Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Pańska Dolina była w okresie  międzywojennym polską wsią leżącą nieco na południe od traktu Łuck – Młynów – Dubno. Na jej obrzeżach mieszkało sześć rodzin ukraińskich. Cztery z nich w czasie tragicznych wydarzeń lat 1943/1944 sprzyjały nacjonalistom z OUN-UPA , dwie były przychylne Polakom. Pamiętam nazwisko jednej z tych przyjaznych – nazywali się Grabowscy.

 

Dzieciństwo na Wołyniu zapamiętałam jako świat sielski, chociaż trudny i surowy. Nie było przecież pralek, lodówek, telewizorów, komputerów, a radio stanowiło zwiastun cywilizacji technicznej. Ale rodziny wołyńskie słynęły ze staropolskiej gościnności, z zachowania świątecznych obyczajów, z roztropności i dobrego gospodarowania. Był to region wieloetniczny :wśród moich  koleżanek z wczesnych czasów szkolnych były Polki i Ukrainki, Czeszki i Żydówki. Z perspektywy dziecka pamiętam też raczej harmonię niż konflikty.

Placówka

Placówka „Pańska Dolina” – po pierwszych napadach – została usytuowana na wybudowaniu Dąbrowa w trzech dużych gospodarstwach: Piotrowskich, Baranowskich i Kozłowskich ( moich dziadków ze strony mamy) Jej dowódcą został Albert Kozłowski (mój wujek) – pseudonim „Jastrząb”. Załogi placówek działały w ramach Armii Krajowej. Były dobrze zorganizowane . Żołnierze kontrolowali tereny wokół placówki i może dlatego w naszej okolicy było niewiele masowych mordów. Ginęli jednak ci, którzy wyruszali poza placówkę bez ochrony. Tak było na przykład w przypadku naszego krewnego Franciszka Rakowskiego i jego syna Edwarda – wówczas trzynastoletniego chłopca. Dziecko zasztyletowano u stóp ojca, który też został bestialsko zamordowany. Ginęli też partyzanci biorący udział w walkach.

Spośród kilku ukraińskich napadów na Pańską Dolinę najlepiej pamiętam ten z 22 czerwca 1943 roku. Przewaga Ukraińców była przytłaczająca, byli wyposażeni w działo, a obrońców placówki pozostało niewielu, bo część z naszych wyjechała do miast, by zorganizować więcej broni i odwiedzić rodziny. Garstka tych, którzy zostali, dwoiła się i troiła, a w piwnicy kobiety i dzieci odmawiały różaniec – i tak przez całą noc. Nad ranem wpadł do piwnicy jeden z obrońców po ostatnią skrzynkę amunicji i poprosił byśmy modlili się dalej – już nie na kolanach, ale leżąc krzyżem. Modlitwa i walka okazały się skuteczne . Nasi chłopcy zwyciężyli, odparli napastników i zdobyli działo. Jeden z naszych zginął zabity w walce, a jeden  - ranny. Gdy myślę o tamtym dramatycznym epizodzie po latach, przypomina mi się sentencja paryskiego lekarza, doktora Racaniera, o modlitwie różańcowej: „Różaniec jest sznurem, który pociąga dzwon alarmujący całe niebo”.

Ludzie konspiracji zdobywali broń różnymi sposobami, głównie od Niemców, płacąc złotem, bimbrem i żywnością. Było to niebezpieczne, ale największy problem wiązał się z dostarczaniem broni na placówki. Brałem udział w takim transporcie. Jechaliśmy kolumną furmanek. Nasz wóz zamykał szereg i właśnie w nim ukryta była broń i prasa konspiracyjna, zamaskowana sianem i kojcem z dwiema kozami. Zatrzymali nas Niemcy. Młodzi ludzie – partyzanci –tłumaczyli , że jedziemy na pole zebrać żniwa, a nadreprezentacja młodych mężczyzn wynika z tego, że stanowią oni ochronę przed Ukraińcami. Niemcy zarządzili jednak rewizję wszystkich wozów. Szukali nielegalnej broni. Przeszukiwali furmankę po furmance. Napięcie rosło. Tato i ja modliliśmy się gorączkowo, a ojcu wyrwało się westchnienie, że czeka nas za chwilę śmierć. Kiedy Niemcy zbliżali się do naszego wozu, ukryte pod sianem kozy podniosły straszny  hałas. Zmęczeni  już rewizją Niemcy, zaklęli i machnęli ręką. W ten sposób pojechaliśmy dalej, a ja miałem poczucie, że doświadczyłem cudownego ocalenia.

Wołyniacy  przeżyli w czasie drugiej wojny światowej trzy różne okupacje. Wyzwalały one nie tylko wrogość, ale i ludzką solidarność. Nawet w czasie ludobójstwa pamiętam pomoc świadczoną przez Polaków żydowskim rodzinom – Żydzi ukrywani byli w stodołach, czasem w domach lub zamaskowanych kryjówkach. Na przykład w lesie moich dziadków wybudowano dwie ziemianki – schrony, zamaskowane poszyciem leśnym. Dostarczaliśmy tam regularnie żywność. Tak w atmosferze tragedii Żydów i Polaków trwaliśmy do wkroczenia armii sowieckiej na nasze tereny.

 

Fragment wspomnień Genowefy Halkiewicz  opublikowane w „Dzieci Kresów II” L. Kulińskiej

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
439
Odsłon artykułów:
2473415

Odwiedza nas 124 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect