Drukuj
Kategoria: Działania bojowe
Odsłony: 384

     Zbiórka w poczekalni. Przybył dowódca batalionu. Porucznik Siwy starał się przemawiać srogo, nie czuło się jednak oficerskiej srogości w jego głosie. Od całej postaci porucznika ślicznie opiętej w niemiecki płaszcz tchnęło łagodnością. Przemawiając rumienił się, jak panienka.  Te spostrzeżenia nasunęły się pamięci Pawła potem. Na zbiórce stał w szeregu i nabożnie słuchał dowódcy. Co więcej, dostrzegł w przemówieniu błysk myśli jedynie słusznej, niewątpliwej, wytyczającej niezawodny kierunek.  - Nie sądźcie – mówił Siwy – że z chwilą wkroczenia Czerwonej Armii możemy rozejść się do domów, do żon i narzeczonych. Nie sądźcie, że to już koniec pracy polskiej na Wołyniu. Skończyła się jedynie nasza akcja odwetowa, nasze sławne bambioszki, a teraz   z partyzantki przeobrażamy się w wojsko, w Armię Polską, którą kieruje Naczelny Wódź generał Sosnkowski i kierować nią będzie on, a nie jakiś tam Berling. Podlegamy jako Armia Polska rozkazom rządu polskiego w Londynie, a nie jakiejś tam Wandzie Wasilewskiej i grupie czerwonych pupilków Moskwy.  Niech nikt z was nie troszczy się o stosunki polsko-sowieckie; są one dobre, a zresztą nie wasza w tym głowa!  Macie słuchać dowódców i wierzyć im.  Nieprawdą jest, że idziemy za Bug. My Bugu nie przestąpimy. Zadaniem naszym jest być na Wołyniu. W ślad za sowietami możemy posunąć się do Bugu, ale nie przestąpimy go!   Nie wdawać się w politykę z czerwono-armiejcami! Gęby zabezpieczyć na głucho! Obowiązki swoje wypełniać dokładnie i sumiennie, a przede wszystkim ochoczo, nie jak nakręcane automaty, ale jak żywi ludzie!   Każdy z was powinien dążyć do osiągnięcia jak najwyższego stopnia.  Skarżycie się na głód, na niedojadanie. Wołacie o kiełbasę, którą rzekomo zjada tylko dowództwo - co za bzdura! Macie trochę za mało jedzenia – trudno! Przy odrobinie własnego sprytu, własnej inicjatywy potraficie sami temu zaradzić.

Czekają was jeszcze trudy większe niż dotychczas. Wojna nieprędko się skończy. Musicie być cierpliwi, a przede wszystkim świadomi, do czego dążycie.  Niehonorowy, podły zwyczaj obmawiania swoich zwierzchników musicie w swoich szeregach wykorzenić! Obłudnik, który za każdym moim słowem stuka obcasami – tak jest! tak jest!,  a za moimi plecami wykrzywia pysk jest typem wstrętnym, jest gadziną! Masz coś do powiedzenia, nie podoba ci się co – mów prosto, bez bawełny, głowy ci za to nie urwą.  Dziś kończy się termin zgłaszania się do cywila. Kto z tych czy innych powodów nie może czy nie chce zostać w szeregach – proszę, niech występuje, droga wolna! Wolę mieć stu żołnierzy oddanych sprawie, gotowych na trudy i ofiary niż tysiąc dekowników  i kombinatorów. Kto zatem chce odejść, niech się zgłasza zaraz!  - Panie poruczniku – odezwał się jakiś poważny głos od czoła dwuszeregu – każdy chciałby, ale nie opuścić wojsko, tylko dostać urlop, aby pojechać do Kowla i zobaczyć czy żyją rodziny, czy stoją domy. Bo tak to nie wiadomo, co się tam dzieje? Lżej będzie wytrwać, kiedy dowiemy się prawdy.  - Dobrze. Gdy tylko Kowel zostanie przez sowietów zajęty, będę udzielał urlopów. Urządzimy całe pielgrzymki. Ale tymczasem w Kowlu są Niemcy, więc o tym później. Później…  (...)     Paweł zarzucił pisanie kroniki. Rozlewne i rozwlekłe początkowe stronice poświęcone opisowi głupiego salonowca, ścieśniają się w krótkie zdana, w pojedyncze słowa: „Trudy. Poniewierka”. – notuje w kalendarzyku. Godziny poprzednich frasunków i rozmyślań zwarły się w momenty pytań:  co to jest? co to wszystko znaczy?  co dalej, jeżeli już teraz jest tak beznadziejnie?  Jantar umiał patrzeć na siebie z poza siebie, i w najposępniejszych momentach tych trudów i poniewierki doznawał wrażenia, że czyta najczarniejsze stronice nowel Żeromskiego. Uzbrajał się wewnętrznie na rzeczy jeszcze gorsze, trudy jeszcze uciążliwsze, poniewierkę po kres wytrzymałości. Starał się określić przynajmniej osobisty sens tej sytuacji. Cierpienia przenosił w płaszczyznę pokuty za grzechy poczynione w dotychczasowym życiu i tylko w ten sposób, tylko w tym dostrzegał jeszcze jakiś sens. Tak zresztą rozumiał w ogóle sens wszelkiej wojny. Rozumiał ją jako żywioł niosący poprzez cierpienie oczyszczenie, dający człowiekowi, przeciętnemu z szeregu, tylko ten zysk i nic więcej. Do kolegów umiejących jedynie złorzeczyć i kląć nie czuł sympatii. Wydawało mu się, że powinni byli myśleć tak samo jak on, dostrzegać w bezsensie nierównej walki sens osobisty, siłę oczyszczającą. Rozumiał go brat, podzielało tę postawę może kilku czy kilkunastu innych rówieśników,  a reszta?  starsi? – Któż to wie, może mają swoje inne jakieś spojrzenie? Uważał siebie za lepszego od innych dzięki tym myślom. Walka z pozycji słabszego, ściganego, spychanego z lasu do lasu, z jednego obszaru bezludzia na następny, angażowała wszystkie siły, całą energię, wszystko, czym człowiek był i w co wierzył, weryfikowała wyznawane wartości  Pawłowe okazały się życiodajne, pomocne.  Trwała w nim myśl także o Polsce. Na samym dnie przygnębienia. Że oto tak mizernie,    w ciągłych odwrotach i ucieczkach, życiem gorzej już niż cygańskim – jakąś prymitywną, nędzną wegetacją w paradoksalny sposób buduje jednak Polskę, dokłada ziarenko i dla Niej.  Jednakże myśl, by owo ziarenko mogło przybrać postać jego osobistej śmierci wydała się Pawłowi dziwna, gdy się natknął na nią. Był za młody by i w tej postaci dostrzec wkład w Sprawę, wkład fundamentalny, najistotniejszy, gdyż największy – nawet jeśli się tego samemu nie widzi i jeśli koledzy grzebiący ciało kolegi także tego nie pojmują. Dla Kraju chciał żyć. Polska z żywego będzie miała korzyść, a z umarłego? Jakże trudne były te myśli… Kiedy padali zabici – notował w kronice: kto?, kiedy?, w jakich okolicznościach? Rozmyślając o tym ujmował rzecz powierzchownie: strata dla oddziału, żal młodego chłopaka… ślepy cios kuli i koniec! Ale póki notował imiona poległych, których osobiście nie znał lub znał jedynie z daleka, dopóty nie wiedział, co znaczy śmierć żołnierska. Zdumiał się swoim myślom i uczuciom, gdy usłyszał, że dwaj dobrze mu znani chłopcy    z oddziału Trzaska polegli w czasie starcia z Węgrami. Znał tego Henryka i Kazika dobrze. Obaj pochodzili Zielonej. Miał o nich zdanie nie najlepsze – nazywano ten gatunek młodzieży chuliganami. Żywych miałby obu nadal za „gnój”, jaki  dowódcy mają prawo „wykorzystać na roli wielkich idei”, lecz zasłyszawszy nagle, że zostali zabici, złożeni do ziemi na skraju mosurskiego lasu, w którym on, Paweł, brat, drużyna, cały batalion Siwego siedzieli tego dnia pośrodku, osłonięci przez tamtych – zobaczył ich nagle od strony, której istnienia nie wyobrażał sobie dotąd, nie przeczuwał: od strony bardzo mocno odczutej śmierci żołnierskiej, śmierci za sprawę jakże konkretnie, namacalnie wspólną: przedarcia się z życiem przez zaciskającą się obręcz okrążenia. Nie potrafił wtedy ani potem jasno określić tych myśli i uczuć, które ze zdumieniem stwierdził w sobie na wieść o tej śmierci. Odczuł do obu poległych cześć, miłość! Także    i wdzięczność… Aż bał się ponazywać składowe tego uczucia, niepewny ich istotnego źródła. Bo może jest w tym i podła radość, że to oni padli dla niego, zamiast niego, że może dalej żyć jedynie dzięki z ich śmierci? Było tak, jak gdyby nagle w oczach Pawła okruch gnoju, źdźbło mierzwy zajaśniało wysoko w ciemności, jak gwiazda… Ogarnęła go fala zdumienia, że ci dwaj byli zdolni aż do takiego poświęcenia się za niego, za wszystkich pozostałych, byli tak wielkoduszni, wspaniałomyślni! Bo gdyby jego miała trafić kula, co ich położyła na skraju lasu, to byłby w tym jakiś błąd… Wprawdzie kula nie pyta o zgodę – rozmyślał – i dobrze iż nie pyta, bo zapytany – odpowiedziałby: nie! ja nie! Ich nie pytała także, oni tak samo by nie chcieli, ale przez sam fakt, że trwali na stanowiskach, gdy Paweł z oddziałem odchodził w głąb lasu, dowiedli w dziwny, niepojęty sposób, że to oznaczało ich zgodę. Jeżeli wymuszoną rozkazem, to widocznie i takiej wystarczy. Skąd bowiem ten zdumiewający blask ich śmierci w jego oczach? Paweł w długi czas potem, po wielu latach życia osłoniętego mogiłami tamtych dwóch  i wielu dziesiątków innych poległych 27-ej, wracał myślami do tej śmierci. Usiłował przeniknąć śmierć, jej tajemnicze powiązania z życiem. Wtedy w lesie mosurskim nie przemyślał tego dyskursywnie, lecz odczuł ten właśnie kłąb pytań, zderzył się z jego nieprzenikliwością dla rozumu, dostrzegł tylko ogromne spięcie ciemności i blasku i zapamiętał. Na spokojne rozmyślanie, na podzielenie się odczuciami z bratem nie było czasu. Czyjaś ręka obracała przed oczyma Pawła karta po karcie posępną partyzancką opowieść. Czy potrafi ją kiedyś odtworzyć z całą surowością prawdy, tak samo, jak teraz przeżywa?