Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Reakcją na bezpardonowe mordy dokonywane na ludności polskiej przez Ukraińców była organizacja tak zwana Samoobrona. Samoobrony powstały tam, gdzie były duże skupiska Polaków. Ciekawostką jest fakt (ale fakt wytłumaczalny), że Niemcy w kilku przypadkach sami dawali niewielkie ilości broni na poszczególne wsie, żeby Polacy bronili się sami. Prawdopodobnie taki fakt wykorzystali odpowiedni ludzie z ZWZ, a później AK, i w oparciu o trzydzieści karabinów otrzymanych od Niemców rozbudowali w Zasmykach samoobronę dywizji partyzanckiej. Dzisiaj wiadomo, że losy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK z oczywistych względów nie mogły zależeć od tego, czy hitlerowcy dadzą te trzydzieści karabinów czy też nie. Natomiast dla mnie nie ulega wątpliwości, że ten moment mógł być właściwie wykorzystany, stąd być może utrzymująca się legenda na ten temat.

Prawdą jest jednak, że czasowe miejsce postoju 27 dywizji nieopodal Kowla specjalnie przez Niemców niepokojone nie było, jest to jeden z dziwów spraw wołyńskich. Tego typu miejska organizacja samoobrony powstała w Zdołbunowie. Jednym z jej szefów był ojciec mego kolesia senior Olczak. Konspiracyjne kontakty Olczaka, jak pamiętam, zaczęły się wcześnie. Pamiętam jak jeszcze przed rozkręceniem zasadniczych działań organizacyjnych wpadli do Olczaka ludzie z Generalnej Guberni. Wykorzystywali oni w tym celu pociągi robotnicze tak zwane Bauiensty. Zatrudnieni w nich byli Polacy zza Buga. Te rzekomo towarzyskie spotkania były osłonięte mgłą tajemnicy. Dziś mam realne podstawy domyślać się, że najprawdopodobniej był to okres organizacji zbrojnej prolondyńskiej na Wołyniu, a nawet działań słynnego po wojnie Wachlarza. Na początku u Olczaków usiłowano przede mną tego rodzaju sprawy ukryć, ale kiedy zorientowano się, że nie da rady po prostu po rozmowie dopuszczono mnie do niektórych spraw i tak się zaczęła moja skromniutka pomoc w tym zbożnym dziele. Wykorzystywano mnie prawie zawsze w parze z Wackiem. Nosiliśmy jakieś karteczki do różnych ludzi w mieście. Pośredniczyliśmy w przenoszeniu większej ilości gotówki okupacyjnej, którą na jakiejś zasadzie wymieniono na rajschmarki, tj. na pieniądze, które były w obrocie III Rzeszy. Kombinacja wymienna była niezbędna ze względu na to, że za te pieniądze dużo łatwiej kupowano broń od Węgrów, czy też czasem od Niemców. Zdarzały się też co prawda wypadki sporadyczne, że tu i ówdzie rozbrajano pojedynczych Niemców, podejrzenia w zasadzie nie padały na Polaków, a raczej na Ukraińców lub też na konspirację radziecką, która w czterdziestym trzecim roku była już dość żywa. Można mieć mieszane uczucia w związku z tym, ale w tego typu robocie nie było i nie będzie sentymentów. Trzeba jasno powiedzieć, że na Wołyniu nie było większych kłopotów ze zdobyciem broni, było wiele źródeł zaopatrzenia. Co nieco odnajdywali ludzie z 1939 roku, trochę przybywało z pól bitewnych roku 1941, część dokupywano i tak szło. Dowodem łatwości zdobycia uzbrojenia może być fakt, że i my z moim Wackiem wspomogliśmy się w hand-granaty z handlu między kolegami. Były to niemieckie granaty z drewnianą rączką i w użyciu bardzo bezpieczne. Posiadanie takiego uzbrojenia dawało szczeniacką pewność siebie. Nie braliśmy pod uwagę konsekwencji w razie wykrycia „naszego uzbrojenia” przez Niemców, ale jakoś się udawało. Granaty te nazywaliśmy między sobą tłuczkami z uwagi na ich zewnętrzną podobiznę do zwykłego tłuczka, którym nasze mamy rozgniatały ziemniaki. (…). W tym czasie bywałem czasem na dworcu jako czyścibut i zorientowałem się, że istnieje realna szansa jazdy pociągiem do Kowla. Pomyślałem sobie, że jak front stoi w miejscu, to w ciągu trzech dni mogę pojechać do Kowla i przywieźć trochę towaru, który miałem zamiar sprzedać po wejściu armii radzieckiej i byłby świeży grosz, umożliwiający jakiś start w nowych warunkach. O swoim zamiarze powiedziałem Wackowi, za dzień czy dwa Wacek powiedział mi, że gdybym był zdecydowany jechać, to żebym przed wyjazdem skontaktował się z jego ojcem. Po ceregielach z matką wyjazd był uzgodniony. Poszedłem do Olczaka seniora, ciekawy będąc czego ode mnie chce. Po raz pierwszy w życiu ktoś w zasadzie obcy poważnie ze mną przeprowadził rozmowę. Po tej rozmowie u Olczaków wszyto w moją kurtkę na plecach między warstwę watoliny kawałek jedwabiu zapisanego malutkimi cyferkami. Zrozumiałem wtedy, że to już nie żarty, że mam wykonać zadanie, którego by się i dorosły nie powstydził (….). Sprawa polegała na tym, że po pomyślnym przyjeździe do Kowla miałem się zameldować u pewnego pana w dzielnicy starego Kowla, tj. za wiaduktem w rejonie dworca, ten człowiek miał mnie zaprowadzić do wsi Zasmyki, tam dopiero miałem powiedzieć, że przyjechałem ze Zdołbunowa od Olczaka z wiadomością wszytą na plecach. Na tym moje zadanie w tym zakresie kończyło się. Wyobraźnia zaczęła mi podpowiadać mnóstwo przeszkód w wykonaniu tego polecenia. Okazało się potem, że wykonanie tego polecenia nie nastręczało najmniejszych trudności. Nie trzeba dodawać, że czułem się wtedy bardzo dorosły i ważny. (…)Następnego dnia w godzinach rannych wyjechałem do Kowla. Dojechałem na miejsce w godzinach wieczornych zupełnie gładko. Po pół godzinie drogi byłem u siostry w domu. Następnego dnia przed południem zameldowałem się na starym Kowlu pod wskazanym adresem i otrzymałem wiadomość, że do Zasmyk będę mógł dostać się następnego dnia. Zgodnie z umową byłem we właściwym czasie na ulicy Brzeskiej i z przewodnikiem, po godzinie czy trochę więcej, idąc przez Lublatym znalazłem się w Zasmykach. Byłem bardzo ciekawy jak wyglądają polscy partyzanci? Pierwsze straże, które spotkaliśmy nie różniły się niczym specjalnym od innych ludzi, jakich udało mi się kilka razy przypadkowo widzieć. To, co w pobliżu sztabu zobaczyłem, to naprawdę, mówiąc dzisiejszym językiem, była olbrzymia bomba. Proszę sobie wyobrazić, po tylu latach różnych doznań i opinii na temat Polski i jej przyszłości, nagle znalazłem się w innym świecie. Rzecz nie do wiary zobaczyłem polskie mundury, było to przeżycie którego nie sposób opisać. Przystanąłem i chłonąłem oczami ten wytęskniony widok. Dla tego samego warto było ryzykować, by się najeść kawałkiem Polski. Nie dane mi było długo kontemplować, ponieważ mój przewodnik zawołał mnie do jednego z domków, w którym dopełniłem rozprucia mojej kurtki i oddania poczty.

 

Fragment z: Kazimierz Panów „Zdołbunowskie wspomnienia Spowiedź bez konfesjonału ”

Moje wojenne dzieciństwo, Tom 4       Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 2001

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
44
Artykułów:
447
Odsłon artykułów:
2524578

Odwiedza nas 105 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect