Drukuj
Kategoria: Oddziały 27 WDP AK
Odsłony: 5749

O zmierzchu wkraczamy do Kupiczowa, trochę nietypowego dla Wołynia osiedla. Zabudowa dość zwarta na wzór miasteczkowej. Rozkwaterowujemy się w parterowym budynku szkoły. Idzie to bardzo sprawnie, bowiem musimy się spieszyć do remizy strażackiej, gdzie przygotowano dla naszych dwóch oddziałów kolację wigilijną. Szybko rozścieliliśmy pod ścianami świeżą słomę. Napaliliśmy w piecach. Zasłoniliśmy okna i przeczyściliśmy broń.

W remizie było tłoczno. Powitalną mowę trzymał któryś z Czechów. W rozgardiaszu i ogólnym gwarze docierały do mnie w zasadzie pojedyńcze słowa. Udało mi się zrozumieć jedynie że: "Kupiczów, Kupiczów a teraz Warszawa".

Co nieco zjadłem, potem kolędowaliśmy, a nawet włączyliśmy się do śpiewania czeskich kolęd, których proste melodie i słowa łatwo wpadały w ucho. Do dzisiaj pamiętam niektóre fragmenty kolędy "Narodilse Christus Pan radujmese". Spiewanie to dawało nam dużo radości.

Trzydobowa wędrówka, nieustające napięcie dały znać o sobie. Niebawem razem z większością kolegów powróciłem na kwaterę.

W czasie Swiąt spodziewano się napadu. Wprawdzie miejscowa czeska placówka samoobrony pilnowała czujnie bezpieczeństwa, wzmocniono załogę paroma naszymi karabinami maszynowymi, ustawionymi w bunkrach. Okalające miasteczko wzmocnienia, stanowiska strzeleckie i zasieki z drutu kolczastego pozostawili, stacjonujący tu przedtem w służbie niemieckiej Litwini (szaulisi).

Rano w pierwszym dniu Swiąt w trybie alarmowym poderwano nas na nogi. Od strony Swiniarzyna podchodzą banderowcy. Na Kupiczów wystrzelono parę pocisków artyleryjskich. Błyskawicznie jesteśmy gotowi do akcji. Spokojnie, czwórkami maszerujemy na plac alarmowy. Są już "Jastrzębie" i członkowie miejscowej placówki. Stajemy w karnym dwuszeregu. Z drewnianej dość wysokiej wieży obserwator lustruje teren. Jest mroźny, rzeźki zimowy ranek. Pola pokryte śniegiem, widoczność dobra. Stoimy, przytupujemy dla rozgrzewki. Miejscowe dziewczęta przynoszą gorącą kawę. Na ich twarzach maluje się niepokój. Pomału sytuacja się wyjaśnia. Zasadnicze uderzenie banderowców skoncentrowane jest koło Zasmyk. W tym rejonie UPA podstępnie zaatakowała placówkę polską Radomle. Udając Niemców wiozących słomę dostali się do wioski. Żołnierze samoobrony pochowali broń i rozeszli do domów. Wtedy poubierani w niemieckie mundury wozacy, wraz z ukrytymi w słomie striłcami rozpoczęli rzeź polskich rodzin. Zanim z odsieczą nadciągnął por. "Kania" zginęło około 50 osób z pośród ludności cywilnej.

Na plac alarmowy zajeżdżają sanie, błyskawicznie ładujemy się na nie. Oddział "Sokoła" też rusza w bój. Na twarzach żołnierzy nie widać lęku. Jedna z załóg rozpoczyna radośnie brzmiący śpiew. Pozostałe załogi podchwytują melodię. Urzeka żołnierska jedność i chęć walki. Z lityńskiego lasu witają nas banderowcy seriami z karabinów maszynowych. Padają konie pierwszych sań. Zeskakujemy i pędzimy po śniegu lekko pod górę w kierunku przeciwnika usadowionego w rowie na skraju lasu. Natarcie posuwa się bardzo szybko, mimo to por. "Sokół" nie schodząc z konia zachęca żołnierzy do zwiększenia tempa. Kule gwiżdżą często, ale dzięki Bogu nikt nie pada. Trzymam się blisko "Słowika". Obsługuje on karabin maszynowy tzw. "pieska". Jest to sowiecka broń typu tokarewa, wymontowana z jakiegoś czołgu. Ciężkie toto jak nieszczęście, ma dość krótką lufę, czyli niewielki zasięg i ciężkie magazynki (dyski z piętrowo ułożonymi nabojami).

Mianowano mnie amunicyjnym, więc muszę trzymać się blisko celowniczego a ten pędzi jak w transie. Z trudem nadążam za nim. Obok biegną bracia "Mur" i "Niuśka", kończąc rozpoczętą w saniach piosenkę "Madeleine". Łatwo im śpiewać a mnie taśma z chlebakiem załadowanym dyskami chce przeciąć na pół. Trochę przeraża mnie fakt, że wysforowaliśmy się przed wszystkimi.

"Jeszcze kawałeczek", mówi zdyszanym głosem mój celowniczy, "odległość już jest skuteczna, za chwilę rozpoczynamy koncert!"

Niestety, w kulminacjnym punkcie broń zdecydowanie odmówiła posłuszeństwa. "Słowik" o mało się nie rozpłakał, zdjął płaszcz, rozłożył go na śniegu. Rozbierając na nim "pieska" tłumaczył się nerwowo:

"Chciałem go gruntownie przeczyścić, więc naoliwiłem z zapasem. Myślałem, że rano zdążę go przetrzeć, a mogłem to zrobić choćby na placu alarmowym..."

Przetarł posiadaną szmatką mechanizm. Nasilił się ogień skoncetrowany na nas. Coraz częściej bzykały kule lub obsypywały nas śniegiem.

"Nieprzyjemne uczucie pełnić funkcję tarczy celowniczej", pomyślałem z przekąsem i uruchomiłem swój karabinek. Stanowiska striłciw położone były nie dalej niż sto metrów od nas. Po chwili "Słowik" posłał im parę krótkich serii. Pocałował swego "pieska" i skaczemy do przodu. Natarcie ruszyło ze zdwojoną energią.

"Czy ponieśliśmy duże straty?" pomyślałem z niepokojem oglądając się do tyłu. Nie zauważyłem leżących nieruchomo postaci. Chyba nie jest źle! Docieramy do rowu, skąd ostrzeliwali się Ukraińcy. Pełno wystrzelonych pocisków. W kilku miejscach pokaźne ślady krwi. A więc mieli rannych, czy też zabitych. Ruszamy w pościg. Widzimy jak pod cofających się Ukraińców podjeżdżają sanie.

"Patrzaj, jak polka tancuje", skomentował Słowik gwałtowne reakcje przepłaszanych jego seriami banderowców.

Uzbrojeni ludzie wygrażając nam pięściami ładują się do sań i znikają za pagórkiem. Dalej widać mrowie wycofująch się sylwetek. Tych napewno już nie sięgniemy.

Wracamy do Kupiczowa. Wieczorem w zwartym szyku idziemy do kościoła podziękować Bogu za opiekę. Istotnie nikt z naszego oddziału nie zginął ani nie został ranny mimo, iż strzelanina była intensywna.

Nocą zachowujemy wzmożoną czujność. Karabiny maszynowe znowu wzmacniają załogi bunkrów. Mnie przypadła w udziale służba patrolowa. Chodzę z dwoma uzbrojonymi Czechami od bunkra do bunkra. Najdłużej stoimy przy bunkrze położonym niedaleko kościoła, od strony świniarzyńskich lasów. Jest mroźna, jasna noc. Trudno w to uwierzyć, ale panuje prawdziwie świąteczny spokój. Z czeskimi kolegami komentujemy przebieg dzisiejszych wypadków. Wszyscy jesteśmy zgodni, że ostrzał z działka Kupiczowa i niezdecydowane podchodzenie ukraińskich tyralier pod miasteczko było strategicznym manewrem mającym na celu związanie polskich sił. Nasze uderzenie na lityński las zagroziło odcięciem od bazy oddziałom UPA. Ofiary poniesione przez ludność cywilną w Radomlach nie były zawinione zamiedbaniami ze strony żołnierzy placówki. Posterunki były wystawione cały czas. Dopiero widząc niemieckie mundury żołnierzy wiozących słomę, opuścili stanowiska bojąc się konfliktu z Niemcami. Na skutek zastosowanego podstępu udało się banderowcom zamordować około 50 Polaków. Kilku żołnierzy z placówek w Zasmykach, Janówki i Zielonej straciło życie niosąc pomoc napadniętym. Nasz atak na tyły zaniepokoił wyraźnie banderowców zmuszając ich do wycofania się z rejonu Zasmyk.

 

Fragment; Wspomnienia grudzień 1943 - maj 1945     Część I Autor: Olgierd Kowalski

Wstawił: Bogusław Szarwiło