Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

     Zbiórka w poczekalni. Przybył dowódca batalionu. Porucznik Siwy starał się przemawiać srogo, nie czuło się jednak oficerskiej srogości w jego głosie. Od całej postaci porucznika ślicznie opiętej w niemiecki płaszcz tchnęło łagodnością. Przemawiając rumienił się, jak panienka.  Te spostrzeżenia nasunęły się pamięci Pawła potem. Na zbiórce stał w szeregu i nabożnie słuchał dowódcy. Co więcej, dostrzegł w przemówieniu błysk myśli jedynie słusznej, niewątpliwej, wytyczającej niezawodny kierunek.  - Nie sądźcie – mówił Siwy – że z chwilą wkroczenia Czerwonej Armii możemy rozejść się do domów, do żon i narzeczonych. Nie sądźcie, że to już koniec pracy polskiej na Wołyniu. Skończyła się jedynie nasza akcja odwetowa, nasze sławne bambioszki, a teraz   z partyzantki przeobrażamy się w wojsko, w Armię Polską, którą kieruje Naczelny Wódź generał Sosnkowski i kierować nią będzie on, a nie jakiś tam Berling. Podlegamy jako Armia Polska rozkazom rządu polskiego w Londynie, a nie jakiejś tam Wandzie Wasilewskiej i grupie czerwonych pupilków Moskwy.  Niech nikt z was nie troszczy się o stosunki polsko-sowieckie; są one dobre, a zresztą nie wasza w tym głowa!  Macie słuchać dowódców i wierzyć im.  Nieprawdą jest, że idziemy za Bug. My Bugu nie przestąpimy. Zadaniem naszym jest być na Wołyniu. W ślad za sowietami możemy posunąć się do Bugu, ale nie przestąpimy go!   Nie wdawać się w politykę z czerwono-armiejcami! Gęby zabezpieczyć na głucho! Obowiązki swoje wypełniać dokładnie i sumiennie, a przede wszystkim ochoczo, nie jak nakręcane automaty, ale jak żywi ludzie!   Każdy z was powinien dążyć do osiągnięcia jak najwyższego stopnia.  Skarżycie się na głód, na niedojadanie. Wołacie o kiełbasę, którą rzekomo zjada tylko dowództwo - co za bzdura! Macie trochę za mało jedzenia – trudno! Przy odrobinie własnego sprytu, własnej inicjatywy potraficie sami temu zaradzić.

Wieczorem otrzymujemy rozkaz spakowania się. Około drugiej w nocy zarządzono alarm z zachowaniem zupełnej ciszy. Składamy plecaki na wozy taborowe, a sami idziemy na miejsce zbiórki. Odbywa się normalny rytuał odliczania, raport i formowanie kolumny marszowej. Ruszamy marszem ubezpieczonym w kierunku znajomego chutoru i dalej na południe do szosy Włodzimierz - Uściług, której jednak nie osiągamy, lecz zatrzymujemy się na skraju niewielkiego lasku z młodych dąbczaków. Po dłuższym czekaniu idziemy dalej, po chwili znowu się zatrzymujemy. I tak kilka razy. Wreszcie majaczą w ciemności jakieś zabudowania, a wśród nich poruszające się ciemniejsze od nocy cienie, które pojedynczo zbliżają się do nas tkwiących ciągle w kolumnie marszowej na drodze. Słyszę wypowiedziane wyraźnym szeptem słowa: - Zdrawstwujtitie rebiata! Odpowiadam pozdrowieniem i nawiązuję z żołnierzem sowieckim cichą rozmowę. Okazuje się, że przyszli w to miejsce dosłownie przed godziną, że my wspólnie mamy zdobywać Włodzimierz, podobnie jak Turzysk. Szkoda, że nie można swobodnie pogawędzić i papierosa zapalić. Okazuje się, że są tu również nasi znajomi z Turzyska. Przed świtem ruszamy w dół pozostawiając obok stogu, na górce sztab dowodzący operacją. Naczelne dowództwo objął tęgi, z marsową miną pułkownik radziecki. Nasza kompania otrzymała zadanie obsadzenia szosy i biegnącego równolegle toru kolejowego Włodzimierz - Uściług, dla odcięcia ewentualnej pomocy. Natomiast druga kompania zostaje wysunięta jeszcze dalej ku zachodowi w stronę Uściługa. Nieco zdziwieni zajmujemy stanowiska wzdłuż, po zewnętrznej stronie torów i szosy. Nasi saperzy przybili gwoździami kostki trotylu do kilku słupów telekomunikacyjnych, podłączyli lonty i w oznaczonej godzinie eksplozje przerwały połączenia telefoniczne. Nieomal w tym samym czasie usłyszałem za plecami o wiele potężniejszy huk, a nad głową wycie pocisków armatnich. To pułkowa artyleria radziecka rozpoczęła ostrzeliwanie miasta. Za kilkanaście minut rozpocznie się szturm, w którym weźmie udział kilka batalionów naszej dywizji.

     O północy oddziały dotarły do wsi Dąbrowa. Postój był krótki – niecała godzina. Odpoczywano w ostrym pogotowiu po chatach na słomie rozesłanej na podłodze,      w ubraniach, z bronią u boku. Około pierwszej poderwano wszystkich na nogi – do wozów! nałożyć na rękawy białe opaski! nabić i zabezpieczyć broń! Ogłoszono nareszcie, że celem ataku będzie miasteczko Hołoby. Ujechano jeszcze  ze  trzy  kilometry od Dąbrowy. Przy jakiejś osadzie w polu tabory stanęły, a partyzanci pomaszerowali dalej dwoma rzędami po obu stronach traktu. We wsi Demiatówce zajęto pozycje wyjściowe. Księżycowa noc mroczniała, niebo zasnuwała powłoka chmur. Demiatówka była bezludna. Plutony zajmowały pozycje między chatami na ogrodach. W głębokiej ciszy słychać było jedynie dalekie ujadanie psów.  Pluton Kruka zajął stanowisko po lewej stronie traktu przeszedłszy mostem szeroki rów pełen wody. Inne oddziały lokowały się gdzieś w ciemności wśród ogrodów i drzew wyludnionej Demiatówki. Na drodze została grupa oficerów, opodal przystanęła grupka gońców. Paweł stanął na drodze między obydwiema grupami.  Przez okno w powłoce chmur na krótką chwilę wyjrzał księżyc. Dowódca wyprawy, major Kowal, mógł dzięki temu wskazać oficerom sylwetę wieży wodociągowej – w jej kierunku miał iść ogień naszych karabinów. Trwała pełna oczekiwania, głęboka  cisza.  - Na pewno Jastrząb nie zajął jeszcze swojego stanowiska – odezwał się jeden z oficerów.     - Jestem też tego zdania – przywtórzył inny.   Nagle, jak gdyby ktoś tej rozmowy podsłuchał, głęboko w ciemności, na kilometry w lewo od wieży wodociągowej  stuknął tępy strzał karabinowy – jeden, dwa, kilka i zaparkotała gęsta strzelanina. Jastrząb był na stanowisku i rozpoczął akcję. Paweł postąpił w stronę swego plutonu, sprężył się, gotów by skoczyć za plutonem gdy się poderwie i pobiegnie naprzód. Oficerowie zagadali żywo, poruszyli się i znieruchomieli. Mijały długie sekundy,  minuty.  Daleki  nierówny  ogień   przybrał  na  sile,  trwał  następnie  gwałtowny  może  z  pięć  minut    i coraz bardziej rzednąc urwał się na pojedynczych wystrzałach. I dopiero wtedy buchnęły rzęsiste serie niemieckich cekaemów.

Józef Turowski ps. „Ziuk”; Od początku kwietnia 1944 roku 27 WDP AK rozpoczęła okres ciężkich walk o charakterze frontowym, który trwał ponad trzy tygodnie. Bataliony "Gromady" krwawiły na przedpolach Sztunia, Zamłynia, Czmykosu, Pustynki, Stawek, Staweczek i Owłoczyma pod Lubomlem, zaś pod Włodzimierzem Wołyńskim bataliony "Osnowy" dały odpór niemieckim działaniom na południu.

Wyjście  27 WDP AK z pierwszego okrążenia przez wojska niemieckie to jedna z dramatycznych kart historii wołyńskiej dywizji. Daty 20- 22 kwietnia 1944 r. na  długo pozostały w pamięci żołnierzy wyżej wspomnianej dywizji. W 70 rocznicę tego wydarzenia warto się zapoznać chociaż z kilkoma utrwalonymi we wspomnieniach.

W kwietniu rozpoczęła się ofensywa niemiecka na nasze oddziały. Naloty przynosiły duże straty głównie w sprzęcie, tabor, konie, budynki. Dowództwo wydało rozkaz stworzenia obrony przeciwlotniczej. Nasza trójka zbudowała kołowrót. Był to słup, na którym poziomo zamocowaliśmy obracające się koło. Na kole zamontowaliśmy nasz ręczny karabin maszynowy. Można było z niego strzelać w każdym kierunku. Nasz pomysł podchwycili inni. Otrzymaliśmy pochwałę w rozkazie dziennym dowódcy. Efekt całej naszej obrony był taki, że samoloty latające nad samymi naszymi głowami ostrzeliwując i zrzucając bomby, z obawy, a może z powodu skuteczności ognia naszej obrony, zaczęły latać o wiele wyżej.

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
481
Odsłon artykułów:
2848835

Odwiedza nas 133 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo