Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

Organizujący się O/P kpt. Wujka, miał teraz swoje miejsce stałego postoju w lesie, obok polskiej wioski Stara Huta w gminie Ludwipol, powiat Kostopolski. Komenda Okręgu , mająca swoją siedzibę w Łucku, z uwagi na dobrą łączność, wszelką korespondencję i zaopatrzenie do tej jednostki, kierowała przez Ośrodek Staw i Ośrodek Rostów.

Wybór tej okrężnej, dłuższej i ciężkiej drogi, prowadzącej m. in. przez 60 km odcinek leśny, był wskazany, w celu pominięcia bliskiego, ale komunikacyjnie bardziej niebezpiecznego Kostopola. Dla zachowania dobrych warunków transportu, zaopatrzenia i poczty przez Rokitno do miejsca postoju O/P Wujka, powołano specjalną jednostkę przekaźnikową z miejscem stałego postoju we wsi Rudnia Lwa, zakonspirowaną pod nazwą „Średniak”. Nowo powołana jednostka początkowo liczyła 17 zbrojnych i była dowodzona przez ppor. rez. Zenona Blachowskiego ps. „Strzemię”. Jego zastępcą, był znany nam już Tadeusz Kuphal ps. „Gustaw”. Placówka ta, z uwagi na swe położenie nad rzeką Lwą, w odległości 10 km od Rokitna między polskimi wioskami, Aleksandrówką od wschodu i Staryk od północy, stanowiła dogodny i dość bezpieczny punkt kontaktowy z Odcinkiem Rostów. Współpraca z placówką na Średniaku, układała się dobrze, a ppor. Strzemię informując o potrzebach organizującego się oddziału w Starej Hucie a także swojej placówki, stawiał coraz wyższe wymagania żądając przyśpieszenia dostaw broni, amunicji, umundurowania i obuwia skórzanego, ciepłych wdzianek i bielizny, lekarstw i środków opatrunkowych, a nade wszystko mydła i proszku „de-te” do walki z wszawicą, oraz soli kuchennej, bez której partyzanci zapadają na szkorbut.

 

Ppor. Strzemię nie liczył, aby zgłoszone zapotrzebowanie zostało w pełni zrealizowane. Toteż po otrzymaniu pierwszych dostaw, był zdziwiony i zakłopotany nie bez powodów. Transport zawierał: dwie skrzynki amunicji do kbk, dwie skrzynki granatów ręcznych, jeden polowy komplet lekarstw niemieckich i środków opatrunkowych, dwa 75 kg worki sody amoniakalnej C2 do prania bielizny i odwszenia odzieży, oraz jeden 50 kg worek soli kuchennej. Amunicję granaty i lekarstwa miałem już od dawna przygotowane. Sól kuchenną otrzymałem od kol. „Korybuta”, a sodę amoniakalną „zorganizowałem” z własnego magazynu w hucie. Tak więc pierwsza realizacja zapotrzebowania, nie sprawiała specjalnych trudności, byliśmy bowiem w stanie zaspokoić takie potrzeby we własnym zakresie, nie uciekając się do pomocy władzy zwierzchniej. Jak się okazało, dla ludzi lasu dostarczone artykuły miały ogromną wartość, a ppor. Strzemię nie odważył się całą partię dostaw przetransportować jednorazowo. Zażądał wzmocnienia konwoju, i przydziału na stałe jednego parokonnego zaprzęgu. Dalsze dostawy realizowano również bez zakłóceń z tym, że na zaopatrzenie w wodę amoniakalną z zapasów fabrycznych musiałem wyczekiwać okazji służbowego wyjazdu dyrektora huty do Sarn. Mój furman kol. Stefan Stańczak ps. „Perehuda” wiedział z góry, że nieobecność Ankiersteina jest wyczekiwanym okresem wywożenia z terenu huty sody amoniakalnej. Toteż kiedy dzienna zmiana robotników opuściła teren huty, na moje polecenie Perehuda podjeżdżał pod magazyn. Ładowaliśmy zazwyczaj dwa worki po 75 kg sody na wyścielony słomą wóz, dobrze je zakrywając i konie ruszały z kopyta. Pozostawałem wtedy na placu wsłuchany w miarowy turkot wozu zdążającego na punkt przesyłek leśnych, który mieścił się w domu Bogdana przy ulicy Kwiatowej, na terenie nowego miasteczka. Ciągłość stuku kół po kamiennej jezdni świadczył, że wóz przejechał nie zatrzymany przez gorliwych służbistów ukraińskich i bez przeszkód dotarł do celu. Zaopatrzenie lasu było tak zorganizowane, że wóz Perehudy był ubezpieczony na swej trasie przejazdu przez moich ludzi, a przewożony towar był natychmiast przeładowywany na wóz oczekujący, który niezwłocznie odjeżdżał w kierunku na Średniak. Aby upewnić się o sprawnym przebiegu dostaw i skierowaniu transportu do lasu, zawsze czekałem na powrót wozu i obliczałem czas potrzebny na dojazd wozu i przerwę w jego turkocie po jezdni. Jeżeli moje wyliczenie zgadzało się z przerwą, byłem wtedy pewny, że dostawa przebiegła bez zakłóceń. Turkot wracającego wozu zbliżał się i kiedy wjechał na plac huty, Perehuda wiedział, że ma obowiązek zwrócenia się twarzą w moim kierunku i kiwnięcia głową, co oznaczało, że wszystko odbyło się w nakazanym porządku. Należało wówczas powstały ubytek w magazynie, wyrównać zużyciem na potrzeby huty. Kiedy jednak podsunąłem do podpisu wygórowany rozchód sody, pan Kruszko zwrócił uwagę, że tego zużycia nie było.

Niech pan podpisze panie hutmistrzu – szepnąłem panu Kruszce – bo tu są ujęte potrzeby lasu. Od tego czasu hutmistrz bez sprzeciwu podpisywał każdą podawaną przeze mnie ilość i zużycie uzasadniał potrzebami produkcji. Przysłowiowy wilk był syty i koza cała. Podobnie rzecz miała się w stosunkach z kol. Korybutem odnośnie zużycia soli. Wysłaliśmy do lasu kilka 50 kg worków, a kolega musiał jakoś uzasadnić w dokumentach rozliczeniowych piekarni rozchód takiej ilości. Zaspakajanie potrzeb związanych z utrzymaniem czystości i zdrowotności w warunkach leśnego koczowania, było zadaniem niezmiernie ważnym, gdyż dawało gwarancję sprawności bojowej wojska. Dostarczanie soli kuchennej i środków piorących, ratowało żołnierzy przed szkorbutem i epidemią tyfusu.

Dalsze zaopatrywanie ludzi lasu, zorganizowałem zbieraniem u osób zaufanych ciepłej odzieży, skórzanego obuwia, bielizny i sortów mundurowych. To zadanie wykonywała ekipa kobieca, natomiast Dęboróg został obciążony dodatkowo obowiązkiem utrzymywania kontaktu z jednostką policji kwaterującej na placu Piłsudskiego, w podziemnym bunkrze wraz z Niemcami, oraz w miarę możności przejmowania od nich amunicji i granatów. Zbiórka tych przedmiotów od granatowych w tym czasie była znaczna, bo Niemcy przerażeni niepowodzeniami, zaniechali kontroli pobieranej i zużywanej amunicji. Było to drugie, po warcie huty, liczące się źródło zaopatrywania w środki bojowe. Potrzebował ich dużo kpt. Wujek a jeszcze więcej ppor. Strzemię, stale powiększający stan liczebny placówki. Uzupełnieniem tych obowiązkowych dostaw, były lekarstwa i środki opatrunkowe. „Organizowanie” tych przedmiotów w pokaźnej ilości dokonywały pracownice niemieckiej apteki wojskowej. Były nimi dwie nasze członkinie : panna Irena Niedbałówna i Irena Mingałłówna. Te dziewczęta nie tylko zdobywały gotowe lekarstwa. Niedbałówna umiała wykonywać jodynę z dostarczonego spirytusu samogonowego. Ponadto za dobry samogon i paprykowaną słoninę, udawało się niekiedy wymienić u Węgrów automat, a u Ślązaków z Organizacji Tood, jakąś sztukę kbk i granaty.

Tak zorganizowane służby i ich praca zaopatrzeniowa dla potrzeb leśnego wojska, ważyły coraz bardziej na efektach partyzanckiej walki zbrojnej. Sprawność funkcjonowania łączności na moim odcinku, była powodem kierowania przez Rokitno nie tylko urzędowej poczty władz zwierzchnich Okręgu, ale i ochotników do służby w jednostkach leśnych, a także paczek żywnościowych i odzieżowych dla poszczególnych żołnierzy. Transport przesyłek na Średniak, niejednokrotnie przeciążał ładunkiem parokonny wóz i sprawiał wiele kłopotu z zabezpieczeniem przed dekonspiracją, tym bardziej, że ppor. Strzemię wóz po dostawy przesyłał za wcześnie i najczęściej załadowany mięsem wołowym i baraniną. Ładunek taki był rekompensatą za dary – dla członków i sympatyków naszej organizacji.

Podział i rozprowadzenie partyzanckich wyrównań z lasu, nie był łatwy i bezpieczny, ale bez wątpienia stanowił podnietę i zachętę do dalszych wysiłków. O każdorazowym odbiorze poczty i przesyłek z Ośrodka, a także o ewentualnym przekazywaniu ludzi, byłem natychmiast powiadamiany przez dyżurnego łącznika. Z każdym ochotnikiem oczekującym na przerzut do lasu, osobiście przeprowadzałem rozmowy na punkcie zebrań. Pewnego razu badając przekazywanego tą drogą ochotnika z Sarn, czułem bliżej nie określony niepokój, co do szczerości zamiarów kandydata, ale skierowanie Jana Niteckiego / bo tak się nazywał / oficjalnie nie budziło żadnych zastrzeżeń i jak wynikało z zaszyfrowanych znaków, był już on poddawany przesłuchaniu przez Kobusa. Nie mając podstawy odmowy, swoje odczucia nieufności kwalifikowałem jako przewrażliwienie na punkcie ostrożności. Niteckiego przekazałem do lasu, jednak na okres próbny, do służby na Średniaku. Po dwóch tygodniach otrzymałem meldunek od ppor. Strzemię, że Nitecki zdezerterował. Natychmiast zawiadomiłem Kobusa o niebezpieczeństwie jakie może pojawić się w wyniku takiej dezercji. Odwrotną pocztą zostałem uspokojony co do lojalności Niteckiego, ale fakt dezercji pozostał tajemnicą do wyjaśnienia. Przerzutów ludzi do służby leśnej, było wiele i pomimo utrzymywania tych czynności w ścisłej tajemnicy, Polacy wyczuwali istotę charakteru istniejącej służby wartowniczej huty, a dorastająca młodzież pamiętająca naszego Strzelca i wojsko KOP-u, zdradzała swoją tęsknotę do munduru i broni.

Młodzi chłopcy pamiętali mnie z tamtych czasów, kiedy byłem związany z organizacja strzelecką. Toteż wszędzie, gdzie przypadkowo zetknęli się ze mną na osobności, wymownym wzrokiem ujawniali swoje patriotyczne intencje i tęskno spoglądali za mną. Jeden z nich, nastolatek Stanisław Bagiński, syn hutnika, były uczeń muzyki w orkiestrze 18 baonu KOP w Rokitnik, chodził za mną jak cień, aż pewnego razu odważył się wyznać, że zwraca się do mnie z ogromną prośbą.

- Słucham cię chłopcze, mów.

- Chciałbym prosić pana o przyjęcie mnie do wojska – wyjaśnił.

- Twoje dobre chęci mój chłopcze chwalą się same, ale mamy już komplet ludzi, a ty zresztą jesteś za młody. Do pełnienia tak niebezpiecznej i odpowiedzialnej służby jaką stanowi warta huty trzeba dojrzeć.

- Ja tylko wiekiem młody, ale służbą, to jestem już starym żołnierzem. Znam wojsko, bo służyłem w nim i tęsknię za mundurem wojskowym. Moje wyszkolenie może pan sprawdzić – wyjaśnił, ponawiając prośbę młodzieniec.

- Nie zgłaszam się do służby wartowniczej huty – przerwał młody Bagiński - pragnę pełnić obowiązki żołnierza w prawdziwym wojsku polskim…

- O jakim wojsku mówisz ? – zapytałem.

- Mówię o takim w jakim pan służy, ja także chcę w nim być – odpowiedział stanowczo młodzieniec.

- Takie prawdziwe… to Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, ale ja nie kieruję wojskową komendą uzupełnień…

- Wiem o tym proszę pana i dlatego proszę, o skierowanie mnie do… AK.

- A ty skąd wiesz o takiej jednostce ? – zapytałem.

- Wiem, bo jestem starym żołnierzem i pański brat Władysław powiedział mi, abym w tej sprawie zwrócił się do pana.

- Ach tak ...., ale skoro już wiesz, to przestrzegaj tajemnicy, o której na pewno zostałeś pouczony, bo skierowania nie mogę ci dać…jesteś za młody, co powiedzieli by na to twoi rodzice ? Czy zdajesz sobie sprawę chłopaku, na jakie niebezpieczeństwo wystawiasz mnie i całą zakonspirowaną organizację ? Wojsko leśne mój drogi, to nie koszarowa służba, ale nad wyraz ciężka i niebezpieczna harówka, w ścisłej konspiracji, wymagająca dużego poświęcenia i hartu ! Służba w takiej jednostce, jest ponad twoje wątłe siły z uwagi na niepełnoletność i wymaga zezwolenia rodziców. Zrozum także, że ja nie mam również prawa wtajemniczać twoich rodziców w konspiracyjne sprawy wojska !

- Ja to wszystko już przemyślałem i zdaję sobie sprawę z trudności i obowiązków o których pan mówił, ale mam więcej siły niż na to wyglądam i podołam zadaniom. Co do moich rodziców, to może pan być spokojny o zdradę tajemnicy z ich strony, bo oni oboje są takimi patriotami, że za Polskę życie gotowi oddać. Ojciec mój sam powiedział mi, abym szukał drogi do leśnego wojska, bo nie przeżyje, gdyby mnie zabrali Niemcy na przymusowe roboty, a moja Matka będzie się cieszyć, że jestem w lesie i walczę o Polskę!

- Widzę, że posunąłeś się już daleko w swoich przygotowaniach, przekonałeś mnie, czy jesteś gotowy do złożenia przysięgi? Jeśli tak, to chodź ze mną.

Po odebraniu przysięgi w ustronnym magazynie huty, młody ochotnik przybrał pseudonim „Szpak”. Po dwóch dniach umówiłem go na punkcie zbornym z wyposażeniem do służby leśnej, określiłem co może ze sobą zabrać, podałem hasło. Chłopak aż podskoczył z radości, podziękował dwukrotnie i oddalił się zadowolony. Pozostałem ze swoimi myślami i troską o bezpieczeństwo podobnych zapaleńców stanowiących siłę i nadzieję naszej walki. To jest dobry materiał na żołnierza AK – oceniłem wtedy. „Szpak” nie był pierwszym, ani też ostatnim z tych, których tą drogą wcielałem w żywy organizm sił, walczących o wolność Polski!

Fragment: Pamiętnika Jerzego Dytkowskiego – „Rokitno Wołyńskie 1920-1944” wstawił Bogusław Szarwiło

 

http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/dytkowski_rokitno3.html#25.

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
481
Odsłon artykułów:
2846879

Odwiedza nas 149 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo