Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Dywizja była usytuowana na zapleczu frontu niemiecko - rosyjskiego. Trwała ofensywa wojsk radzieckich. Pierwsze jednostki dotarły już w okolice Łucka i posuwały się w kierunku Kowla, ok. 60 km od naszej bazy. Dowództwo niemieckie wydzieliło specjalne jednostki, w skład których wchodziły też jednostki węgierskie. Miały one za zadanie zlikwidowanie naszej dywizji. Ponieważ do współdziałania z Niemcami włączyły się również ugrupowania UPA, siły te znacznie przewyższały nasze. Styczeń zaczął się początkiem ataków wojsk niemieckich. Do akcji zostały włączone artyleria, czołgi i lotnictwo. To już nie była wojna partyzancka, lecz regularna walka na froncie długości 100 km. Zima zaczęła się mocno dawać we znaki. Intensywne opady śniegu przyhamowały działania UPA i Niemców, ale także i nasze, w tym czasie przechodziliśmy całkowitą reorganizację. Z polecenia dowódcy „Osnowy”, porucznika „Białego”, zaczęto wysyłać łączników do Włodzimierza w celu rozpoznania sytuacji w mieście, które podobno opuściły niemieckie jednostki wojskowe. Ponieważ dwukrotnie byłem łącznikiem, otrzymałem zadanie przeniesienia pism do dowództwa Organizacji Podziemnej we Włodzimierzu oraz odebrania odpowiedzi. Wyruszyliśmy z Bielina. Było nas trzech. W nocy dotarliśmy do Wodzianowa ,wieś położona 5 km od celu. Tam przenocowaliśmy. Rano, jak w poprzednich eskapadach, jako tragarze zboża, wraz z przekupkami idącymi na targ do Włodzimierza przekroczyliśmy posterunek niemiecki bez żadnych kłopotów. Dary dla wartowników też zrobiły swoje. Po dostarczeniu ładunku do miejsca przeznaczenia pozostawiłem kobiety i udałem się do punktu łącznikowego, którym był jak poprzednio dom mojego wujka. Przyjęty zostałem serdecznie. Oddałem listy. Kazano mi czekać na odpowiedź dwa dni. Ciocia ugotowała dla czteroosobowej rodziny wspaniałą grochówkę. Jak się do niej dobrałem, to sam zjadłem wszystko. Ten wyczyn wywołał wśród domowników mnóstwo śmiesznych uwag pod moim adresem. Jedynie Ciotka jak lwica stanęła w mojej obronie. Następnego dnia dotarłem do dziadków. Sprawiłem im wielką radość i niespodziankę. Wujek dał mi ciepłe buty, rękawice oraz ciepłą czapkę z nausznikami, a babcia ciepłą bieliznę. Na noc wróciłem do wujostwa. Rano otrzymałem przesyłkę i polecenie dostarczenia jej do Dowództwa Zgrupowania. Przejście przez punkt kontrolny odbyło się bez problemu: jechałem jako pomocnik doktora do ciężko chorego. Doktor miał odpowiednie dokumenty. Zadanie wykonałem i powróciłem do swojej jednostki.    Parę dni później cały batalion poderwał alarm. Wyruszyliśmy saniami w kierunku Włodzimierza. Była wtedy bardzo paskudna pogoda. Padał gęsty śnieg. Później powiał silny wiatr. Zawieja była tak duża, że sanie musiały jechać bardzo blisko siebie, żeby się nie pogubić. Po drodze wyjaśniło się, że mamy zaatakować Włodzimierz - takie uzgodnienia zapadły między naszym dowództwem, a jednostkami konspiracyjnymi, zgrupowanymi we Włodzimierzu. Chciano wykorzystać słabość znajdujących się tam jednostek niemieckich i ukraińskich. Do przedmieścia Włodzimierza dojechaliśmy w nocy. Postój kolumny miał miejsce w budynku cegielni, w odległości 2 km od centrum miasta. Cegielnia była bardzo blisko koszar. Jednak rano do akcji na Włodzimierz nie doszło. Zmieniono cel ataku. Była nim baza UPA, we wsi Gnojno, 5 km od naszego postoju. Po drodze zdobyliśmy wieś Ludmipol, jednak akcja ta zaalarmowała bazę w Gnojnie. Gdy z marszu zaatakowaliśmy Gnojno, przywitał nas huraganowy ogień ciężkiej broni maszynowej i granatników, rozmieszczonych w dobrze ufortyfikowanych budynkach. Nasze natarcie załamało się. Zalegliśmy na otwartej przestrzeni, pod ciągłym ogniem. Z kolegą schroniliśmy się za zamarzniętą kupą gnoju. Ogień ukraiński nie był zbyt celny. Powodem tego była zadymka. Pod wieczór przejaśniło się. Wtedy kolega był to żołnierz kompanii „Lecha” otrzymał postrzał w nogę z karabinu maszynowego. Ból spowodował chęć ucieczki spod ognia. Jednak druga seria przeszła mu przez pierś. Upadł na mnie. Chciałem wyczołgać się spod zwłok, bo jego krew zalewała mi twarz. Nagle nastąpił wybuch. Straciłem przytomność. Jak długo leżałem, nie wiem. Gdy się ocknąłem było bardzo zimno i ciemno. Byłem przygnieciony poszarpanym ciałem i gnojem zmieszanym z ziemią. Pocisk z granatnika uderzył od strony martwego kolegi. Odłamki ugodziły w zabitego. Jego ciało osłoniło mnie, a ziemia i gnój przykryły nas na tyle skutecznie, że nie zostałem zauważony przez Ukraińców. Byłem żywy i w dodatku cały. Ogłuszony, nic nie słyszałem, nie byłem świadom, co robię. Może to mnie uratowało. Udało mi się wyczołgać spod trupa. Wziąłem swój karabin i ruszyłem w drogę. Mój dobry Anioł Stróż widocznie mnie prowadził w dobrym kierunku. Powoli oddalałem się od atakowanej przez nas wsi, była noc, padał śnieg, wiatr w porywach powodował zamieć. Nogi mi się zapadały. Buty, które dostałem od wujka, znakomicie zdały egzamin. Tak samo ciepła odzież, którą otrzymałem od babci. Najprawdopodobniej one mnie uratowały przed zaziębieniem. Jak długo szedłem nie wiem. Świt zastał mnie na drodze. Nie wiedziałem, dokąd ona prowadzi. Doszedłem do zniszczonej chaty i tam się zatrzymałem. Po kilkunastu minutach zobaczyłem jadące powoli sanie z dwiema osobami. Czekałem z gotowym do strzału karabinem. Gdy sanie się zbliżyły, ujrzałem woźnicę w rogatywce na głowie. Wyszedłem na drogę i zacząłem wołać. Byłem jednak tak słaby, że upadłem w śnieg. Dalej nic już nie słyszałem. Poczułem, że mnie podnoszą. Na mundurach i bluzach nosiliśmy proporczyki godło oddziału „Piotrusia”. Naszym sztandarem był proporzec o nazwie Klin Św. Jerzego. Był to wydłużony trójkąt koloru niebieskiego z obustronnym haftem: z jednej strony był napis „Klin Św. Jerzego”, a z drugiej biały orzeł na czerwonym tle oraz trzy litery: P.O.P, Polski Oddział Partyzancki. Proporzec był poświęcony przez księdza w 1943 r. Na ten sztandar składaliśmy przysięgę. Jak się później dowiedziałem, to właśnie dzięki tym proporczykom zaopiekowało się mną dwóch żołnierzy z oddziału „Bomby”. Jechali do wsi Rzewózki, leżącej niedaleko Dominopola.  Wygląd mój i głuchota spowodowały przekazanie mnie do szpitala polowego. Tam w ciągu trzech dni wróciłem do równowagi i częściowo odzyskałem słuch. Nareszcie mogłem się dogadać i opowiedzieć swoje przeżycia spod Gnojna. Chciałem natychmiast wracać do swoich. Jednak lekarz i dowódca jednostki, kapitan ”Bomba” Władysław Kochański, nie zezwolili na mój wyjazd. Dzień później dowiedziałem się, że zostałem uznany za zaginionego, a następnie za zabitego. Odbyła się msza za poległych, podczas której wymieniono moje nazwisko. Pochowano trzech kolegów. Ja także zostałem formalnie pochowany. Wynikało to z relacji świadków, a zwłaszcza tego, który znalazł broń mojego zabitego kolegi. Fakt uznania mnie za poległego spowodował zmiany w mojej dalszej działalności partyzanckiej.  Wiadomość o uznaniu mnie za poległego spowodowała, że otrzymałem zgodę na oddalenie się z oddziału Bomby. Skorzystałem z transportu łącznikowego, jadącego do Bielina i wyruszyłem w drogę do swojego oddziału. Przejazd trwał dwa dni. Na miejsce dotarliśmy szczęśliwie. Pierwsze kroki skierowałem do ojca. Była radość, były łzy. Było też postanowienie ojca o przeniesieniu mnie do szwadronu. Natychmiast wystąpił z takim raportem do dowództwa. Pomógł mój pogarszający się stan zdrowia. Zachorowałem na zapalenie płuc. Przeżycia, jakich doświadczyłem, załamały mój organizm. Zanim położono mnie do łóżka, poszedłem zobaczyć się z mamą. O moim ocaleniu została uprzedzona przez siostrę sanitariuszkę w szpitalu polowym w Bielinie. Moją wizytę Mama przyjęła bardzo spokojnie. Nic nie wskazywało na przyszłe załamanie psychiczne. Gdy już leżałem w szpitalu, siostra powiedziała mi o apatii, w jaką wpadła mama. Lekarz stwierdził zator psychiczny, który po dwóch tygodniach szczęśliwie ustąpił. Tymczasem wydobrzałem, mogłem pełnić służbę pomocniczą i wartowniczą w szwadronie. Zostałem ułanem w1 plutonie pod dowództwem wachmistrza” Łęka „ Eugeniusza Grycerskiego. Zaczął się nowy rozdział mojego życia i mojej wojaczki. Szwadron 19 Pułku Ułanów pod nowym dowództwem podporucznika „Jarosława” Longina Dąbek - Dębickiego, składał się z trzech plutonów i liczył 150 osób.

Fragment wspomnień autora: WOJENNE LOSY - W szwadronie 19 Pułku Ułanów Wołyńskich- Jerzego Demczuka ps.” Szpak”

Od redakcji; 18 stycznia 1944roku do zgrupowania "Osnowa" dotarła wiadomość o opuszczeniu Włodzimierza Wołyńskiego przez Niemców i koncentracji oddziałów UPA z zamiarem uderzenia na Miasto. W tym czasie przebywało tam wielu Polaków, uciekinierów z okolicznych miejscowości. W tej sytuacji por. Sylwester Brokowski „Bogoria", pełniący obowiązki dowódcy /grupowania „Osnowa", zdecydował się uderzyć na Włodzimierz Wołyński. Do wykonania powyższego zadania wyznaczone zostały oddziały „Piotrusia", „Lecha" i „Jarosława", każdy w sile kompanii. Wieczorem 18 stycznia 1944 roku oddziały wyruszyły w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego i zatrzymały się w odległości około 2 km od koszar przedwojennego 23 pp. W nocy, z niewyjaśnionych powodów „Bogoria" odwołał rozkaz ataku na miasto. Około południa 19 stycznia 1944 roku schwytano jeńców z oddziału UPA, którzy zeznali, że z Gnojna wychodzi właśnie duże zgrupowanie UPA, aby uderzyć na bazę samoobrony polskiej w Bieli-nie. Por. „Bogoria" postanowił uprzedzić atak oddziałów UPA, uderzając niezwłocznie na zgrupowanie UPA w Gnojnie.

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
439
Odsłon artykułów:
2503899

Odwiedza nas 37 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect