadawcza. Do klasy 7 jeździłem rowerem przez ukraińską wieś Rzewószki, polską wieś Dominopol (wymordowaną całkowicie) oraz niemiecką wieś Wandywola-do szkoły w Swojczowie. Pisząc te wspomnienia po latach, oczami wyobraźni widzę te straszne tragedie tamtych dni, tragedie niewinnych ludzi, które rozegrały się na tym terenie w tak krótkim czasie. Wieś Dominopol wymordowana w 99 procentach, w Budach Ossowskich pozostało na zawsze 200 osób zamordowanych, w kolonii Kowalówka na 23 rodziny – 32 osoby zamordowane. Wołczak –wieś ukraińska, położona przy wielkim kompleksie Lasów Świniarzyńsko – Osiekrowskich, w której mieścił się sztab OUN-UPA, Kurennego „Sosenki”. W Wołczaku były tylko dwie polskie rodziny: Mikulskich i Buczków. Obie rodziny wymordowano dzień wcześniej od Dominopola. Uratował się tylko syn Mikulskich – Franciszek, mój kolega z jednej ławy szkolnej w Swojczowie. Z Frankiem spotykaliśmy się codziennie przy leśniczówce, przed mostem na rzece Turii i dalej jechaliśmy rowerami do szkoły w Swojczowie i spowrotem. W leśniczówce często w gorące dni orzeźwialiśmy się czystą zimną wodą. Leśniczy Bogusław Terlecki, jego żona Teofila z domu Zającówna, z Moniatycz koło Hrubieszowa, oraz ich dwuletni synek Leszek zostali zamordowani w okrutny sposób, zgodny z nazwą, którą się zachłystywali sprawcy – ryzuny. Po tym czasie gdy oddział „Jastrzębia” zajął Wierzbiczno i Ossę, inne oddziały „Sokoła” i „Siwego” zajęły miejscowości Świniarzyn, Rzewuszki, Wołczak i wiele innych bez większego oporu. Banderowcy po prostu stchórzyli. Oddział nasz zakwaterowany był w Ossie, mój pluton rozlokował się w szkole, a konkretnie w Sali, w której sześć lat wcześniej nauczyciel Kowalski uczył mnie matematyki. Tak to, chociaż młody (19 lat), poczułem się jak uczeń, pomimo groźnej i skomplikowanej sytuacji, czasu wojny, czystki etnicznej i potwornych mordów dokonywanych przez OUN –UPA. Jednak młodość ma swoje prawa, które wykorzystuje nawet w takich sytuacjach. Do dzisiaj pamiętam długie zimowe wieczory, których nudę poza służbą staraliśmy się rozładować na różne sposoby. Wyróżniającym się w tej sztuce Czesław Grudzień "Tygrys” z Łuczyc koło Turzyska, mój o rok starszy kolega ze szkoły w Swojczowie. Urodzony Janko Muzykant pięknie grał na skrzypcach. Zamienialiśmy się w słuch, kiedy wyczarowywał na swoich skrzypcach tak smętne, jak też wesołe i skoczne melodie. Czas wojny był nieubłagany i bezlitosny nawet dla talentów. Niewiele upłynie dni, kiedy Czesio Grudzień „Tygrys” zostanie ciężko ranny w Ośmigowiczach i na skutek odniesionych ran w kupiczowskim szpitalu pożegna się z życiem. Z miejscem postoju w Ossie wiąże się wiele ciekawych wydarzeń. Znałem cały teren, na którym spędziłem kilkanaście lat swojego dzieciństwa. Znałem każdą drogę i ścieżkę, wiedziałem, gdzie, kto mieszkał. W wyobraźni widziałem twarze i sylwetki tych ludzi, kłaniałem się im, mówiąc: „dzień dobry” w drodze do lub ze szkoły. Te wspomnienia kłębiły się w moim umyśle, gdy patrzyłem na każdy znany mi dom, zagrodę tak niedawno opuszczonych miejscowości. W Ossie, w połowie lutego 1944 roku, podczas apelu stacjonujących tu oddziałów, na obszernym placu szkolnym ( gdzie jako uczeń kopałem piłkę) odczytano ważny rozkaz. Dowiedzieliśmy się z niego, że stanowimy część 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. A więc podział na wzór regularnej armii na: pułki, bataliony, kompanie i dalej w dół. Że wszyscy odpowiednio do posiadanych stopni mają założyć dystynkcje. Rozkaz podpisał podpułkownik dyplomowany Jan Wojciech Kiwerski „Oliwa”, z którym uwieczniliśmy się na zdjęciu, w małej grupie kolegów po ćwiczeniach kompanii łączności w Ossie. Połowa lutego 1944 roku w Ossie zapisała się w mojej pamięci mroźną, śnieżną zimą. Już od południa wiedzieliśmy, że musimy być gotowi do dalszego wymarszu w pełnym ekwipunku bojowym. Jak zwykle uzupełniłem amunicję w magazynku rkm. Sprawdziłem, czy co piaty jest zapalający, przeczyściłem zamki, rygle, przecierając wszystko lekko naoliwioną szmatką. Warto też wspomnieć, że na apelu został odczytany rozkaz założenia na rękaw zewnętrznego ubioru biało-czerwonej opaski. Rozkaz miał obowiązywać na czas nieokreślony. Był warunkiem porozumienia zawartego pomiędzy dowództwem 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK a dowództwem oddziałów partyzancko-armijnych radzieckich, którymi to oddziałami teren ten był nasycony w miarę zbliżającego się frontu wschodniego. Konkretnie chodziło o to, żebyśmy się nie zwalczali podczas przypadkowych spotkań. Obowiązek zakładania opasek czerwonych mieli także partyzanci radzieccy. Wszystko to było wykonywane w myśl zobowiązań koalicji antyhitlerowskiej aliantów, z którymi byliśmy w sojuszu my i ZSRR. O zmierzchu batalion „Jastrzębia” załadowny na sanie długim kilometrowym wężem przebijał się przez zasypane śniegiem Lasy Świniarzyńsko-Osiekrowskie na południowy wschód, do miejsca, w którym za kilka godzin rozegra się bój z upowcami. Takie wiadomości krążyły wśród naszego oddziału, że po ucieczce z miejscowości, które myśmy zajęli, sotnie banderowców koncentrują się we wsi Ośmigowicze  i wokół niej, żeby powetować sobie na nas poniesione straty. Noc była bardzo mroźna. Zmarznięci tuliliśmy się do siebie. Ponieważ amunicyjnym do rkm. był Tadzio Różański „Świda”, to przed i w czasie akcji byliśmy zdani na siebie jak dwie nierozłączki. Na zmianę zeskakiwaliśmy z sań trzymając się kłonicy i biegliśmy dla rozgrzewki. Wreszcie długa zimowa bardzo mroźna noc skłaniała się ku końcowi, jak też cel podróży zaczął majaczyć nam przed oczami przez rzedniejący las. Z mroków wczesnego ranka, na skraju lasu wyłoniła się kryta strzechą wiejska chata. Sanie zatrzymały się. Chłopcy szybko wychodząc z lasu drużynami, spokojnie, na cichy rozkaz swoich dowódców, rozeszli się w tyralierę. Ja ze Świdą wpadliśmy na moment do ciepłej jeszcze w środku, chaty. Błyskawicznie zdjąłem ze ściany szklaną , typową wówczas, lampę naftową. Stłukłem ją o zamek rkm, kilka jałowych ruchów zamkiem i dołączyliśmy do tyraliery, która posuwała się po lekkim ośnieżonym wzniesieniu. Zza wzniesienia widoczne były słomiane strzechy zabudowań wsi Ośmigowicze. Posuwaliśmy się tak tyralierą, aby osiągnąć wzniesienie, a za nim wioska, gdy nagle zostaliśmy ostrzelani gęstym ogniem broni maszynowej. W trzaskający mróz, na nagim wzniesieniu zasypanym śniegiem, wystawieni byliśmy jak przysłowiowe kaczki na cel. Z pierwszego silnego ognia broni maszynowej byli zabici i ranni, między innymi mój amunicyjny Tadzio Różański „Świda” – pocisk rozszarpał mu lewy nadgarstek. Chyba intuicyjnie oddałem w wystające zza wzgórza strzechy zabudowań kilka krótkich serii pocisków zapalających. Rezultat nadspodziewanie zbawczy; nim ochłonąłem z wrażenia, co zrobić z rannym kolegą pod gradem pocisków, nagle pojawił się kłębek dymu. Za chwilę już kłęby ciemnego dymu, niesione podmuchem lekkiego wiatru, całkowicie okryły nas, przygniecionych seriami do śniegu. Wiedzieliśmy, że osiągnięcie wzniesienia jest możliwe pod osłoną dymną, która będzie się utrzymywała tylko do momentu, gdy wystrzelą do góry ponad strzechy płomienie. Toteż wykorzystaliśmy zasłonę dymna jak na ćwiczeniach. Zabrałem od „Świdy” magazynki z amunicją, upewniłem się, czy jest w stanie sam dojść poniżej, na skraj lasu, gdzie udzielą mu doraźnej pomocy. Widziałem, że już ochłonął z pierwszego szoku po zranieniu, wycofał się szybko i zniknął za osłoną dymną. Z kolegami z lewa i z prawa w kilku susach do przodu osiągnęliśmy wzniesienie, gdzie zauważyłem uciekających uzbrojonych w „pepesze” ludzi. Tu już strzelaliśmy do siebie z odległości kilkunastu metrów, ale my byliśmy w nieco lepszej sytuacji – oni uciekali ostrzekiwując się z półobrotu. My pędziliśmy za nimi w przeświadczeniu, że wreszcie mamy okazję do bezpośredniego zwarcia z rezunami. Nie żałowaliśmy naboi na uciekających morderców niewinnych ludzi. Warto wspomnieć, że już na polu walki zastanawiał nas ubiór tych ludzi, taki jak armii sowieckiej. Płaszcze, kufajki, czapki czubate, a zamiast plecaka na plecach tak zwany wieszcz mieszok (rodzaj plecaka) używany w armii sowieckiej. Ponad to każdy z uciekających trafiony pociskiem „dum dum” eksplodował, jakby był nafaszerowany trotylem, co niebawem się wyjaśniło. Odcinek walki na prawym skrzydle, który wyżej opisałem, poniósł poważne straty w czasie pierwszego zmasowanego ognia broni maszynowej. Było wielu rannych i zabitych. Dym płonących zabudowań pomógł nam szybko uporać się z przeciwnikiem na naszym prawym odcinku. Jednak na odcinku środkowo – lewym, gdzie nieprzyjacielska linia obrony przebiegała miejscowym cmentarzem, a każdy grobowiec był naturalną osłoną, nasze oddziały zaniechały walki u schyłku krótkiego mroźnego lutowego dnia. Rannych odesłano natychmiast do szpitala w Kupiczowie. Byli to Henryk Frej „Husarz”, Czesław Grudzień „Tygrys” ( obaj zmarli w kupiczowskim szpitalu ). Ponadto ranni zostali: Tadeusz Różański „Świda”, Zygmunt Adamski „Burza”, Czesław Błaszczyk „Szczupak”, Leon Karłowicz „Rydz”, Ryszard Bojkowski „Jodła”, Tadeusz Nadzieja „Sowa”, Wacław Rakowski „ Wicher”. Zginęli na polu walki: Wacław Kulesza „Szampan”, sierżant Jan Siwek „Mostowicz”, Mieczysław Szwarc „Kozioł”, Stanisław Woźniakowski „Tur” oraz nieznany mi z nazwiska „Wilczek”. Po całym dniu walki i zebraniu poległych, zmęczeni fizycznie i psychicznie po stracie kolegów, w powrotnej drodze z mina wisielca komentowaliśmy przebieg walki na odcinku, który zajmowaliśmy plutonem Jana Bednarka „Kowińskiego”. W rozmowach doszliśmy do wniosku, że kiedy pod osłoną dymną zajęliśmy wzgórze, to wśród wycofujących się słyszeliśmy nawoływania w języku rosyjskim: nieudieraj, dawaj agnia. Język rosyjski, ubrania, uzbrojenie i styl walki nasuwały logiczne wnioski, że nie byli to banderowcy. Były to raczej oddziały armijno-partyzanckie (radzieckie), którymi sowieci nasycali zaplecze frontowe Niemców, w celach operacyjno-taktycznych, jak też do zwalczania niewygodnych sowietom ugrupowań , jakimi była między innymi 27 Dywizja Wołyńska AK. Mieliśmy na to wiele dowodów, o czym później. Chociaż my w pierwszym ogniu ponieśliśmy bardzo bolesne straty, to oni odczuli swoje bardziej dotkliwie, dostając tęgie lanie i nauczkę, że z nami należy się też liczyć i dotrzymywać zawartych porozumień, chociażby tych w sprawie opasek rozpoznawczych. Do tego zobowiązywała nas przynależność do koalicji antyhitlerowskiej. Już na drugi dzień sprawę Ośmigowicz wyjaśnili sami dowódcy partyzantki radzieckiej. Przyjechali do naszego dowództwa w Ossie tłumacząc pokrętnie, że zaszła oszybka (nieporozumienie), czego nie komentuję w tych wspomnieniach, bo na przestrzeni czasu miedzy Polską a Rosją sowiecką zaszło wiele podobnych i gorszych w skutkach oszybek. Po dłuższym odpoczynku w Ossie ranni w Ośmigowiczach koledzy powrócili do swoich macierzystych oddziałów. Niektórzy jeszcze w bandażach.[2]

Olgierd Kowalski „Czarny”: Z Kupiczowa, patrząc na południowy zachód widać potężny od dawna opanowany przez UPA kompleks leśny. Fama głosiła, że w tych lasach już we wrześniu 1939 wymordowano wielu wycofujących się polskich żołnierzy. W ostatnich latach natomiast na tym obszarze wyniszczono wszystkie rodziny polskie. Stąd wyruszały większe wyprawy banderowskie na polskie wsie. W lasach ukryte były magazyny żywnościwe, warsztaty, rusznikarnie, magazyny broni i amunicji. Zdobycie tej bazy od dawna kusiło nasze dowództwo, pozbawiłoby ono UPA potężnego zaplecza a nam dałoby duże pole manewru. Trochę z obawą myśleliśmy o tym nieuniknionym przedsięwzięciu. Trzeba było liczyć się z zażartym oporem w dodatku na świetnie przygotowanym do obrony terenie. Tymczasem wypadki potoczyły się wbrew oczekiwaniom. Bazę UPA zaatakowano z kilku kierunków i co ciekawe nikt tzn. ani sowiecka partyzantka ani oddziały "Jastrzębia", "Sokoła" i "Siwego" ani nasz nie napotkały prawie oporu. Można przypuszczać, że uwzględniając zbliżające się nieuchronne zajęcie tych terenów przez Armię Czerwoną, oddziały UPA planowo opuściły je, przesuwając się na zachód, tj. za Bug. Jak wspomniałem, oddział nasz wziął udział w tej zakrojonej na szeroką skalę akcji. Działo się to w pierwszych dniach lutego. Z duszą na ramieniu wyruszyliśmy przez kupiczowskie zaśnieżone pola w kierunku czerniejącego lasu. Nie padł ani jeden strzał. Jedyną poważną przeszkodę stanowiły przemyślnie zwalone drzewa, ale w końcu jakoś potrafiliśmy "wymanewrować się" na drogę wiodącą do Wołczaka. Szliśmy jak zwykle w takich wypadkach gęsiego, po obydwu stronach drogi, trzymając broń w pogotowiu. Oprócz skrzypienia śniegu nic nie mąciło leśnej ciszy. Po jakimś czasie zaczęły nas wymijać pełne dobytku sanie z ukraińskimi uciekinierami. Były to przeważnie kobiety z dziećmi, kilku starców. Znienacka natknąwszy się na nas i nie mając możliwości ucieczki z determinacją szli swoją drogą, rzucając od czasu do czasu zalęknione spojrzenia. Nikt ich nie zaczepiał. Jedynie od czasu do czasu ktoś pozdrawiał ich kpiąco "Sława Ukraini". Odpowiedzią było milczenie. Przy zapadającym mroku zajęliśmy, chyba niedawno i to w pośpiechu opuszczoną wieś. Będąc przekonany, że zanocujemy tu, postanowiłem zrobić kolegom miły prezent. Trafiłem na stadko gęsi. Pourzynałem im głowy i niestety musiałem je zostawić, bowiem nasz pluton pomaszerował dalej w kierunku Turii. Zajęliśmy od dawna wyludnioną polską wieś Dominopol. Podobno pierwsze mordy miały tu miejsce jeszcze we wrześniu 1939 r. Resztę wyrżnięto i potopiono w czterdziestym trzecim. Pozostała tylko jedna, prawie obłąkana starowina. Jak i z czego żyła trudno było dociec. W Dominopolu ocalał most na Turii i to nadawało strategiczne znaczenie tej miejscowości. Przejścia przez most strzegł niewiadomo przez kogo zbudowany nieduży bunkier. W bunkrze tym pełniło zwykle wartę dwóch żołnierzy uzbrojonych w karabin maszynowy. Któregoś dnia pełniłem dyżur chyba ze "Słowikiem II". Zagapiliśmy się trochę i raptem widzimy, że po drugiej stronie rzeki, drogą z prawej strony nadjeżdżają wozy konne z węgierskim wojskiem. Tabory przystanęły, a do zasieków z drutu kolczastego zbliżyło się konno kilku oficerów. Nie baliśmy się specjalnie Węgrów, więc wyszedłem śmiało do parlamentariuszy. Oczywiście "Słowik II" miał ich cały czas na muszce. Na tyle znałem język niemiecki, że z grubsza dogadaliśmy się. Oni chcieli przejechać, a ja kazałem im czekać na oficera. Strzałem zaalarmowałem naszą załogę. Dalej sprawa potoczyły się dość szybko. Nasi za przepuszczenie Węgrów otrzymali w podarunku chyba dwa, czy trzy niemieckie pistolety maszynowe, które później nosili nasi oficerowie. Następną przygodę na służbie wartowniczej przyżyłem przy młynie. Grasowała tam wydra. Pierwszej nocy pełniąc wartę na tym posterunku denerwowałem się strasznie słysząc podejrzane pluski i mlaskania. Początkowo myślałem, że to banderowcy przeprawiają się przez rzekę, ale "wziąłem na wstrzymanie". Pluski mlaskanie nie ustawało, to mnie uspokoiło. Rano, ślady bytności wydry potwierdziły moje przypuszczenia. Powrzucałem pozostawione szkielety ryb do wody, mając nadzieję, że ktoś nabierze się na te pluski. Nikt się nie nabrał, natomiast ktoś zorientowawszy się że na tej głębi koło młyna jest dużo ryb, rzucił granat. Przewidywania tego kolegi sprawdziły się, wypłynęło tak wiele ryb, że aż trudno było je wybrać. Trzecia przygoda w Dominopolu spotkała mnie już po naszej wyprawie do Uździutycz. Rano zaalarmował nas wartownik, że pod lasem widoczna jest grupa ludzi. Chwyciłem broń i biegnę tam nie czekając na kolegów. Istotnie pod lasem stoi kilka osób. Przyglądam się uważnie. Broni nie widzę. Na kiju trzepocze jakaś brudna szmata. Kto to może być u licha? Chyba nie podstępni banderowcy, bo nie peszą ich zbliżający się następni nasi żołnierze. Każę przybyszom podnieść ręce do góry. Czynią to posłusznie.

"Niech się jeden zbliży!", rozkazuję.

"Ale ręce w górze!", krzyczę, widząc opuszczone ręce.

"Kto wy jesteście", pytam spokojnie.

"Żydzi, proszę pana", pada zbolała odpowiedź.

"Skąd jesteście?"

"Z całego świata".

Okazuje się, że grupa ta wraz z kilkoma innymi żydowskimi rodzinami ukrywała się w okolicznych lasach. Zbudowali tam ziemianki i jakoś właśnie im udało się przeżyć. Pozostali systematycznie tropieni zostali z czasem wymordowani przez ukraińskich nacjonalistów. Po naszej bytności pod Uździutyczami, dowiedzieli się od kogoś, gdzie nas szukać, i potwornie zabiedzeni przybli tu prosząc o opiekę. Dowództwo pozwoliło im mieszkać w Wołczaku. Widziałem później tę grupę obierającą w kuchni ziemniaki dla wojska. W Dominopolu pełniliśmy tylko służbę wartowniczą. Czasami banderowcy podchodzili od strony rzeki do naszej wsi, podpalali opuszczone domy. Przeganialiśmy ich zawzięcie. Co jakiś czas zmieniała się załoga, a zmęczony służbą pluton przenosił się do Wołczaka, gdzie też nie brakowało posterunków do obsadzenia. W Wołczaku było o tyle lepiej, że można było coś zoragnizować do jedzenia, jakąś krowę lub zdziczałego prosiaka. Porżniętych przeze mnie gęsi nikt nie ruszył. Leżały jak je zostawiłem, ale że w międzyczasie nastąpiło ocieplenie nie odważyłem się ich ruszać. 28 lutego wyruszamy na jakąś większą wyprawę. Wnosząc z kierunku marszu idziemy w górę rzeki Turii, gdzieś przypuszczalnie w stronę Kisielina. Jest dość mroźna noc. Mimo zalegającego śniegu panują egipskie ciemności. Przechodząc w pobliżu małego skupiska domów, widzimy że ktoś w pośpiechu opuścił przydrożne zarośla i skrył się w najbliższym podwórku. Chyba spłoszyliśmy wartownika. Teraz próbujemy w kilku go odnaleźć. W jakiejś szopce nerwowo zagdakał raptownie obudzony kogut. Napewno spłoszył go ów chowający się osobnik. Przydałaby się latarka, ale w pobliżu niestety nikt nie ma. Drużynowy plut. "Wiarus" już mnie ponagla: "Chodź, "Czarny", idziemy dalej". Nowy ale pilnuje powierzonego mu kierdla. Zajął miejsce po zmarłym kpr. "Gołębiu". Jak każdego nowego przełożonego przyjęliśmy go z rezerwą, ale powoli zmieniamy opinię. Ten chyba będzie udany. Odeszliśmy kawałek i znowu stoimy. Klnę jak szewc. Nadciąga oczekiwany oddział "Gzymsa", a jeszcze ma nadejść "Trzask". Widzimy, że zanosi się na poważną akcję. O świcie wychodzimy z lasu. Słychać serię z kaemu. To do nas. "Kurwa mać!", klnie "Wichert, "Nie ma już zaskoczenia." On wie, że jesteśmy już blisko celu tj.Uździutycz. Dużej wsi, prawie miasteczka o wieloletnich nacjonalistycznych tradycjach (1918r). Nie ma co czekać. Przez zaśnieżoną równinę ruszyły tyraliery. Jakżesz ci chłopcy rwą do przodu. "Piorun", "Strzał", "Szary Z", "Szary S", "Borys" i kilku innych już są daleko w przodzie. Żaden z nich nie pada, pędzą jak na zawodach. Próbuję ich dogonić, ale widzę, że nie dam rada. Scigana czołówka dociera już do pierwszych budynków, widać i słychać, że trwa tam zacięta walka, a po "dalszym planie" tłucze niemiłosiernie z góry jakiś ckm. Wypatrzyłem go i mam nadzieję, że go dostanę. Mierzę bardzo starannie. Nie jestem pewny, czy poprawnie nastawiłem odległość, więc po każdym strzale koryguję ją. Musiałem swoimi strzałami zirytować celowniczego, bo teraz on z kolei zawziął się na mnie. Robi mi się gorąco, gdy raz po raz obsypują mnie fontanny śniegu. Z prawej strony skąd miał atakować "Trzask", dalej cisza. Później wyjaśniło się, że oddział po prostu się spóźnił. Obrzucone granatami domy nie zapaliły się i nie powstała dymna zasłona. Nasi zaczynają się wycofywać. Dodaje to animuszu banderowcom. Wyrusza ich pościg. Klną i wrzeszczą: Smerć Lacham (śmierć Polakom). Tłukę bez przerwy ze swojego karabinka, aż muszę lufę chłodzić w śniegu. Celuję bardzo starannie, wydaje mi się, że strzelam celnie. Po każdym strzale obserwuję efekt, namierzony striłec pada. No myślę, oberwał, po pewnym czasie widzę, że jednak wstaje i chociaż z mniejszym animuszem, ale biegnie do przodu. Niektórzy nasi wycofują się trójkami. To ewakuacja rannych. Grupy te narażały się na zwiększony ostrzał. Wycofujący się przy pomocy dwóch kolegów. "Chrobry" zanim dotarł do wozu, został jeszcze trzykrotnie ranny. Na lewym skrzydle plut. "Powój" z kolegami, dali się podejść przeciwnikowi. Udając Polaków, któryś z banderowców zapytał: "Z jakiego oddziału chłopcy?" "Z "Łuny". Banderowcy śmiało podeszli i z bliska posypały się serie z automatów. "Powoja" dobił striłec ze zdobytego na nim pistoletu. "Bej", chociaż ranny w kolano, ostrzelał napastników, chwycił przed siebie również rannego "Mamuta" i wyniósł go, ostrzeliwującego się zawzięcie aż do sań nadjeżdżającego "Udarnego". Mimo krytycznej sytuacji nikt nie wpada w panikę. Wytrzymujemy do końca i ostrzeliwując się osłaniamy wycofujących się kolegów. Nadlatuje zwiadowczy samolot niemiecki "Storch". Nie żałując ani nas, ani Ukraińców strzela po wszystkich. Cofnęliśmy się nieco do lasu. Odprawiamy rannych jest ich dużo, samych oficerów trzech "Cwik", ppr. "Nałęcz", chor. "Samson". Jeśli dobrze pamiętam zabitych wyniesiono czterech, po kilku dniach zabrano również prawie nagie zwłoki plut. "Powoja". Stoimy rozgoryczeni i przybici klęską. Nadjeżdża dowódca tej wyprawy mjr. "Pogrom". Jedzie zamyślony drogą, spychając koniem żołnierzy na boki. Nie wytrzymał nerwowo "Kowboj" (Władysław Morawski, syn przedwojennego dowódcy 24 p.p.) i wali nahajką majora w pośladek. Mjr. "Pogrom" zaniemówił chwytając otwartymi ustami powietrze. "Przepraszam kapralu", usprawiedliwiał się "Kowboj", jak gdyby oprócz belek nie widział gwiazdki, "chciałem uderzyć konia, bo najeżdżał na nas". Incydent ten nie miał chyba żadnych następstw. Rezultaty akcji mówiły same za siebie. Działania były przeprowadzone nieudolnie od początku do końca. Wracamy do Dominopola. Na wydeptanym śniegu pozostały dwa trupy napotkanych ukraińskich kobiet, które znienacka zastrzelił "Żbik". "Mur" ostro skrytykował ten makabryczny wyczyn. Konflikt między nimi zaostrzał się. Od chwili oficjalnego powstania 27 Dywizji, jednostka nasza na kołnierzach mundurów nosiła granatowe naszywki w kształcie prostokątnego trójkąta z wyhaftowaną białą literą "Ł". Teraz wyróżniając nasz oddział za postawę w tym boju dodano czerwoną nitkę, biegnącą od wierzchołka trójkąta do środka podstawy. [3]

1]  Tekst zaczerpnięty z broszury „27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej – Skrót działań” wydanej z okazji XXV Zjazdu Żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej w dniach 29- 30-31 VIII 2005 r. w opracowaniu Józefa Turowskiego "Ziuka".

2] Fragment wspomnień  Henryka Katy opisanych w książce jego autorstwa               „ Wojenne wichry”

3] Fragment wspomnień  Olgierda Kowalskiego z jego opracowania „Wspomnienia

grudzień 1943 - maj 1945 „

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

PAMIĘTAJ PAMIETAĆ

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
498
Odsłon artykułów:
3250484

Odwiedza nas 157 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo