Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Oddziały dywizji, przechodząc tory Jagodzin-Kowel bez dostatecznego rozpoznania poniosły znaczne straty.  -Sporo było zabitych, rannych i zaginionych, żołnierze, którym nie udało się przejść torów, często rozproszyli się i błąkali po całej okolicy - mówi Stanisław Maślanka. - Komendy Obwodu w Lubomlu już nie było. Wszyscy jej członkowie zostali aresztowani. Ja ocalałem tylko dlatego, że akurat nie byłem w Lubomlu. Jednocześnie funkcjonowały placówki w Jagodzinie, Rymaczach, Kupraczach i Terebejkach, wchodzące w skład tzw. kompanii stacjonarnej. Pełniły one służbę wartowniczą zwłaszcza nocami, pilnując, by nie zostały one zaskoczone przez Ukraińców. Wszystkie te placówki doskonale znałem, bo często się z nimi kontaktowałem. Znajdowały się one w stałym pogotowiu. Po przejściu torów przez dywizje, członkowie tych placówek zebrali zabitych i pochowali, zebrali rannych, których wcześniej nie zebrali Niemcy, odnaleźli wielu błąkających się po lasach żołnierzy dywizji i zamelinowali po wsiach. Po kilku dniach przyjeżdża do mnie kierownik placówki w Terebejkach i mówi - słuchaj, mam kłopot, przyszli bolszewicy i wykrzykują nade mną. - A o co im chodzi? - pytam się. - Chcą, żebym ich przeprowadził przez tory kolejowe. - No cóż, masz wyjście - odpowiadam mu. - Przyjdę i przeprowadzę ich. - Wszystkie przejścia i słabe punkty niemieckiej obrony torów znałem doskonale. Przyjeżdżam do tych Terebejek i spotykam się z tym bolszewikiem, który okazał się oficerem regularnej Armii Czerwonej i pytam się – ilu was jest? - A on - co cię to obchodzi? - Ja odpowiadam , że – jak mam was przeprowadzić, to muszę wiedzieć, ilu was jest? - On wtedy patrząc na mnie spode łba odpowiada - kompania! – Rzeczywiście była to kompania regularnej Armii Czerwonej, która razem z dywizją walczyła wcześniej pod Kowlem.”

Przeprowadzka przez tory

„Przeprowadziłem ją przez tory, wytłumaczyłem, jak dalej ma iść, które wsie ukraińskie omijać, żeby nie zostać zaatakowana przez UPA. Ukraińcy strzelali bowiem do Rosjan na każdym kroku. Gdy dywizja znalazła się na Polesiu i nie miała łączności z Warszawą, Komenda AK usiłowała nawiązać z nią kontakt przez gońców. Gdyby nie ja, ich wyprawa skończyłaby się wpadką. Przyjechało ich do Jagodzina dwóch. W mundurach niemieckiej straży leśnej i z karabinami i oficjalnymi dokumentami. Jak ich zobaczyłem, to się przeraziłem. - Co wyście powariowali, chcecie wpaść - mówię do nich. Ci zdziwili się bardzo. – Jedziemy od Warszawy i nikt się nas nie czepił - odpowiadają. Mówię więc im, że może na Lubelszczyźnie niemiecka straż leśna jest, ale na Wołyniu nie ma i byle żandarm zwróci na nich uwagę. W tym regionie w lasach Niemcy nie stworzyli żadnej leśnej administracji. Oni na to, że muszą się dostać do dywizji. - Znacie teren? - pytam się. Oni odpowiadają - nie! - No to jak chcecie ją odnaleźć? - pytam po raz kolejny. Zamelinowałem ich na kwaterze i kazałem czekać, aż nie znajdę dla nich przewodników. Musiało być ich co najmniej dwóch. Jeden zawsze mógł zginąć, zostać ranny i cała misja mogła spalić na panewce. Odwiedziłem wszystkie placówki i nazbierałem nie dwóch przewodników, ale całą drużynę. Trwało to oczywiście kilka dni. Już miałem ich wyprawić, gdy niespodziewanie przyjechał dowódca żandarmerii dywizji. Ucieszyłem się na jego widok. – O, jak to dobrze, to moi przewodnicy mają już z głowy - mówię mu. - Pan teraz tu dowodzi i podejmuje decyzje. - Dowódca żandarmerii zabrał ich ze sobą i zaprowadził do dywizji. Doszli, a za kilka dni wrócili. Wraz z nimi przyszło trzech warszawiaków z kompanii warszawskiej. Przewiozłem ich pociągiem na drugą stronę granicy i wkrótce się dowiedziałem, że dotarli bez przeszkód do Warszawy. Za kilka dni z Terebejek przyjeżdża do mnie znów kierownik placówki z Terebejek i mówi, że jest grupa żołnierzy, którą trzeba przeprowadzić. Okazało się, że był to porucznik „Hincza” kawalerzysta, który przyprowadził resztki swego szwadronu, taki dobry pluton żołnierzy. Koni oczywiście nie mieli i szli piechotą. Przeprowadziłem ich przez tory i zaprowadziłem na kwatery w Nowym Jagodzinie.”

Jedzenie dla wygłodniałych

„Wróciłem do Jagodzina i poprosiłem tamtejszą placówkę, by przygotowała szybko jedzenie dla tych wygłodniałych żołnierzy. „Hincza” siedział kilka dni w Nowym Jagodzinie, ale za długo nie mógł tego robić. Nie wiedział jednak, co ma robić. Mówię mu więc, panie poruczniku, tu pan siedzieć nie może, a dywizji nie ma co gonić, bo właśnie przekroczyła Bug i jest już na Lubelszczyźnie. Pojechałem na druga stronę granicy do Dorohuska i poinformowałem tamtejszą placówkę, że potrzebny mi jest przewodnik, dla przeprawienia oddziału „Hinczy” przez Bug na Lubelszczyznę. Przyjechał łącznik, który znał bród i przeprowadził „Hinczę” z żołnierzami na drugą stronę Bugu. Obyło się bez żadnych przygód, bo bród był płytki i sięgał do pasa, tylko miejscami idąc nim żołnierze zanurzali się po pachy. Za kilka dni zgłosił się do mnie przez Terebejki kolejny oficer, któremu udało się zebrać dwudziestu kilku rozbitków, błąkających się po lasach. Podobnie jak oddział „Hinczy” przeprawiłem się przez Bug na Lubelszczyznę, by mógł się połączyć z dywizją. Po nim przyszedł „Bałysz”, komendant szpitala dywizji. Tak się złożyło, że szpital został zajęty przez Węgrów. Lżej rannych udało mu się jakoś ze szpitala wyciągnąć. Zdołał nawet ich uzbroić. Gdy się ze mną spotkał oświadczył, że idzie za dywizją. Poinformowałem go, że jest ona na Lubelszczyźnie. Jego żołnierzy już nie przeprawiałem przez Bug, ale przewoziłem kolejno koleją do Dorohuska. Tam już indywidualnie zgłaszali się do działającego w tym mieście oddziału Rady Głównej Opiekuńczej, w którym otrzymywali pomoc. Największe kłopoty miałem z rannymi, których placówki terenowe zamelinowały w chłopskich chatach. Było ich około czterdziestu. Należało ich przetransportować do szpitala PCK w Chełmie. Z trudem, bo z trudem, ale udało mi się jakoś przewieźć ich wszystkich koleją do Chełma. Kłopot miałem tylko z jednym.”

Przemyt rannych do Chełma

„On nie chodził i w zasadzie nie nadawał się do transportu. Znalazłem jednak sposób, żeby i jego dostarczyć do szpitala w Chełmnie. Wykorzystałem do tego jeden z wagonów pociągu, którym Niemcy wozili żołnierzy na front. Składał się on z wagonów towarowych, wyłożonych wiórami z drzewa, na których spali żołnierze. Pociągi te z frontu wracały puste. Przy pomocy kolegów umieściłem w jednym z nich tego rannego żołnierza. Przykryłem wiórami i kazałem milczeć i nie ruszać się. Zamknąłem też jego wagon, a następnie przeszedłem wzdłuż pociągu i pootwierałem wszystkie wagony. Znalazłem bowiem sposób kontrolowania pociągów przez niemieckich strażników kolejowych. Zaglądali oni tylko do kilku wagonów i widząc, że pierwsze są puste, nie kontrolują całego składu. Tak było i tym razem. Gdy strażnicy sobie poszli, wsiadłem do wagonu, w którym ukryłem rannego i przewiozłem go do Chełma. Tam dorożką przy pomocy członków miejscowej konspiracji odwiozłem rannego do szpitala PCK. Placówka ta przyjmowała rannych partyzantów dywizji oczywiście nie jako rannych żołnierzy, ale jako ofiary napadów UPA. Wszyscy wiedzieli, że UPA masowo morduje Polaków i nikogo to nie dziwiło...

Stanisław Maślanka, co sam przyznaje, mógł swoje zadania wykonywać dzięki pomocy kolejarzy z Dorohuska i znakomicie działającej placówki AK w tej miejscowości. Dzięki nim punkt przerzutowy Jagodzin-Dorohusk działał dobrze, a przede wszystkim bez wpadek.

Fragment artykułu Marka A. Koprowskiego  „ Ostatni kawałek ziemi wołyńskiej ”

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/-63

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
44
Artykułów:
447
Odsłon artykułów:
2524525

Odwiedza nas 50 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect