Drukuj
Kategoria: Samoobrona
Odsłony: 5668

Jesienią 1941 r zwołałem zebranie aktywu współpracujących ze mną patriotów, w celu omówienia sposobów walki obronnej Polaków zamieszkujących na zagrożonym ludobójstwem terenie Polski Wschodniej. W układzie sił jakie zdołaliśmy wypracować mówiłem: stojąc w obliczu zagłady narodu polskiego na wschodnich obszarach Rzeczypospolitej, szczególnie na terenie objętym zbrodniczą działalnością band OUN, powołuję do życia „Wojskową Konspiracyjną Organizację Samoobrony”- WKOS.

Nasza organizacja składać się będzie z dowództwa, drużyn bojowych, wywiadu wojskowego, łączności, zaopatrzenia i służb pomocniczych. Siedzibą dowództwa i organizacji jest nasze miasto Rokitno, a ściślej huta. Na dowódców drużyn bojowych powołuję: Władysława Dytkowskiego pseudonim „Dęboróg” i określam teren działania nowe miasteczko, Bernarda Linde, pseudonim „Skrzypek” i określam teren działania stare miasteczko i hutę. Na dowódcę drużyny bojowej we wsi Staryki powołuję Antoniego Garbowskiego, pseudonim „Dudek” i określam mu do obrony teren wioski i jej okolic. Na dowódcę drużyny bojowej we wsi Budki Snowidowickie, powołuję Heronima Dawidowicza, pseudonim „Kania” i określam mu do obrony teren wsi i jej okolicę. Powołani dowódcy drużyn dobiorą sobie w tajemnicy po 12 żołnierzy, wśród których, wyznaczą wywiadowców i łączników. Kontakt z dowódcą naczelnym, będzie utrzymywany przez łączników, aby odwrócić uwagę częstego spotykania się drużynowych z naczelnym. Łącznicy winni być żołnierzami zdyscyplinowanymi i pewnymi. Na dowódcę drużyny łączności powołuję Jana Dytkowskiego, pseudonim „Sokół”. Na dowódcę wywiadu wojskowego powołuję Bogdana Dytkowskiego, pseudonim „Pulmanoski”. Na dowódcę drużyny zaopatrzenia wyznaczam Genowefę Dytkowską, pseudonim „Gienia, Miła” i powierzam jej kierowanie punktem zaopatrzenia. Na dowódcę drużyny pomocniczej, której zadaniem będzie niesienie pomocy i opieka nad uciekinierami z wiosek, wyznaczam panią Helenę Grejner, pseudonim „Zyta”. Na dowódcę drużyny sanitarnej wyznaczam panią Marię Walczak, pseudonim „Majstrowa”. Osobiście będę pełnił funkcję dowódcy naczelnego Samoobrony i zakonspiruję się pod pseudonimem „Jeremicz”. O tym, że jestem dowódcą naczelnym, wiedzieć mogą tylko drużynowi i dowódcy służb. Łącznicy przynoszący meldunki, będą znali mnie tylko z pseudonimu, jako kolegę, nie mogą jednak wiedzieć, kto jest naczelnym. Zachowanie tajemnicy obowiązuje również wszystkich członków szeregowych naszej organizacji. Naszym podstawowym zadaniem jako członków „Wojskowej Organizacji Konspiracyjnej Samoobrony” jest:

 

- utrzymanie tajemnicy wojskowej

- prowadzenie wywiadu wojskowego

- utrzymanie wzajemnej łączności i informacji

- organizowanie i magazynowanie lekarstw i środków opatrunkowych

- zapobieganie i udaremnianie napadów „rezunów” na wioski i osiedla polskie

- niesienie pomocy poszkodowanym Polakom, szczególnie z wiosek spacyfikowanych lub zagrożonych rzezią i spaleniem.

- obserwacja i prowadzenie ewidencji osób pozostających na usługach okupanta, w tym volksdeutcherów.

Wszystkich członków organizacji obowiązuje regulamin wojskowy, a w przypadku zdrady – kara śmierci!

 

Takie oto były zadania i obowiązki nałożone na członków powołanej w dniu 1 września 1941 roku „Wojskowej Organizacji Konspiracyjnej Samoobrony” w Rokitnie. Zakresy czynności poszczególnych dowódców drużyn bojowych i służb, zostały omówione szczegółowo, przedyskutowane i dostosowane do warunków i specyfikacji terenu, oraz posiadanych środków. Nasza działalność, aczkolwiek posiadała już wypracowane metody uzyskiwania ważnych informacji ze strony tłumaczy zatrudnionych w urzędach okupanta, to jednak nadal nie było opanowane SD, gdzie zatrudniano dwóch tajniaków Ukraińców, wrogo ustosunkowanych do hutników.

Kiedy zaniepokojony tą sytuacją obmyślałem różne sposoby na przykre działania ze strony Niemców, do drzwi mojego domu zapukał kol. Kazimierz Jaworski. Spodziewałem się od niego istotnych informacji odnośnie tajniaków ukraińskich i poczynaniach Organization Tood, ale kolega oświadczył na wstępie, że przybył prosić o radę. Słuchałem zaciekawiony.

- Zaproponowano mi stanowisko tłumacza w „SD”, mówił Jaworski. Przyszedłem zapytać cię, co o tym sądzisz? Niestety, odpowiedzi w sprawie podjęcia tej pracy musiałem udzielić niezwłocznie – powiedział Jaworski. W tej szczególnej sytuacji, wiedząc, że moja służba w tym urzędzie leży w interesie naszej organizacji, ale może mieć miejsce tylko za twoją zgodą, niezwłocznie przybyłem do ciebie i proszę o nią. Musisz mnie zrozumieć, że ja godząc się na objęcie proponowanej przez Niemców pracy, musiałem jeszcze wyrazić im wdzięczność za zaszczyt jaki mnie spotyka i zachować pozory lojalności. Zrozum, że uczyniłem to tylko dlatego, bo miałem na myśli służbę dla Polski!

- Zadziwiasz mnie swoją postawą i szczerością Kaziu – odrzekłem poruszony. Oczywiście akceptuję i cieszę się z tego posunięcia. To nasze kolejne dobre wejście. Ale wynika z niego, że będziesz musiał zdradzać swoich pracodawców i liczyć się z wieloma niebezpieczeństwami z wielu stron.

Dlatego w przyszłości, jako pracownika SD, będę usprawiedliwiał cię przed hutnikami i kolegami, wiedząc, że Jaworski pracuje u nich na rzecz Polski.

Musisz jednak zdawać sobie sprawę z niebezpieczeństw na jakie naraziłeś mnie i całą rodzinę Dytkowskich, przychodząc teraz do mnie? Ci dwaj ukraińscy wywiadowcy depczą ci zapewne po piętach i być może już donieśli niemieckim funkcjonariuszom o tym gdzie bywasz.

- Ale to właśnie ci sami szaleńcy - mówił Jaworski - na podstawie informacji uzyskanych od OUN-owców, którzy razem z tobą przebywali w jednej więziennej celi donieśli Niemcom, o twoim „przyjaznym” stosunku do władz sowieckich, jakoby wyrażonym w koncepcji produkcji szkła okiennego na Syberii? Kurczowo i opacznie wykorzystują teraz twoje wypowiedzi przeciwko tobie, aby tym sposobem wyjednać sobie uznanie Niemców. Takie informacje już zdołałem przejąć!

Na taką wieść zadrgałem z oburzenia i uświadomiłem sobie prawdę o grożącym mi niebezpieczeństwie. Jaworski mówił roztropnie, bo skąd by wiedział o rozmowach w więzieniu, o których nie zwierzałem się nikomu.

- Jak w tej sytuacji mogę bronić się przed Niemcami? – zapytałem – bo widzę, że czasu mam niewiele.

- Wiesz o tym drogi kolego – powiedział Jaworski – że ja znam język niemiecki lepiej niż ojczysty i właśnie dlatego zostałem zaangażowany na tłumacza we wrogiej Polsce „SD”. Znam doskonale Niemców i potrafię im zaimponować. Twoją sprawę już chwyciłem w swoje ręce i dlatego możesz być spokojny, niebezpieczeństwo nie zaistnieje. Tych dwóch „samostyjnykiw” i zwariowanych sługusów faszystowskich, postaram się unieszkodliwić – przyrzekł.

Teraz dla umożliwienia właściwej obrony, zmuszony byłem opisać koledze cel i przebieg mojego zachowania się w więzieniu. Jaworski wysłuchał mnie uważnie, obiecał całkowite odwrócenie podejrzeń i zyskanie pełnego zaufania władzy z tych samych zarzucanych powodów.

Po tak pomyślnym obrocie sprawy mojego bezpieczeństwa i jednoczesnym uzyskaniu ważnego źródła informacji w najbardziej wrogiej Polakom instytucji niemieckiej, byłem już pewny powodzenia samorzutnie powstałej Samoobrony, pierwszej komórki „Ruchu Oporu” na polskich ziemiach wschodnich. Teraz miałem zapewniony stały jej dopływ, ze wszystkich urzędów niemieckiej administracji w miasteczku, bo miejsce Jaworskiego w Organization Tood, zajęła panna Edyta, była nauczycielka. Wiadomości od niej będę zdobywał za pośrednictwem Jaworskiego, bo tej pani osobiście nie znałem i nigdy – dla dobra organizacji – nie dociekałem jej rodowego nazwiska.

Potwierdziło się, że niebezpieczeństwo bezpośredniego napadu na Rokitno, wobec moich ostrzeżeń złożonych proboszczowi prawosławnemu i faktu ustanowienia niemieckich władz administracyjnych zupełnie zanikło. Nadal największym siedliskiem, zbrodniczych OUN-owskich band w pobliżu naszego miasta były ukraińskie wioski położone na południe od Rokitna: Kisorycze, Karpiłówka i Borowo. Wsie Netreba, Derć i Okopy, położone bardziej na południe, jak ustalił nasz wywiad, kontrolowane były przez emisariusza ze wschodu, Petra Szewczuka, który bojaźliwie dawał o sobie znać, nie przejawiając żadnej aktywności zbrojnej, ale za pośrednictwem sobie oddanego mieszkańca Janika, prowadził działalność wywiadowczą. Temu osobnikowi, za wiedzą naszej WOKS, wiadomości dostarczał Dęboróg, jego kolega i zaufany Janika, a także inny nie wtajemniczony, Wilk. Na kierunku wschodnim i północnym chociaż bardzo nieznacznie i powoli, zaczynało się coś dziać, wywiad informował, że zbiegły od nas Burinda zatrudnił się u Niemców w Olewsku za poganiacza stada. Trzody były rekwirowane u miejscowych włościan na rzeź dla wojska. Burinda takie stado uprowadził do lasu i przekazał organizującej się partyzantce radzieckiej pod Chrapuńskim jeziorem.

Nasilenie działalności rezuńskiej miało miejsce jeszcze w bandyckim trójkącie. Donoszono mi stamtąd, o dzielnej samoobronie tamtejszych Mazurów, którzy odważnie, ze zmiennym powodzeniem, stawiali czoła siłom rezuńskich watah. Bohaterami w nierównej walce ze zdziczałym hajdamactwem w okolicy Włodzimierca, byli dwaj podoficerowie rezerwy Wilczyński i Łoś. Prowadząc wywiad wojskowy zdołali oni ustalić, że odprawy i narady rezuńskiego dowództwa, odbywają się w opuszczonym pałacu pana Młodzianowskiego we wsi Dubówka. Dozorowanie opuszczonego majątku, sprawował wówczas stary Ukrainiec, były pracownik właściciela. Do niego właśnie udali się ci dwaj członkowie Samoobrony, w celu zasięgnięcia informacji o odbywających się naradach i zamierzonych napadach. Dawny służący, chętnie informował przybyłych, bo jak twierdził, był przeciwnikiem gwałtów, a tym bardziej praktykowanych rzezi i podpaleń mienia spokojnych ludzi. Rozmowa i przyjacielska informacja odbywała się przy butelce samogonu, kiedy na dziedzińcu pałacowym dał się słyszeć tętent wielu koni. O, właśnie już są, powiedział Ukrainiec. Przyjechali na naradę i zaraz tu będą, schowam was pod podłogę, to będziecie wszystko słyszeć i poczciwy służący uczynił jak powiedział. Tajnym przejściem zaprowadził naszych bohaterów do piwnicy i usadowił pod podłogą, na której był postawiony stół i fotele dla rezuńskiej starszyzny. Narada trwała krótko, bo dobrodij tytułowany atamanem, wyznaczył określone wioski polskie, które tej nocy miały być napadnięte i spalone, oraz nakazał poszczególnym dowódcom „sekyrnyczich” watah, aby byli bezwzględnymi. Napad miał być rozpoczęty punktualnie o godzinie 24,00. O tej godzinie – powiedział ataman – czekam na łuny pożarów nad tymi siołami. Po tym stanowczo wypowiedzianym rozkazie, ataman wstał od stołu narad i udał się na dziedziniec, aby odjechać. Skorzystał z tego obsługujący gości Ukrainiec i pozostałym dowódcom zaproponował poczęstunek na odwagę. Na stole momentalnie znalazły się butelczyny z samogonem i zakąską, a później, dla ostatecznego zwalenia z nóg, podał na pozór łagodne stare wino. Dowódcy pili i wygłupiali się bez zastanowienia, a służący, kiedy zobaczył, że wyznaczony czas mija, dobrodijów „sekyrnyczych” watażków, poumieszczał na wozach i nakazał odwieźć do domów. Łoś i Wilczyński w międzyczasie udali się do wyznaczonych wiosek i przygotowali obronę. Tej nocy nie było jednak łun pożarów i próżno wyczekiwał na nie bojowy rozkazodawca. Mieszkańcy tych polskich wiosek byli jednak czujni i choć przygotowani do walki oczekiwali najgorszego. Ataman stwierdził z rozgoryczeniem, że na całym wyznaczonym terenie panuje niczym nie zmącony spokój. Rozwścieczony taką niesubordynacją watażka, zjawił się konno, ze swoją przyboczną świtą przed chatą sotennego  rezuńskiej watahy we Włodzimiercu i zapukawszy do drzwi, które otworzyło mu żona dowódcy zapytał?

- A de wasz kozak?

- W kłuni – informowała. Spyt pjanyj jak swynia pane atamane – uskarżała się biedaczka nie przewidując nieszczęścia.

- A nu prywedyt jeho siuda – rozkazał.

Posłuszni kozacy w mig skoczyli i wywlekli śpiącego z siana sotennoho „sekyrnykiw” i chwiejącego się na nogach usiłowali postawić na baczność, do raportu karnego. Ataman jednak dał znak, że nie potrzeba i kazał podać sobie święconą siekierę mołojca. Kiedy zbójecką broń przedstawiono atamanowi, rozkazał kozakom ułożyć nieposłusznego i odrąbać mu pijany łeb na pieńku podwórzowym, jego własną siekierą.

Po takim wymiarze kary, ataman zwrócił się do obecnych ze słowami:

- Kozak, kotryj laszy hołowy otkazuje rubaty, pid swoju sekyru własnyj łob widdawaty bude!

Po tej egzekucji ataman kazał prowadzić się do pozostałych niezdyscyplinowanych sotennych i każdemu z nich, w podobny sposób wymierzał karę przez odrąbanie głowy własną święconą siekierą. Tak zginęli:

Mazowec, były wójt gminy i trzech braci Leniewiczów. Na ich miejsce ataman wyznaczył innych, a terminy zagłady określonych wiosek zostały przesunięte. Zwłoka, która z tego wynikła, pozwoliła Wilczyńskiemu i Łosiowi – przygotować samoobronę. Jak zostałem poinformowany, w ataku na wieś Stachówek w późniejszym terminie, ciągnęły setki rozwścieczonych rezunów, lecz zaatakowani z pozycji dobrze przygotowanej zasadzki, gęstym ogniem karabinu maszynowego, ponieśli duże straty w zabitych i rannych. Koledzy Wilczyński i Łoś, odnieśli całkowite zwycięstwo i zmusili rezunów do wycofania się. Takich zwycięskich potyczek, było kilka, ze zmiennym powodzeniem, ale przewaga liczebna zorganizowanych watah, była tak wielka, że nasi bohaterowie pomimo bezprzykładnego męstwa, w nierównej walce ponieśli śmierć. Po stracie dowództwa, Samoobrona uległa rozbiciu a pogorzelcy i niedobitki obrońców całą masą wycofali się, przechodząc na wołyńską stronę toru kolejowego. Udali się do Stepańskiej Huty, aby pod osłoną tamtejszej Samoobrony, szukać warunków do obrony życia swoich rodzin. Informacji o udziale Samoobrony i bohaterskiej walce Polaków w najbardziej zagrożonym trójkącie rezuńskim, gdzie padły pierwsze ofiary święconych siekier, udzielił uczestnik walk z faszystami OUN-u, stały mieszkaniec Włodzimierca kol. Antoni Filiński.

Niespodzianką dla mnie był gruby list doręczony okazyjnie. Pisał do mnie „Poeta” z Olewska, z żalem zawiadamiając, że „Sicz Polesia”, w której służył, została rozwiązana. Istnienie ukraińskiej formacji wojsk liniowych Niemcy uznali za zbędne, zaś formalnej likwidacji dokonał nowy władca Ukrainy, osławiony Koch. Przy tej okazji „Poeta” przeprosił mnie, iż nie może przysłać obiecanego pierwszego numeru „Hajdamaki”. Zamiast tego doręcza własny wiersz o dubińskich więziennych smutkach. Utwór ten napisany po ukraińsku z ciekawie ujętym tekstem, opiewał tragedię i szok więźniów, wyczekujących śmiertelnych kul z judaszy drzwiowych, później rozpacz i jęk rannych, modlitwy i przekleństwa ujarzmionych. Dalej opisywał niesioną pomoc i poszukiwania wśród zmasakrowanych ciał znajomych kolegów, oraz ucieczkę w ciemną noc. Wiersz był zatytułowany: „Krwaty dopływ Ikwy” i bardzo trafnie przedstawił piekło stworzone uwięzionym przez równie zniewolonych ludzi.

Wywiad doniósł mi wkrótce, że hajdamacy z rozwiązanej „Siczy Polisia” posiadaną broń zabrali ze sobą, udając się do domów, a dowodzący nią samozwańczy ataman „Taras Bulba”, z wieloma uzbrojonymi po zęby towarzyszami powrócił do rodzinnej wsi Bystrzyca. Wioska ta położona jest nad Słuczą, na wysokości kolonii mazurskiej Bronisławka k/Starej Huty.

Znamiennym jest fakt, że od chwili rozwiązania ćwiczebnej jednostki, rozpoczyna się zbrodnicza działalność zaprawionych do napadów i ludobójstwa tzw. „bulbowców” (nazwa pochodziła od watażki Bulby). Cała okolica po południowej stronie toru linii kolejowej Warszawa – Kowel – Kijów, była nękana i terroryzowana ciągłymi napadami na bezbronną ludność mazurską.

Jak zdołałem się zorientować, nowopowstająca partyzantka radziecka, która wtedy dała już o sobie znać, na ruch rezuński jak gdyby patrzyła przez palce i nie przeszkadzała zbrodniom, a OUN-owcy, swoje napady tłumaczą Sowietom, jako rozrachunki, kierowane przeciwko polskim ciemiężcom i tzw. „Biełopanom”. W tym samym czasie Jaworski donosił z „SD”, że Niemcy specjalnie rozwiązali „Sicz Polisia” i rozpuścili kozaków z bronią z nadzieją, że będą oni staczać boje z nowo zorganizowanym ruchem partyzantki radzieckiej. Jak z tego wynikało, Ukraińcy używając podstępu, obydwu walczącym stronom solennie przyrzekali zbrojną współpracę.

Takie zagrożenia staraliśmy się neutralizować odpowiednio naświetlając podstęp, ale nie była to łatwa sprawa, bo działać musiałem bardzo ostrożnie. Posiadając jednak, tak wpływowego tłumacza w „SD” jakim był kol. Jaworski, częściowo udało nam się podstępną praktykę osłabić i planowane akcje bulbowców unieszkodliwić.

Fragment;  Pamiętnika Jerzego Dytkowskiego – „Rokitno Wołyńskie 1920-1944” Wstawił: Bogusław Szarwiło

http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/dytkowski_rokitno2.html#19.