Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

W tym roku przypada 70 rocznica powstania na Wołyniu samoobrony polskiej w odpowiedzi na zmasowany atak nacjonalistów ukraińskich na bezbronną ludność cywilną. Policja ukraińska w służbie niemieckiej po wymordowaniu Żydów wołyńskich w następnej kolejności swoje bohaterstwo chciała wykazać na następnej nacji czyli na Polakach. Pierwsze mordy jakie miały miejsce jeszcze w1942 r. we wsi Obórki i Jezierce dokonała z udziałem Niemców . Rok 1943 to okres wzmożonej aktywności podziemia ukraińskiego. Powstające oddziały leśne „bulbowców”, „melnikowców” i „banderowców”  po pierwszych doświadczeniach w nocnym wymordowaniu małych leśnych kolonii polskich zaczęły poczynać sobie coraz bardziej śmiało.

Dezercja blisko 5 tys. policjantów  ze służby niemieckiej w marcu i kwietniu  w poważny sposób wzmocniła te szeregi, głównie banderowców. Szatański plan wymordowania Polaków pojawił się w strategii dochodzenia do samostyjnej Ukrainy właśnie wiosną 1943 r. O ile pojedyncze mordy Polaków można było kłaść na karb porachunków lub zwykłych napadów bandyckich, już wymordowanie całej wsi Parośla 9 lutego 1943r. było wyraźnym sygnałem  o rozpoczęciu akcji unicestwienia całej ludności Polskiej na Wołyniu. Bardzo wielu Polaków żyjących przez lata w zgodzie i przyjaźni z ukraińskimi sąsiadami nie chciało uwierzyć w narastające z dnia na dzień zagrożenie, zapłacili  za to wysoką cenę. Byli jednak i tacy co potrafili właściwie ocenić nowopowstałą sytuację i ratowali nie tylko własne życie ale i wielu innych. Tacy ludzie znaleźli się, między innymi,  w miejscowości Kąty , gmina Szumsk, w powiecie krzemienieckim i o nich są niżej zaprezentowane wspomnienia spisane przez Feliksa Jasińskiego. Rzezie Polaków rozpoczęły się w pierwszych tygodniach 1943 roku na północy Wołynia, w terenach lesistych, w powiatach kostopolskim i sarneńskim. Mordować zaczęli bulbowcy którymi dowodził Borowiec (Taras Bulba- red) Wielki Tydzień 1943 roku banderowcy nazwali „Czerwoną Wielkanocą” i zaplanowali w tym tygodniu wyrżnięcie wszystkich Polaków. Wiedzieli, że Polacy będą gromadzić się w kościołach i przez to będą mieli ułatwioną pracę. My już wiemy o tym, że takie postanowienie o nas zapadło 2 maja w Poczajewie. Jednajże to im się nie udało w całości i mordowali w dalszych tygodniach. Ogółem zginęło na Wołyniu z rąk nacjonalistów ukraińskich około 30% ludności polskiej, przeważnie dzieci i starców.Z północnych stron Wołynia,  dochodziły do nas przerażające wieści. Znany nam ksiądz Baran, były proboszcz w Kątach podobno został przez bulbowców zarżnięty piłą do drewna. Było to w okolicy Włodzimierza. Zaczęliśmy myśleć o obronie i postanowiliśmy bronić się w budynkach: w kościele, w budynku „Kasy Stefczyka”, plebanii i prywatnym murowanym domu. Budynki te tworzyły czworobok i leżały blisko siebie, a więc łatwe były do obrony. Baliśmy się Niemców, policji i nacjonalistów ukraińskich  oraz bandy uchodzącej za partyzantów, osiadłej w naszej okolicy, w Balarni. Niewiadomym było kim byli ci partyzanci. Mówili po ukraińsku, rosyjsku i polsku. Dokuczali wszystkim. Niemcy chcieli ich zniszczyć, ale to im się nie udawało. Ci partyzanci w pierwszej potyczce zabili czterech policjantów ukraińskich. Drugi atak kompani sprzymierzonych Węgrów na partyzantów nie powiódł się. Trzeci atak, który nastąpił w środę popielcową 1943 roku, zakończył się tragicznie dla policji i Niemców. W tym ataku padło kilkudziesięciu policjantów i dwóch Niemców, a rannych było kilkunastu policjantów. Ciała policjantów zabrały ich rodziny i pogrzebały na cmentarzach. Zabitych Niemców przywieźli z błot mieszkańcy Starej Huty, sołtys Józef Kalinowski i Franciszek Jastrzębski. Padłymi SS-manami byli Blesk i Pisch, ci sami co zabijali Żydów w Szumsku. Wśród poległych policjantów byli synowie bogatych popów z Szumska i sąsiedniej wsi Rachmanowa. Ponieważ wszystkie ataki na partyzantów wychodziły ze wsi Stara Huta na rozległe łąki zwane „Błotami”, Ukraińcy skarżyli się przed Niemcami, że Polacy ze Starej Huty, strzelali na nich z boków. Wiosce groziły bardzo srogie represje. Karna ekspedycja żandarmerii nie spaliła wioski, ale zabrała dwudziestu młodych ludzi na roboty do Niemiec. Wiadomym było, że ci partyzanci byli dobrze zorganizowaną bandą rabunkową. We wsi Zielony Dąb w czasie rabunku zabili ojca i syna Łozińskich. W Przymorówce zabili kilkunastu Ukraińców w czasie rabunku. Jeden zbój, partyzant urodzony w naszej okolicy w Litowiszczach, zwany „Zotnik”- Ukrainiec, zabił w swojej wsi Litowiszcze dwóch ludzi młodych za porachunki osobiste. Również w Kątach banda zabiła Ukraińca zwanego „Mykytą” z nieznanego powodu. Trudne było porozumiewanie się pomiędzy naszymi wioskami, bo spotykało się na drogach i ścieżkach zwyczajnych Ukraińców, partyzantów, a nawet oddziały żandarmerii niemieckiej. Ukraińcy z miejsca mordowali przechodzących Polaków. Nie mieliśmy żadnej łączności z Krzemieńcem i Szumskiem. Czasami do Szumka chodziła przez Waśkowce odważna kobieta Helena z Leszczyńskich -Jasińska. Taki stan trwał od mordu Żydów do końca tam naszej bytności. Kąty przygotowywały się do obrony, ale w wielkiej tajemnicy nawet przed swoimi. Pierwszymi, którzy organizowali przygotowania do obrony jeszcze dawniej, ale intensywniej, byli: Stanisław Jasiński, Feliks Jasiński, Edward Wawrzynowski, Władysław Jasiński syn Karola, Jan Jasiński syn Józefa, Roman Kucharski i jeszcze kilku młodych chłopców. Naradzali się, przechowywali i ściągali broń skąd się dało. Prosiliśmy mieszkańców Kamiennej Góry o połączenie się z Katami w celu wspólnej obrony, ale ta wieś odległa od nas 8 km i położona w górzystym i leśnym terenie, miała swoje plany. Mając dużo dobrej broni, przewoziła furmankami do miasta Dubna zboże, droższe rzeczy i inwentarz gospodarski i tam je lokowała. To im się udało. Ofiar mieli mało, tylko dwie osoby zginęły, chociaż droga do Dubna szła częściowo przez lasy. Inne wsie prócz Iserny, Hurb i Kątów broni nie miały. Niektórzy starsi ludzie, odradzali wszczynać jakiekolwiek kroki z bronią, by nie drażnić Ukraińców. O naszych przygotowaniach obronnych do końca 1942 roku, w szczegółach nie wiele ludzi wiedziało. Wyolbrzymiano ilość posiadanej przez nas broni i to było dobre, gdyż banderowcy dlatego bali się nas, a my przystępując do walnej  obrony, mieliśmy tylko 26 karabinów ( w tym trochę starych austriackich), kilka fuzji, kilkanaście rewolwerów i kilka granatów. Wielostrzałowy karabin był tylko jeden, tą bronią obroniliśmy kilka tysięcy ludzi, ale o tym będzie dalej. W Katach sołtysem był starszy człowiek Józef Jasiński. W związku z tak donośnymi wydarzeniami jakie nas czekały, bez ogólnego zebrania, naprędce, wybrano sołtysem 37-letniego Feliksa Jasińskiego. W niedzielę marcową 1943 roku, w czasie nabożeństwa w naszym kościele, drogą ze wsi Sadki, szła rozciągnięta grupa policjantów z bronią i przeszła obok wsi. W połowie marca oddział żandarmerii niemieckiej spędził w Kątach dorosłych mieszkańców na środek wsi. Kazano oddzielnie ustawić się Polakom, a oddzielnie Ukraińcom. Łamaną polszczyzną mowę wygłosił jeden żandarm, nawołując do odstawy produktów rolnych i nie popierania partyzantów i zdezerterowanych policjantów, pod groźbą srogich kar. Do Ukraińców przemawiano po ukraińsku w tym samym tonie. Po rozejściu się, widocznym wyraźnie było, że Ukraińcom nie podobało się to, że Niemcy odróżniają Polaków i że w przyszłości mogą traktować Polaków na równi z nimi. Kilka dni po tym, chłopak – Wacław Giżycki z Kątów będący we wsi Sadki, został zamordowany bez żadnej winy. W tejże wiosce  na wiosnę, miejscowy pop prawosławny, poświęcił broń i noże ( którymi miano budować Samostyjną Ukrainę). Kilka dni po wymarszu policjantów do lasu, dokonano napadu w nocy na wioskę Zabarę znajdującą się za wsią Mosty, należącą do parafii Szumsk. Wymordowano większą część ludności. Reszta ocalała kryjąc się i uciekając. Kilka osób uciekło do Kątów i tu się zatrzymało. Na wieść o tym, Polacy w wioskach odległych od Kątów, nocą chowali się w lasach, a rano powracali do swoich domów. Do tego czasu morderstwa popełniali wieczorami i nocą. Następnym morderstwem było zamordowanie Józefa Rutkowskiego z Antonowieckiego Majdanu. Wyprowadzono go na szczyt góry zwanej „Trójcą” i tam niedaleko małej cerkiewki – kapliczki osiemnastu uderzeniami noża zabito. Następnie w tejże wsi zginęło dalszych 10 osób, w tym rodzina Witkowskiego. Antonowiecką Hutę napadnięto rano i wyrżnięto 38 osób w tym liczną rodzinę Sokulskich- 11 osób, rodzinę Choinów-7 osób. Były to straszne mordy, obok siebie leżeli porżnięci dziadkowie, rodzice i ich dzieci, trzy pokolenia. W tej, w lesie położonej Hucie mieszkali ludzie dobrzy, uczynni, żyjący w zgodzie z biedniejszymi Antonowieckimi Ukraińcami. Czyż ci ludzie mogli się spodziewać od swych sąsiadów takiej strasznej śmierci? Czemuż nie znalazł się nikt w Antonowcach, który by ostrzegł dobrych sąsiadów przed niebezpieczeństwem. Mogli uciec do Kątów lub Krzemieńca. To co się działo na terenie województwa wołyńskiego przedwojennej Polski, nie rzuca najmniejszego cienia na naród ukraiński, żyjący poza granicą polsko- radziecką z 1939 roku. Na tej granicy kończyły się bowiem ekscesy niesławnej pamięci UPA, dalej na wschód ta organizacja nie miała posłuchu wśród ludności Ukrainy. Zanim zacznę opisywać dalsze straszne wypadki, jakie nastąpiły w 1943 roku w naszej okolicy, koniecznie trzeba sprostować niezgodny z prawdą opis tych wydarzeń, które opisał Kazimierz Banach w wydanej w 1968 roku książce pod tytułem „Z Dziejów BCH”. Na 239 i 240 stronach tej książki napisano, że obronę wsi Kąty przed UPA zorganizowała „Straż Chłopska” pod kierunkiem Adama Kurzeja. Otóż jest faktem, ze w tym czasie o „Straży Chłopskiej” nic w Katach nie wiedziano i nie słyszano. Napadu na Kąty dokonano 4 maja 1943 roku, a nie w kwietniu 1942 roku. Jest tam wyraźnie napisane, że obroną kierował Jan Kucharzewski. O tym przywódcy i człowieku w Katach i okolicy nikt nie słyszał i takiego nazwiska u nas nie było i nie było nam znane. Błędnie też napisano, że wieś Załuże należała do gminy Szumsk i w tej wiosce nie było organizacji „Straży Chłopskiej” i żadnej organizacji obrony. W czasie żniw 1943 roku zginęło tam w biały dzień 27 osób. Antonowieckie i sąsiednie lasy, były poligonem ćwiczebnym kilku tysięcy banderowców z UPA-R (rewolucyjna frakcja Bandery-red). Zamordowali oni we wsi Moczary 16 osób, w Storzeckim Hucisku 3 osoby. Wioski te leżały w pobliżu Krzemieńca. Od strony północno zachodniej od Antonowiec, pod Dubnem, zmasakrowali wieś Kiryłówkę i Daniłówkę. Krzemienieccy Polacy w mieście byli słabo zorganizowani, bo silny nadzór niemiecki trzymał ich na uwięzi. Począwszy od lutego 1943 roku mieszkańcy Kątów i bliskich wiosek, po południu przychodzili do budynków przeznaczonych do obrony i tam przebywali aż do rana. Pogotowie obronne stale czuwało. Później zaczęli przychodzić całymi rodzinami z dalszych wiosek: z Mostów, Pikulskiego, Drygan i Piaseczna. Część ludności rano wracała do domów. Dni były bezpieczniejsze. Budynki przystosowano do obrony. W kościele okna zabito deskami, które miały chronić przed granatami, a na wieży siedzieli strzelcy z karabinami. Kościół był jednopoziomowy, ale budynek „Kasy” był piętrowy i tu mieściło się najwięcej osób. Codziennie przybywało ludzi. W „Kasie” powstał przykry zaduch, więc musiano w suficie powycinać otwory, aż do strychu i to oczyściło powietrze. Miejsce na odchody też wykopano. Piwniczne i parterowe okna i drzwi zabezpieczono od kul i granatów workami z piaskiem. Plebanię i prywatny dom też zabezpieczono. W budynku „Kasy”, na piętrze ustawiono duża sikawkę strażacką z zapasem wody. Wszystko to robiono z pomysłów pierwszych organizatorów obrony. Oni też zarządzali. Ażeby wszyscy mężczyźni nie mający broni, osadzili kosy na sztorc na kosiskach, a z braku kosy, z widłami przychodzili do budynków obrony. Kosynierzy mogli skutecznie bronić przed wdarciem się do wewnątrz budynków. Później przyszedł zbawienny pomysł, aby sąsiedni budynek bronił dostępu do swego sąsiada z dwóch lub trzech stron-boków, przez ostrzeliwanie tych stron. Z pozostałych stron budynek miał się bronić sam. W czasie napadu ten sposób obrony okazał się dobry. Pomysł i zastosowanie należy przypisać Stanisławowi Jasińskiemu, byłemu kapralowi z wojska, który nie był ani wybrany ani ogłaszany, ale uważany przez wszystkich za wojskowego dowódcę obrony. Starszych rangą wojskowych nie było wśród nas. W krytycznym momencie schroniło się u nas dwóch podoficerów rezerwy, ale oni nie odegrali żadnej roli organizacyjnej, ani dowódczej. Partyzanci z Balarni chcieli się wciągnąć pomiędzy nas, interesowali się sposobem obrony, jaki stosujemy, chcieli poznać organizatorów, i jaką i ile mieliśmy broni. Nie dopuszczaliśmy ich i nie informowaliśmy, wyczuwaliśmy niebezpieczeństwo z ich strony. Pewnego dnia, dwóch biegnących partyzantów, dogonił trzeci z karabinem i na podwórzu Marcelego Jasińskiego zastrzelił obu. Powód tego zabójstwa był nam nie znany. Zbliżały się Święta Wielkanocne, które wypadały w tym roku 25 kwietnia, w dzień Świętego Marka, a Zwiastowanie NMP wystąpiło 25 marca. Proboszcz – ksiądz Janowski, mówił o przepowiedni, że w związku ze zbiegiem tych świąt w tych dniach, wróżba mówi: „Bieda człowieku tobie się stanie, kiedy na Święty Marka Zmartwychwstanie”. Była to straszna przepowiednia, która się sprawdziła szczególnie dla nas. Wieś Mosty położona wśród skalistych wzgórz i wertepów, trudnodostępna, przeżyła napad banderowców przed Świętem Wielkanocnym. Zginęło 11 osób, przeważnie starych ludzi. Część ludności schroniła się w Kątach, a około 35 osób z małymi dziećmi przechowywało się jeszcze kilka dni na miejscu. Nastąpił drugi napad na Mosty, zginęły trzy osoby. Zaraz po drugim napadzie, ocaleni zamyślili uciekać do miasta Krzemieńca, prostą drogą obok wymordowanej Antonowieckiej Huty, przez wieś Stożek. W środku wsi Stożek stoi wysoka góra, swym kształtem podobna do olbrzymiego stogu siana. U stóp tej góry, tylko od strony południowej, jest niewielkie wzniesienie, a z trzech pozostałych stron jest równina pokryta lasem. Były tam dwie drogi omijające górę, ale za górą schodzące się w jedną. Z Mostów ruszyły trzy furmanki, na których usadowili się ludzie starzy i dzieci. Młodzi szli piechotą. Przed Stożkiem spotkali samochód z pięcioma Niemcami i znajomym gajowym. Jadący proponowali, ażeby uciekinierzy zaczekali na nich, a oni powracając przeprowadzą ich przez wieś Stożek. Czekanie w tej okolicy było niebezpieczne, więc ruszyli dalej. Furmanki pojechały południową drogą, a piesi omijali górę drogą północną. Gdy furmanki wjechały na wieś, Ukraińcy otworzyli ogień z karabinów, następnie podeszli do wozów, jeszcze żywym dali łopaty, by kopali doły. Do wykopanych dołów wrzucali martwych i rannych, a zdrowych wpędzali też do dołów. Ale coś się stało. Bandyci zniknęli. Zdrowi i ranni wyszli z dołu. Przyczyną zniknięcia bandytów było to, że żandarmi powracając zostali ostrzelani, a mając nadajnik radiowy zawiadomili swą komendę w Krzemieńcu. Oddział żandarmerii z Krzemieńca natychmiast wyruszył samochodem do Stożka, na ratunek dla napadniętych. Ale było już za późno. Banderowcy zastrzelili Niemców i gajowego. Żandarmi zaczęli palić wieś Stożek i strzelać do wszystkich kogo znaleźli. W ten sposób zmuszono bandytów do ucieczki. Ci, którzy szli prawą drogą, wszyscy ocaleli. Kilka osób będących już w dole też ocalało. Za pomocą Niemców dobrnęli do Krzemieńca. Rozpacz matek i ojców, których dzieci zostały zabite, nie miała granic. Listowscy Weronika i Wojciech stracili dwoje dzieci i matkę. Z tych, którzy jechali, zginęły 22 osoby, przeważnie dzieci. O tym mordzie w Katach wtedy nic nie wiedziano. Słaba łączność była pomiędzy naszymi wioskami. Ukraińcy czaili się na drogach i ścieżkach, nadchodzące wieści były wyolbrzymiane. W odległości trzech kilometrów od środka wsi Kąty, za niewielki lasem, na polu zwanym Dąbrową, mieszkał Józef Jasiński z żonatym synem Albinem. Budynki w tym gospodarstwie, jak większość w całej okolicy, były drewniane. Dnia 30 kwietnia 1943 roku, w biały dzień banda banderowców opanowała zamieszkałą Dąbrowę. Siłą spędziła ludzi pracujących na polach oraz mieszkańców Polaków z Dąbrowy Waśkowieckiej do domu Jasińskiego i dom ten podpaliła. Spaliły się 23 osoby, w tym dwanaścioro  małych dzieci. Rodzina Łopuszańskich zginęła tam z czworgiem małych dzieci. Wszyscy, którzy tam zginęli, byli nam znani, prócz jednej dziewczynki, której imienia i skąd pochodziła nie udało się ustalić. Spaliły się wszystkie budynki. Ludzka wyobraźnia nie jest w stanie przedstawić sobie tej straszliwej rozpaczy i bólu matek na widok palących się ich dzieci wraz z nimi. Potworny mord matko-dzieciobójstwa wołał o pomstę do Boga. Cóż te dzieci i ci ludzie zrobili złego, tym strasznym ludziom – bandytom. Co oni mogli zrobić złego tej budowanej przez nich samostyjnej Ukrainie – dzieci Łopuszańskich, Adaszyńskich, Kucharskich i Jasińskich. W niedzielę 2 maja trzy furmanki z Kątów i kilkunastu uzbrojonych mężczyzn pojechało na pogorzelisko. Obraz był straszny. Nic więcej nie było, tylko popalone kości i popiół. Kości ludzkie były, malutkie, a dziecięce maluteńkie. Kości zebrano do niedużych skrzynek i wieziono obok kościoła na cmentarz. Przy kościele czekało kilka tysięcy ludzi, a pomiędzy nimi dziadkowie Łopuszańskich, żona i matka Kucharskich i rodzina Oborskich. Był to straszny obraz rozpaczy i płaczu. Nie chcieliśmy dopuścić do histerii, padła komenda: „Naprzód na cmentarz”. Furmanki odjechały. W jednym grobie pochowano wszystkie kości. W niedzielę, 2 maja, gdy my grzebaliśmy kości po spalonych, prowodyrzy band UPA- R i podobnych organizacji ukraińskich z Wołynia i Galicji, zebrali się gremialnie w Ławrze Poczajowskiej, znanej nam z rusyfikacji Polaków za caratu, by omówić i postanowić, jak groźniej, gdzie i kiedy dokonać pogromu i rzezi Polaków. Bo jak już nam wiadomo, Żydów zgładzono, więc trzeba było znaleźć nowe ofiary. Z zapadłych tam ustaleń wiemy, że postanowiono znieść Kąty z powierzchni ziemi. Po błogosławieństwie popów, prowodyrzy powracali do swoich mołojców, by przygotować ich na jeden z największych napadów na Wołyniu. Cała nasza okolica siedziała cicho. Wypadów żadnych nie robiono. Bano się tej siły, jaką mieli banderowcy w ludziach i broni. Były to tysiące mołojców obozujących na granicy naszej okolicy, a cóż dopiero mówić o olbrzymich wsiach ukraińskich: Dermaniu, Moszczenicy, Światym, leżących na północ od nas. Pomimo ciasnoty w budynkach, staraliśmy się skupić jak najwięcej ludności w naszym czworoboku obronnym. Było to trochę ryzykowne, bo w razie załamania się naszej obrony, mogła stać się rzecz straszna. Jednakże wierzyliśmy w nasze ocalenie. Ukraińcy armat nie mieli. Młodzi chłopcy czyścili broń i przygotowywali stanowiska obronne. Stany depresyjne i rozpaczliwe kobiet i starców uspakajano pokazywaniem broni i przekonywano o skuteczności zamierzonej obrony. Kosynierów w liczbie około 250 osób z kosami na sztorc i widłami rozstawiano nocą przed linią obrony, ze wszystkich czterech stron na zmianę. Do każdej grupy kosynierów dodawano jednego strzelca z karabinem Rozkazano by w razie ataku, strzelec strzelał, a wszyscy cofali się do budynków. Cenniejsze rzeczy ludność zakopywała w ziemi. Wozy i maszyny rolnicze trzymano z dala od budynków, bojąc się spalenia wraz z budynkami. Większość rolników konie i krowy wypuszczała na łąki. Wiosna stawała się cieplejsza, ale na drzewach i krzewach liści jeszcze nie było, chociaż żyta ozime były już wysokie. W każdej społeczności są ludzie stateczni, ale są też mędrcy, którzy postępują odmiennie, inaczej niż wszyscy. Byli u nas tacy, którzy mieli broń, ale nie zgłaszali jej i nie stawali do wspólnej obrony, chociaż swoje rodziny lokowali w pasie obrony, a sami z bronią chowali się w pojedynkę w lesie. Niektórzy nie dowierzali zorganizowanej obronie i chowali się w krzakach na łąkach. Starsi stawiali sobie pytanie: Za co mnie mają zabić, co ja im złego zrobiłem? To sprawiało, że nie należycie się kryli i tych najwięcej ginęło. Wieś Kąty była zbudowana w formie podkowy, otwarta strona wychodziła na mokre łąki i tamtędy przebiegała droga do Starej Huty. Półtorej godziny przed napadem, partyzancka banda konno i wozami przejechała przez wieś Starą Hutę na południową stronę i stanęła między łąkami.     O godzinie 23,20 we wtorek 4-go maja 1943 roku usłyszeliśmy strzały karabinowe naszych straży i zobaczyliśmy błyski kolorowych rakiet napastników. Kosynierzy cofnęli się do budynków. Widzieli napastników atakujących wieś. Wybuchły pożary, kule przelatywały i uderzały w obronne budynki. Strzały się wzmogły, kule gwizdały i biły w dach kościoła i „Kasy”. Odpowiedziano im strzałami z wieży kościoła i z balkonu „Kasy”. Kule coraz częściej padały na nasze budynki obronne i dziurawiły blaszane pokrycie dachów. Widzieliśmy dużo kul zapalających, ale one nie zapalały naszych dachów, gdyż belki i więźba dachowa w tych budynkach były oblepione gliną i często zwilżane. Bitwa trwała. Najgroźniej brzmiał nasz karabin dziesięciostrzałowy, osadzony na balkonie „Kasy” i zabezpieczony workami z piaskiem. W czasie bitwy, łączności pomiędzy budynkami  nie było. Tak się szczęśliwie złożyło, że bandyci nie atakowali nas od strony południowej. Tam było najmniej otworów okiennych i największe niebezpieczeństwo trafień. Atak posuwał się bliżej od strony zachodniej i północnej. Napastnicy kryli za ścianami budynków i strzelali. Rabowali co się dało w opuszczonych domach i stopniowo podpalali je. Ogień posuwał się z dwóch stron do środka wsi. Ze strychów w w budynkach widziało się morze ognia. Paliło się około 500 zabudowań z ogólnej ilości około 620. Paliły się Kątki (ulice), Łag, Zarzeczka, Środek, Iserniańska. Jedynie Kątek Stachury i część budynków na futorach ocalały. Ocalało też kilkanaście domów z zasięgu obrony. Bojąc się naszego krzyżowego ognia, broniącego boki innych budynków, bandyci nie mogli dojść zbyt blisko i rzucać granatami. Bitwa trwała do godziny 3,30. Po tym czasie zorientowaliśmy się, że oni nas nie zdobędą. Raptem wszystko ucichło. Cofający się bandyci w stronę Suraża i Sadek palili domy na futorach. Ponad dwa tysiące ludzi odetchnęło. Zrobił się jasny dzień, napastników nie było. Ludzie wyszli z ukrycia i rozbiegli się patrzeć na pogorzeliska. Swąd dopalających się koni, krów, świń był bardzo silny. Konie i krowy z popalonymi  bokami latały jak szalone, popieczone ryczały, rżały i kwiczały, wzywając ludzkiej pomocy, ale ratunku nie było. Zaczęli nadchodzić ludzie, którzy przesiedzieli tę noc na łąkach i bagnach w krzakach. Niektórzy nawet leżeli w wodzie przez całą noc, bojąc się by ich nie dostrzeżono w blasku ognia. W obrębie obrony nikt nie zginął, a z tych którzy chowali się poza obrębem zginęło 18 osób. W mieszkaniu A. Kucharskiego zamordowano 4 osoby, w tym niemowlę. Zginęły staruszki Tomaszewskie, trzech młodych mężczyzn z Pikulskiego, którzy chowali się w budynkach ukraińskich. Byli to bracia Zielińscy zabici bagnetami. Resztę zamordowano nożami i bagnetami. Sparaliżowanego staruszka Holca wyciągnięto z domu i zabito. Zaczęliśmy się zastanawiać. Napad odparto, ale co dalej? Ponad połowę amunicji wystrzelano. Czy uda się odeprzeć następny napad, może silniejszy, a potem trzeci i czy dwa tysiące ludzi ma zginąć? Na jakąkolwiek pomoc nie mogliśmy liczyć, bo jej w pobliżu nie było. Jeżeli Kąty pozostaną na miejscu, to ci z niezorganizowanych wiosek, kryjących się w różnych wertepach, też będą siedzieli na miejscu i wyginą wszyscy. Po krótkiej naradzie rzucono hasło: „Zostawić wszystko, uciekać do Krzemieńca”. Najbliższa droga była przez Iłowicę, obok Antonowiec  i przez Stożek, ale tamtędy było niebezpiecznie. Postanowiono iść okrężną drogą, przez Szumsk i dalej szosą do Krzemieńca. Wyciągnięto zakopane lżejsze rzeczy, jak ubrania i wiązano w węzełki do niesienia. Niektórzy łapali konie na łąkach i zakładali do ocalałych wozów. Na wozach sadzano dzieci i kaleki. Łuna olbrzymiego pożaru, zaniepokoiła żandarmów niemieckich w Szumsku. Przyjechali zobaczyli, pogadali z sołtysem i odjechali. W godzinach popołudniowych uformował się pochód z około 2500 ludzi, przeważnie pieszych i ruszył do Szumska. Chłopcy szli na przedzie z karabinami, a wielu mężczyzn z kosami na sztorc. Wychodząc z wioski widziało się tabun koni i mnóstwo bydła, spędzonego tu z okolicy i pasącego się na łąkach. W Szumsku miejscowi Polacy mieli trochę broni, plus nasze karabiny więc bezpiecznie przenocowaliśmy. Nazajutrz rano ruszono w trzydziestokilometrową drogę, szosą do Krzemieńca. Banderowcy nie spodziewając się takiego obrotu sprawy, że Kąty opuszczą miejsce zamieszkania i Szumsk, nie przygotowali na naszej drodze żadnych zasadzek i marsz odbył się spokojnie. Kilkanaście osób, starych i chorowitych pozostało w Szumsku. Wchodząc do miasta Krzemieńca, zostaliśmy powitani przez dużą grupę Polaków mieszczan, którzy widzieli w nas bohaterów i w słowach i gestach wyrażali nam uznanie. Opuściliśmy plac boju ale nie daliśmy się zgnieść i wymordować. (…)

 

W czasie naszego wymarszu w Szumsku pozostało a po kilku dniach wróciło do Kątów dwóch starców i dwóch chorowitych mężczyzn. Wkrótce wszystkich banderowcy pomordowali na ich własnych podwórkach- pogorzeliskach. W naszej okolicy byli nieliczni wyznawcy sekty „Świadkowie  Jechowy”, którzy myśleli, że ich nie ruszą. Również wszyscy w liczbie 16 osób zostali zamordowani, a były to rodziny z przewagą dzieci.

Zaprezentowany fragment  pochodzi z: opracowania pt. : „Kronika Losy Polaków Parafii Kąty Powiatu Krzemienieckiego, Województwa Wołyńskiego W latach 1939-1945”  autorstwa:  Feliksa Jasińskiego

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
44
Artykułów:
444
Odsłon artykułów:
2512446

Odwiedza nas 110 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect