Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Antoni Mariański śmieje się, że wojował krótko, bo tylko trzy miesiące. Walczył w cywilnym ubraniu, bez munduru. Tylko uzbrojenie miał okazałe. Stanowił je ręczny karabin maszynowy „Diegtiariewa” z dużym magazynkiem w kształcie talerza. Najbardziej w boju dokuczały mu nogi.

- Pod stopami nie miałem skarpet, tylko żywe mięso - mówi. - Butów na noc praktycznie się nie zdejmowało, a były one stale mokre, bo chodziliśmy na podmokłym terenie. Wszystko w środku gniło, ale jak człowiek po długim marszu padł na posłanie, to nie miał siły nic robić. Poza tym atak przeciwnika mógł nastąpić w każdej chwili i trzeba było być gotowym natychmiast do akcji. Batalion „Siwego” czyli porucznika Mariana, noszącego dziwne nazwisko Krokay, stanowił jednostkę specyficzną. Jego dowódca, czyli „Siwy” wcześniej pełnił funkcję  oficera dywersji na miasto Kowel i oficera operacyjnego oddziału „Korda”, był „cichociemnym” zrzuconym z Anglii. Sam batalion składał się z młodzieży czyli, jak ja mówię „dzieci”, nie mających wcześniej żadnego wojskowego przygotowania. Ja sam, gdy dostałem do niego przydział, nie miałem jeszcze siedemnastu lat. Takich jak ja było w batalionie całe multum. Pamiętam m.in. Stefana Żołnika, Eugeniusza Mariańskiego, Bogusława Zamościńskiego, Gosia, który pod Staweczkami dostał się do niemieckiej niewoli i najprawdopodobniej został rozstrzelany i wielu innych. Takich „łebków” jak ja pochodzących z Zasmyk było bardzo wielu. Batalion od razu dostał się w wir najcięższych walk z Niemcami, którzy nie tylko byli dobrze wyszkoleni i uzbrojeni, ale mieli jeszcze wsparcie artylerii, czołgów i lotnictwa, którym nie miał on co przeciwstawić.

Dokuczliwe naloty

Dlatego też opinie, które pojawiły się po wojnie sugerujące, że nasz batalion był najgorszy w dywizji, a „Siwy” najsłabszym dowódcą uważam za nieporozumienie. Co nawet najlepszy dowódca może zrobić z takim „wojskiem”. Najtrudniejsze chwile nasz batalion przeżył, gdy cała nasza dywizja została przesunięta w Lasy Mosurskie między Bug a Turię. Niemcy za wszelką cenę chcieli nasze zgrupowanie otoczyć i zniszczyć. Atakowali dywizję przy pomocy całego swego potencjału spychając kolejnymi natarciami do kotła. Nad zajmowanym przez dywizję terenem krążyły samoloty zwiadowcze, w ślad za którymi przylatywały bombowce i atakowały nasze kwatery, by nie dać nam chwili wytchnienia. Te naloty nie były jakieś zmasowane, ale bardzo dokuczliwe. Przylatywały jeden lub dwa samoloty i z premedytacją bombardowały gospodarstwo po gospodarstwie, paląc je całkowicie. Niemcy poprzez naloty chcieli po prostu zniszczyć całą bazę materialną, o którą opierała się dywizja. Pamiętam takie zdarzenie w Hajkach, w których nasz batalion zatrzymał się w końcu marca na kwatery. Przeszliśmy do nich z Ossy. Była to polska miejscowość wymordowana przez Ukraińców. Mieliśmy w niej dość dobre warunki. Niemcy nas tam jednak wymacali. Na początku kwietnia zaczął nad okolicą Hajek krążyć samolot zwiadowczy tzw. rama. Krążył, krążył aż do znudzenia, niektórzy z nas przestali na niego zwracać uwagę. Nagle widzimy, że w stronę wioski idzie koń, osiodłany, ale bez jeźdźca . Samolot zaś w powietrzu zaczął podążać jego śladem. Na jednym z podwórek stała kuchnia polowa, pod którą rozpalono ogień, żeby ugotować dla batalionu posiłek. Obserwator zobaczył dym i to już wystarczyło. Zaczęły nadlatywać niemieckie samoloty, które kolejno niszczyły gospodarstwa, zrzucając na nie bomby zapalające. Jeżeli ich załogi zobaczyły żołnierzy batalionu, każdy krył się gdzie kto mógł. Ja chowałem się w jednej z chałup za piecem licząc, że kule z karabinu maszynowego go nie przebiją.

Krwawa bitwa pod Staweczkami

Po kilku dniach, gdy w Hajkach zostały już jakieś dwie chałupy, nasz batalion przeniósł się do Oleska, pobliskiej wsi. Stamtąd dowództwo dywizji nakazało nam zająć stanowiska pod Staweczkami, które Niemcy usiłowali zdobyć. W pierwszy dzień Wielkanocy zaczęła się tam krwawa bitwa. Wymiana ognia trwała wiele godzin i sporo naszych zginęło. Niemcy też ponieśli ciężkie straty. Usiłowali oni za wszelką cenę je zdobyć, by móc przerzucić swoje jednostki, idące od strony Lubomla w kierunku Turczan, a dalej do Turzyska i rejonu Kowla. Niemcy ostrzelali najpierw Staweczki ogniem artylerii, a później ruszyło natarcie ich piechoty. Ostrzał niemieckich armat był tak silny , że w pierwszej chwili nasz batalion zaczął wycofywać się z wioski. Nagle na teren walki przycwałował na koniu mjr „Kowal”, który rzucił batalion do przeciwnatarcia, zapewniając mu wsparcie moździerzy partyzantki radzieckiej. Duża trudnością do pokonania była rzeczka Neretwa rozlana po wiosennych roztopach. Żołnierze, by się nie moczyć, usiłowali przeskakiwać na druga stronę przez mostek, na który Niemcy koncentrowali swój ogień. Ostatecznie ich natarcie udało się nam odrzucić. Za kilka godzin ponowili jednak atak, wypierając nas ze Staweczek. Moździerzowe wsparcie partyzantów sowieckich nie przydało się nam na wiele. Strzelali oni niecelnie i większość ich pocisków eksplodowała na naszych pozycjach.

Bój pod Staweczkami Antoni Mariański zapamiętał nie tylko dlatego, że przeszedł pod nimi swój chrzest bojowy, opróżniając wiele magazynków swego „Diegtiariewa”. Zginał pod nimi jego kolega z Zasmyk szeregowy Goś.

Strzelać do obu

- Gdy Niemcy się wycofali w stronę Oleska poganiani naszym ogniem, nagle pojawił się na drodze Niemiec z białą flagą - wspomina. - „Siwy” zgodnie z obyczajem wojennym wydał rozkaz - przerwać ogień! I przekazał go po linii. Gdy Niemiec zatrzymał się na wzgórku, odległym od naszych pozycji o jakieś trzysta, czterysta metrów, „Siwy” wysłał do niego Gosia, bo ten dobrze znał język niemiecki. Goś poszedł sam, bo teren był odkryty i nikt nie spodziewał się żadnej zasadzki. Kiedy zbliżył się do Niemca, chwilę rozmawiali i nagle Goś podniósł ręce do góry. Niemiec najzwyczajniej go sterroryzował i poprowadził w stronę niemieckich pozycji. „Siwy” natychmiast wydał rozkaz - strzelać do obu! - W takiej sytuacji  był to zupełnie prawidłowy rozkaz. Wiadomo bowiem, Niemcy jeńców wziętych w charakterze „języka” torturowali, chcąc wydobyć z nich jak najwięcej informacji o przeciwniku i ginęli oni w męczarniach. Wszyscy strzelali, ja też, chociaż jak pamiętam mierzyłem tak aby nie trafić. Niemiec z Gosiem skryli się za wzgórkiem i nie było widać, czy zostali trafieni, czy nie. Mój dowódca drużyny, zajmujący stanowisko kilka metrów ode mnie wysunął się nieco do przodu, podniósł się i od razu dostał. Niemieccy snajperzy obserwowali nasze pozycje i jeżeli ktoś nie zachowywał ostrożności, ginął. Kolega, który wysunął się z pozycji i chciał zabrać zabitemu dowódcy drużyny karabin, także dostał... Ja siedziałem ze swoim karabinem maszynowym w kopcu po ziemniakach, co wydawało mi się idealna pozycją strzelecką. Na moje oko strzelałem z niej celnie. Musiałem jednak ją opuścić, bo chałupa za mną zaczęła się palić.

Gorąco i niebezpiecznie

- Było za gorąco i niebezpiecznie. Po bitwie pod Staweczkami nasz batalion został skierowany do bronienia Owłoczyma, kolejnej kluczowej pozycji na trasie działań niemieckich. Niemcy uderzyli na nas bardzo szybko. Użyli w walce z nami czołgów , wobec których byliśmy całkowicie bezbronni. Partyzanci sowieccy znów nas wspierali, ale tym razem ogień ich moździerzy był celniejszy. Wstrzymywał on tempo niemieckiego natarcia. Niemieckie czołgi pozbawione osłony piechoty przyciśniętej do ziemi zatrzymywały się, co dawało nam czas na wycofanie się i zajęcie dogodniejszej pozycji. Wojowaliśmy tak do połowy kwietnia. Jeszcze zanim dywizja znalazła się w kotle zapadła decyzja, żeby jej oddziały przeszły za Turię w strefę radziecką. Znaleźliśmy się w grupie , która zdołała ten rozkaz wykonać. Przeszliśmy przez Turię i po nocnej wędrówce dźwigając „Diegtiariewa” dotarliśmy do Zasmyk. Tu trafiłem do batalionu im. Tadeusza Kościuszki dowodzonego przez Roberta Satanowskiego. Nie na wiele się to zdało, bo jak mnie Sowieci złapali z bronią, to wzięli mnie za bandytę. Zostałem aresztowany i zawieziony do więzienia w Łucku. Zostałem uwięziony razem z banderowcami. Tam na szczęście byłem krótko. Sytuacja się szybko wyjaśniła, że nie jestem członkiem UPA, tylko żołnierzem 27 WDP AK. Przewieziono mnie do Sum, gdzie był ośrodek formowania I Armii Wojska Polskiego. Tam mnie umundurowano, trochę przeszkolono i odesłano do Kiwerc. W Kiwercach przeszedłem dalsze przeszkolenie, a następnie wraz z całym  pułkiem pomaszerowaliśmy piechotą w kierunku Warszawy. Tam jednak wybuchło powstanie i pułk zawrócono w kierunku Lublina. Tu zakwaterowano nas w koszarach na Majdanku i poddano dalszemu szkoleniu. Jako rosły młodzieniec wyróżniałem się jakoś na tyle, że przeniesiono mnie do kompanii wartowniczej w Sztabie Zaopatrzenia Wojska Polskiego w Lublinie.

Brat musiał zmienić nazwisko

„Tu praktycznie skończyła się moja wojna. Miałem więcej szczęścia niż rozumu.(…)

Fragment art. W batalionie „Siwego” Marek A. Koprowski

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/w-batalionie-siwego

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
439
Odsłon artykułów:
2473547

Odwiedza nas 138 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect