Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

Agenci różnych służb nie penetrowali tylko pojedynczych oddziałów polskiego podziemia na Wołyniu. Służby sowieckie starały się ich plasować w jego kierownictwie.  -Gdy już jako historyk byłem po latach w jednym z archiwów Kijowa, jego pracownica podsunęła mi pod nos prawdziwy rarytas- wspomina Władysław Tołysz. - Powiedziała mi, że wśród wielu dokumentów jest teczka waszego dowódcy dywizji płk Jana Kiwerskiego „Oliwy”, który zginął 14 kwietnia 1944r. Oświadczyła mi, że są w niej raporty jakie agent, będący jednym z oficerów Sztabu Dywizji przekazywał NKWD. Teczka ta miała być kopią oryginalnej znajdującej się w Moskwie. Poprosiłem więc kolegów z Wojskowego Instytutu Historycznego, by będąc na kwerendzie w rosyjskiej stolicy zrobili zdjęcia oryginalnych raportów agenta. Teczkę dostali oczywiście bez danych osobowych agenta. Raporty obejrzał płk prof. Filar także żołnierz dywizji , który po piśmie rozpoznał, kto był agentem. Nie chce jednak ujawnić jego personaliów. Jeden z dowódców batalionów , ale nie oficerów sztabu, też był agentem tyle, że niemieckim. Jego brata aresztowali Niemcy i go zaszantażowali. Wiedza o tym w środowisku dywizji jest powszechnie znana. W dywizji był też podchorąży, który wysługiwał się Ukraińcom. Na jego trop trafiono stosunkowo łatwo. Po prostu wszystkie akcje przeciwko Ukraińcom, o których wiedział, się nie udawały , trafiały w pustkę. Szybko więc po nitce dotarliśmy do kłębka, lokalizując przeciek.

Akcja wyprzedzająca

Jeszcze przed koncentracją dywizji „Kord” zarządził wyprawę na Wydźgów, w której kwaterował znaczący oddział banderowców.

-Stanowiła ona typową akcję wyprzedzającą - podkreśla Władysław Tołysz. - Zbliżało się Boże Narodzenie i Ukraińcy rozrzucali  ulotki, w których zapowiadali, że je nam urządzą. Na dwa dni przed Bożym Narodzeniem „Kord” zarządził więc uderzenie na Wydźgów - dużą, zamożną ukraińską murowaną wieś, stanowiącą bazę UPA. Gdy „Kord” ogłosił decyzję o ataku na, który miał odbyć się z zaskoczenia przez nasz oddział udający sotnię UPA, zameldowałem się u „Korda” i poprosiłem go, żeby zwolnił mnie z tego zadania.

- Co to, strach cię obleciał? - spytał „Kord”, bo zadanie istotnie było niebezpieczne. Gwałtownie zaprzeczyłem, tłumacząc mu motywy swojej decyzji. We wsi mieszkał batiuszka, kawał drania, który błogosławił noże, kosy i inne narzędzia, którymi Ukraińcy mordowali mieszkańców polskich wsi. Jego syn dowodził zaś oddziałem UPA w Sztuniu, a on sam był lekarzem w jednym z nich. Skończył bowiem dwa fakultety, teologiczny i medyczny. Na pewno wart był kuli, ale nie w tym rzecz. Miał on córkę, która mnie znała. Chodziła ze mną do gimnazjum w Lubomlu i ja z nią razem pomagałem naszej polonistce w pracy w bibliotece. Znałem  ją jak zły szeląg. Wiedziałem też, że pomaga ojcu w służbie u banderowców jako sanitariuszka. Powiedziałem o tym „Kordowi” sugerując mu, że jeżeli akcja bazująca na zaskoczeniu ma się udać, to nie powinienem brać w niej udziału, bo córka popa może mnie rozpoznać i może być tragedia. Nadmieniłem także, że w akcji nie powinien również brać udziału kolega Tadeusz, który w swoim czasie chodził z tą Ukrainką i mógł zostać przez nią rozpoznany. „Kord” podzielił moją argumentację, ale Tadeusz jak dowiedział się o jego decyzji, to padł przed nim na kolana prosząc, by mógł pójść na Wydźgów. „Kord” w końcu uległ, co o mały włos nie doprowadziło do tragedii. Nasz oddział wszedł do wsi udając sotnię UPA, co nie było zbyt trudne, bo wszyscy doskonale rozmawiali po ukraińsku. Został przyjęty jak przyjaciele i nikt nie zwrócił uwagi, że część oddziału od razu udała się do prawosławnego popa, a reszta pod szkołę, z okien której wystawały karabiny maszynowe. Pop, jak zobaczył naszych chłopaków, to wyszedł naprzeciw, a za nim córka. Tadziu, który miał rozkaz trzymać się z tyłu, jak zobaczył dziewczynę, to nie wytrzymał i skoczył do przodu. Dziewczyna była ładna i jak to się mówi, grzechu warta. Natychmiast rozpoznała Tadeusza i krzyknęła do ojca - tato to Lachy. - Chłopaki idący z przodu musieli natychmiast załatwić sprawę, dając sygnał do uderzenia. Inaczej żadnego zaskoczenia by nie było, a Ukraińcy wystrzelaliby wszystkich. Nasz atak stanowił dla nich całkowite zaskoczenie. Gniazdo UPA w Wydźgowie zostało rozbite. Napatoczył się też oddział UPA z Bołtunów, który również został rozbity. Z upowskich magazynów nasz oddział zabrał na saniach duże ilości mąki, kaszy, mrożonego mięsa.

Atak na Korytnicę

Ostatnią akcją, w której brali udział żołnierze „Korda” był atak na opanowaną przez UPA Korytnicę nad Bugiem. Ta akcja dobrze utkwiła w pamięci Władysława Tołysza i to nie tylko dlatego, ze niektórzy koledzy historycy pominęli (nie wiedzieć czemu) oddział „Korda”  w tym boju. Już wiele lat po wojnie spotkał się z uczestnikami walki pod Korytnicą tyle, że z przeciwnej strony...

- W ataku na Korytnicę brały udział kompania warszawska, kompania por. „Motyla” od „Sokoła” , a od nas „Mohort”, porucznik „Mały” ze swoją kompanią i dwie sanitariuszki  - podkreśla Władysław Tołysz. - Niektórzy o tym zapominają, a to nieładnie pomijać udział kolegów. Atak zakończył się pełnym sukcesem i kolejne gniazdo UPA zostało zlikwidowane. Po wielu latach będąc w Zarządzie Głównym ZBOWiD-u spotkałem się z pogłosem tej bitwy. Na korytarzu spotkał mnie jego sekretarz, uczestnik Powstania Warszawskiego. Ucieszył się na mój widok mówiąc - dobrze, że pan jest, bo ja tutaj mam sprawę. - Zaprosił mnie do pokoju i pokazał trzy wnioski sporządzone jakoby przez żołnierzy naszego batalionu, starających się o rentę inwalidzką, prosząc o wyrażenie swojej opinii. Od razu spytałem się- gdzie oni mieszkają? Ten odpowiedział, że w Hrubieszowie. Bardzo się zdziwiłem, bo znałem praktycznie wszystkich żyjących kolegów i nie pamiętałem, by któryś z nich żył w tym mieście. Wiadomo jednak, że w życiu różnie się układa, ludzie żenią się i zmieniają miejsce zamieszkania, może więc jacyś nasi chłopcy zabłądzili do Hrubieszowa. Czytam jednak wnioski wyjęte z teczek przez sekretarza i nadziwić się nie mogę. Po prostu nie znam tych ludzi. Dla pewności zaproponowałem sekretarzowi, żeby dał mi te wnioski do domu. - Mam książkę rozkazów oddziału, w której są wszystkie pseudonimy żołnierzy i informacje, kiedy który z nich przybył do niego, to sprawdzę wnioski na sto procent - obiecałem sekretarzowi. Ten zgodził się i dał mi te wnioski. W domu zacząłem uważnie sprawdzać dane owych amatorów rent inwalidzkich i konfrontować je z danymi w księdze rozkazów. Takich żołnierzy w naszym batalionie nie było. Po dacie wstąpienia do niego, którą podali domyśliłem się, że byli to banderowcy z Korytnicy, którzy zdołali z niej uciec. Ranni przeczołgali się po krze na druga stronę Bugu do Hrubieszowa. Tam udali polskich partyzantów i ktoś się nimi zaopiekował. Starając się o rentę inwalidzką podali tylko pseudonim „Korda”, bo on był ogólnie znany. Żadnych wewnętrznych szczegółów oddziału jednak nie znali. Napisałem o tym notatkę i przekazałem sekretarzowi. Ten za miesiąc prosi mnie do siebie i mówi - Wie pan co? Miał pan rację, to byli banderowcy. - Okazało się, że przekazał on sprawę odpowiednim służbom wojskowym, które się nią zajęły i szybko wyjaśniły, kim byli i czym zajmowali się na Wołyniu owi amatorzy rent inwalidzkich... Co się dalej z nimi stało, nie wiem. To już mnie nie interesowało.

Oczyszczony z band

Tuż przed koncentracją dywizji batalion „Korda” zaprawiony w walkach z Ukraińcami, znacznie okrzepł i liczył jakieś pięciuset ludzi. W wyniku jego działalności cały powiat lubomelski jako jedyny na Wołyniu został całkowicie oczyszczony z band UPA. Jego sytuacja strategiczna nie była jednak najlepsza

- Dziś, gdy patrzę na mapę sztabową, zdaję sobie sprawę, w jak trudnym położeniu znalazł się nasz oddział - podsumowuje Władysław Tołysz. - Niemcy, gdyby chcieli, to zdmuchnęliby go błyskawicznie. Bazował samodzielnie w odległości 50 km od Kowla i 50 km od Włodzimierza, mniej więcej pośrodku między tymi miastami. Gdyby Niemcy zrobili na niego obławę używając całej swojej logistyki, z samolotami, artylerią, bronią pancerną, nie zdołaliby się przedrzeć do innych oddziałów, było do nich za daleko. Nikt nie zdążyłby przybyć mu też z pomocą.

W pamięci pana Władysława utkwił bój z 2 kwietnia 1944 r. , który miał miejsce już po koncentracji dywizji. Nie była to już walka z tchórzliwymi banderowcami, uciekającymi na samą wieść, że „Lachy idu”, ale z żołnierzami 5 Dywizji Pancernej SS „Wiking”.

- Esesmani wchodzący w skład tej formacji byli nie tylko dobrze uzbrojeni i wyszkoleni, ale również doświadczeni w walkach na froncie wschodnim - podkreśla pan Władysław. - Lekceważenie takiego przeciwnika równało się z samobójstwem. Traktowaliśmy więc Niemców bardzo poważnie, starając się atakować mniejsze oddziały, wykorzystując element zaskoczenia. 2 kwietnia mój pluton poszedł na Zamłynie, a drugi z „Mohortem” wyruszył na Sztuń. Pogoda była fatalna. Śniegu napadało na pół metra. Lekki mróz zmroził tylko cienką warstwę śniegu , pod którą zrobiła się kasza. Musieliśmy w niej brnąć po kolana. Gdy weszliśmy do Zamłynia, przywitał nas celny ogień Niemców. Na moich oczach jeden z moich kolegów dostał kulę, po chwili padł drugi przecięty serią. Ja zatrzymałem się przy ziemiance, obok której spod ziemi nagle wyrósł Niemiec, który krzyknął żebym rzucił broń. – To ty rzuć - odpowiedziałem. Ten zbaraniał. Nagle kątem oka zobaczyłem, że zza węgła wystaje lufa karabinu maszynowego i jego właściciel szykuje się do strzelania. Natychmiast padłem za ziemiankę, a Niemiec zaczął w nią walić. Gdybym spóźnił się o ułamek sekundy, to rozniósłby mnie na strzępy. Gdy tylko przestał strzelać, postanowiłem odskoczyć. Wiedziałem, że jak zmieni stanowisko na lepsze, to wymaca mnie bez trudu. Błyskawicznie okazało się, że miałem rację. Niemiec usadowił się za pryzmą gnoju i zaczął walić w miejsce, w którym przed chwilą leżałem myśląc, że dalej się tam znajduję. Wtedy podałem po linii, że za pryzmą gnoju jest gniazdo karabinu maszynowego, które trzeba zlikwidować. Koledzy obeszli pryzmę i dopadli Niemca z tyłu. Zatłukli go kolbami bez jednego wystrzału. Po chwili wrócili, przynosząc ze sobą karabin maszynowy. Jak się później okazało, Niemców na stałe w Zamłyniu nie było, a nas przywitał patrol, który przybył od strony Rymacz. W Sztuniu, gdzie Niemcy się mocno okopali, usiłowali wciągnąć nasz oddział w zasadzkę. Wystawili na przynętę trzy działa licząc, że będziemy chcieli je zdobyć.

Niemiecka zasadzka

- Tymczasem te bez amunicji były dla nas całkowicie nieprzydatne. Zajęliśmy stanowiska w rowie melioracyjnym i zaczęliśmy obserwować przedpole. Nagle przed nami pojawiły się trzy niemieckie samoloty, zaczęły bombardować teren, na którym zajęliśmy stanowiska. Niemcy mieli lotnisko pod Chełmem i wezwali je na pomoc, by przy ich pomocy zadać nam jak największe straty. Gdybyśmy zdecydowali się na walkę o działa i wyleźli na otwarta przestrzeń, lotnicy mieliby nas jak na dłoni. I tak jednak zadali nam straty. W pewnym momencie zobaczyłem, jak od jednego samolotu odrywa się bomba. Zdążyłem tylko krzyknąć do mego sąsiada- Szymek chodu!- błyskawicznie wyskoczyliśmy z rowu i padliśmy na łące. W chwile potem w rowie eksplodowała bomba. Kto był w nim wcześniej obok, w tym mój kuzyn, zginęli. Gdybyśmy z Szymkiem nie wyskoczyli z rowu, pewnie na zawsze  byśmy w nim też zostali. W Sztuniu kwaterował sztab niemieckiej dywizji SS „Wiking”, by odnieść sukces zaatakowaliśmy go z trzech stron. Oprócz mojego plutonu w ataku ze swoim plutonem uczestniczył też „Mohort” i porucznik „Kania” od „Sokoła”. Akcja zakończyła się sukcesem. Zdobyliśmy tabory i wielu jeńców, w tym oficerów. W trakcie ich zatrzymywania zdarzył się niestety przykry incydent. Jeden z esesmanów w stopniu majora niby chciał się poddać, ale kaburę z pistoletem miał odpięta. Mój kolega Adam chciał mu zabrać broń i wtedy nagle ten sięgnął po broń i wystrzelił. Adam zginą na miejscu. Niemiec wtedy rzucił broń i padł na kolana przed „Mohortem”, prosząc o darowanie mu życia, bo on ma w Berlinie żonę i dwoje dzieci. Dla takich ludzi nie mogło być jednak litości. „Mohort” kazał go rozstrzelać, nie zważając na okrzyki majora, że Niemcy nam za to zapłacą. Niemcy oczywiście szybko ściągnęli posiłki i wyparli nas po ciężkich bojach ze Sztunia i Zamłynia. W pobliżu tej drugiej miejscowości koczowaliśmy aż do momentu, kiedy dowództwo dywizji podjęło decyzję o przebijaniu się przez tory kolejowe na Polesie. O podjęciu takiej decyzji zadecydował głos majora Kowala, który uznał, że propozycje niektórych oficerów, by dywizja skierowała się na Turzysk jest zbyt ryzykowna mogąca doprowadzić do dużych strat. Major Kowal zadecydował też, że nasz batalion jako najlepiej znający teren pójdzie pierwszy, a batalion „Sokoła” miał ubezpieczać całą operację. Z naszego batalionu każda z jednostek dywizji otrzymała ponadto przewodnika. Ja sam przy tej operacji omal nie wpadłem w ręce Niemców. „Mohort” jak tylko kolumna się uformowała, kazał mi obserwować ruchy Niemców, czy z drugiej strony Neretwy nas nie zaatakują. W pewnym momencie otworzyli ogień i ja schroniłem się do dołu wykopanego przy rzece. Był tak głęboki, ze sam nie byłem w stanie z niego wyleźć. Gdy kolumna przeszła myślałem, że koledzy o mnie zapomnieli, ale w pewnym momencie zjawił się sam „Mohort”. Zdziwił się, że nikt po mnie nie przyszedł i rzucił krótko – daj mi rękę.

Materiał z artykułu Marka. A. Koprowskiego  „Ze śmiercią za pan brat „

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/ze-smiercia-za-pan-brat

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
452
Odsłon artykułów:
2504925

Odwiedza nas 98 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo