Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Działania zbrojne coraz bardziej nasilały się w rejonie Kowla, do którego zbliżały się oddziały sowieckie Frontu Ukraińskiego pod dowództwem marszałka Rokossowskiego. Nasz rejon Włodzimierski miał chwilę oddechu. Szwadron pełnił funkcję ochrony sztabu Zgrupowania, rozpoznania i kurierską. Jednym z oddziałów, którego przemarsz z naszej bazy do bazy zgrupowania Gromada we wsi Osa pod Kowlem ochranialiśmy, była Kompania Warszawska, późniejsza kompania saperów naszej Dywizji. Jej trzon osobowy stanowiła młodzież studencka. Dowodzili nią oficerowie zawodowi. Doświadczona w walce, dobrze uzbrojona, natychmiast po wejściu na nasz teren wzięła udział w zwycięskim boju w rejonie Uściługa z żandarmerią niemiecką i własowcami (były to oddziały, stworzone przez Niemców z wziętych do niewoli żołnierzy sowieckich). Po latach, podczas uroczystości weselnych mojego syna, spotkałem członka tej Kompanii. Był to nieżyjący wujek żony mojego syna Kazimierz Julien, zamieszkały w Warszawie, były członek pocztu sztandarowego. W trakcie wspólnej kolacji rozpoznał mojego Ojca. Przy przeprowadzeniu tej Kompanii nie mieliśmy żadnych trudności. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, którzy zasłynęli dwukrotną budową mostu na rzece Turii. Druga budowa odbywała się pod silnym ostrzałem artylerii niemieckiej oraz broni maszynowej. Przez ten most przeszły oddziały regularnej armii Frontu Ukraińskiego - 54 i 56 Pułk Gwardii. Zasługą Kompanii była także budowa kładki przez rzekę Prypeć pod huraganowym ogniem Niemców i Sowietów. Po powrocie do Bielina czekało na nas następne zadanie - przejście przez linię frontu i dotarcie do Sztabu Armii Frontu Ukraińskiego. Odbyło się to w dniach 20 - 21 marca. Celem tej akcji było ubezpieczenie osoby Szefa Sztabu naszej Dywizji, majora „Żegoty”, który przekazał stronie sowieckiej informacje o działaniach jednostek niemieckich, ich liczebnym wzroście, a także o nasileniu działań lotniczych. Najważniejszym celem tej wizyty było ustalenie wspólnych działań naszej Dywizji, partyzanckich jednostek sowieckich oraz regularnych jednostek Armii Sowieckiej 54 i 56 Pułków Kawalerii Gwardii. Przejście przez linię frontu zabezpieczali Sowieci. Sowieci podziwiali prezencję Szwadronu, jego wyszkolenie, i uzbrojenie. Podobno wstępne ustalenia przebiegły pomyślnie, a Sowieci przekazali nam sporą ilość amunicji. Powrót również był udany. Najgorsza była pogoda. Zaczął padać deszcz ze śniegiem, co przy dużym wietrze i mrozie powodowało zamarzanie naszych ubrań i szybkie zmęczenie a do przejechania mieliśmy ponad 60 km. Jednak przejechaliśmy szczęśliwie, bez żadnych utarczek, ale bardzo zmęczeni i zmarznięci. Do Bielina dotarliśmy późno w nocy. Radość sprawiła nam czekająca na nas drużyna gospodarcza pod dowództwem mojej mamy, podająca nam gorący rosół jeszcze, kiedy siedzieliśmy w siodłach. Mój Icek latał jak w ukropie nosząc manierki z gorącym rosołem. Wszyscy też chcieli wiedzieć, co, jak, kto nas przyjął, co nam dali do jedzenia. Nastąpiło oficjalne powitanie Szwadronu przez nowego dowódcę, kapitana „Gardę” Kazimierza Rzaniaka i sztab (poprzedni dowódca został zdjęty za niefortunne decyzje). Ojciec popisał się paradą szwadronu oraz swoim finezyjnym władaniem szablą przy wydawaniu komend i salutowaniu. Po nakarmieniu i oporządzeniu koni poszliśmy spać. Obudziłem się z wysoką gorączką. Jakoś wypadki i choroby dopadały mnie trochę za często. Znalazłem się znowu w szpitalu. Obłożono mnie bańkami. Siostra, brat i Matka byli częstymi gośćmi przy moim łóżku. Powoli dochodziłem do zdrowia. Szwadron nie chorował, ale odpoczywał. Na przedpolach Włodzimierza rozegrała się bitwa. Ze strony niemieckiej atakowały moździerzami i bronią maszynową dwie kompanie. Niemcom towarzyszyły dwie kompanie węgierskie, które miały za zadanie ubezpieczanie Niemców. Scenariusz obrony przyjęty przez nasze oddziały był podobny do scenariusza z poprzedniej bitwy pod Włodzimierzem kontratak. Jednak siły niemieckie były większe i miały doświadczenie z poprzedniej porażki. Użyto również samochodów pancernych. I znowu dzięki szarży szwadronu, później spieszeniu i zaatakowaniu formacji niemieckich od tyłu rozbito ten atak. Niemcy zaczęli chaotycznie ostrzeliwać z granatników domniemane stanowiska naszych ułanów, nie wiedząc o tym, że na to ostrzeliwane miejsce wjechały ich samochody pancerne. To zdarzenie było bardzo korzystne dla naszych oddziałów. Broń pancerna pod gradem własnych pocisków musiała być wycofana, a piechota niemiecka musiała uciekać, pozostawiając na polu 32 zabitych. Węgrzy zaczęli atakować, lecz po pewnym czasie również się wycofali, nie mieli, kogo osłaniać, a sami nie chcieli prowadzić ataku. Zwolnili wziętych do niewoli naszych żołnierzy i oddali im broń. Bój pod Kapitułką, oprócz zwycięstwa przyniósł naszym oddziałom duże ofiary 7 zabitych i 5 rannych. Jedną z ofiar był nasz dowódca szwadronu, porucznik „Jarosław”, ciężko ranny w szarży. Rana była poważna, wykluczyła go z dowodzenia i walki. Dowództwo przejął chorąży „Ryś” - mój Ojciec. Tak oto tragicznie zakończyła się kariera porucznika Longina Dąbek - Dębickiego w naszym szwadronie, została po nim tylko nazwa szwadronu „ Jarosława”. Jego pseudonim przypisano do naszego szwadronu, mimo, że dowodził niecałe dwa miesiące. Było mi przykro, że szwadron, którego twórcą był i którym dowodził do chwili rozwiązania mój Ojciec, nie nosił nazwy „Rysia”. Ale wtedy nazwy nadawano w 27 Dywizji od pseudonimów oficerów, a nie podoficerów i chorążych. Moje późniejsze próby zmiany nazwy szwadronu nie przyniosły rezultatu. Kuracja przebiegała pomyślnie. W ciągu tygodnia wypisano mnie ze szpitala. Pełniłem czynności pomocnicze w kancelarii Dowódcy Zgrupowania, następnie zostałem szwadronu. przeniesiony do służby wartowniczej. Ze względu na stan zdrowia nie brałem udziału w działaniach Nowym sukcesem naszych oddziałów było wzięcie do niewoli plutonu niemieckiego wraz z dowódcą. Pluton liczył 72 żołnierzy. Miałem przyjemność pełnić wartę przy stodole, w której przebywali. Było wielką satysfakcją widzieć tych butnych Szwabów pokornych jak baranki. Pluton został we Włodzimierzu wymieniony na 450 polskich więźniów, złapanych na ulicach przez patrole SS.  Więźniowie byli torturowani w celu uzyskania informacji, kto pomaga bandytom (tak Niemcy nazywali naszą Dywizję). Człowiekiem, który doprowadził do tej wymiany, był proboszcz Kościoła Farnego, ksiądz Infułat Stanisław Kobyłecki. Mój proboszcz u niego służyłem do mszy, był naszym spowiednikiem, należeliśmy do jego parafii. Jego credo pomoc dla potrzebujących. Wszystko, co miał, oddawał głodującym i ubogim. Ta maksyma najwyraźniej nie podobała się niektórym hierarchom kościelnym. Mimo wykształcenia, mimo ofiarnej pracy w Kurii Biskupiej w Olsztynie jako Kanclerz nie awansował wyżej. Zmarł w 1987 roku w Rychnowie. Jego inicjatywa wymiany jeńców na niewolników była bardzo niebezpieczna - biorąc pod uwagę porażki, jakie Niemcy ponosili mimo przewagi w ludziach, technice i uzbrojeniu. Jednak ksiądz Kobyłecki przekonał naszych dowódców, a także Komendę Niemiecką Garnizonu Włodzimierza, nawet tych z SS. Doszło do ugody. Nasz szwadron konwojował ten pluton do samego Włodzimierza, gdzie został przekazany żandarmerii niemieckiej, z honorami wojskowymi z obu stron. Dowódca szwadronu (Ojciec) przekazał raport stanu osobowego plutonu, a major niemiecki pismo dziękczynne Dowódcy Garnizonu Włodzimierza. Więźniów we Włodzimierzu zwolniono.Pod koniec marca, zgodnie z porozumieniem ze stroną sowiecką, nastąpiło przemieszczenie oddziałów „Gromady” bliżej Włodzimierza. Opuszczone tereny zajęły formacje partyzantki sowieckiej i formacje 16 Dywizji Gwardii.  Jednym z dowódców sowieckich, który bardzo dużo pomagał naszej Dywizji, był zastępca dowódcy 16 Dywizji Gwardii, pułkownik Kobylański. Przystojny mężczyzna, doński Kozak w pięknym burnusie (czarnej filcowej pelerynie).Maskotką jego i całej dywizji była jego córka. Miała 12 lat i była ciągle z nim. Matka, która była lekarzem w tej dywizji, zginęła podczas nalotu. Pułkownik polubił mojego Ojca, z którym spotkał się kilkakrotnie. Podziwiał całą naszą rodzinę, która jak mówił poświęciła się dla wyzwolenia Ojczyzny. Nie bacząc na niebezpieczeństwo, brud, wszy, głód i śmierć. Był lubiany przez swoich żołnierzy i darzony szacunkiem przez naszych. To on dla lepszej współpracy wysłał telegrafistów do dowództw naszych zgrupowań. Polecił przekazać naszym oddziałom broń niemiecką, zdobytą przez jego pułki. Dobry człowiek i dobry dowódca. A zginął od jednej serii niemieckiej razem ze swoją córką, którą wiózł przed sobą na koniu. Skoncentrowanie naszych oddziałów na mniejszym terenie było skutkiem coraz cięższych i częstszych ataków niemieckich, mających na celu oczyszczenie tyłów swojej linii frontu. Niemcy używali przeciw nam, partyzantce sowieckiej i jednostkom wojskowym Armii Sowieckiej coraz potężniejszych formacji zbrojnych, wyposażonych w ciężką artylerię, broń pancerną i lotnictwo. Samoloty niemieckie bez przerwy zaczęły obrzucać nasze stanowiska bombami i ostrzeliwać je. Artyleria dalekosiężna systematycznie, z niemiecką precyzją, ostrzeliwała wioski, zajmowane przez nasze oddziały. Oddziały niemieckie coraz szczelniej zamykały pierścień okrążenia. Należy w tym miejscu podkreślić, że oddziały węgierskie sprzyjały naszym działaniom. Jak tylko mogły, unikały walki, a także często pomagały lub osłaniały w dalszej walce nasze szpitale. Kontakt z Węgrami naszych łączników owocował dostawami broni, a szczególnie amunicji zwłaszcza w ostatniej fazie walk, gdy nasze oddziały przebijały się przez front i rzekę Bug. Pomoc ta była nieoceniona, szczególnie dla pojedynczych rozproszonych oddziałów. Z chwilą rozpoczęcia akcji oczyszczającej i działań jednostek partyzantki sowieckiej, jednostki UPA mające swoje bazy na terenie Wołynia zdemobilizowały się lub uciekły na południe, w rejony Małopolski. Szwadron nasz został w tym czasie odkomenderowany do dyspozycji dowódcy Zgrupowania, kapitana „Gardy”. Otrzymał zadanie pomocy i ubezpieczenia przenoszonego do miejscowości Torówki szpitala dywizyjnego. Nasz pluton wykonywał zadanie pomocnicze, łącznościowe. Byłem w drużynie kurierskiej. Bez względu na porę dnia i pogodę oraz stan zagrożenia przewoziliśmy meldunki do poszczególnych kompanii i batalionów od dowódcy zgrupowania naszego i innych. Takie samo zadanie miał w tym czasie drugi szwadron 21 Pułku Ułanów, podlegający dowódcy „Gromady”. Pogoda tymczasem stawała się coraz bardziej przykra. Zaczęła się wiosna: na zmianę śnieg i deszcz, słońce i zamiecie. Coraz trudniej było się poruszać po terenie, szczególnie grzęznącymi w błocie wozami. My na koniach jakoś dawaliśmy sobie radę. Ja nadal odczuwałem objawy chorobowe, ale nie meldowałem o tym dowódcy. Jednak kaszel nasilał się. Gorączka również. Obecnie powiedziano by nawrót grypy. Ale wtedy, kto tak myślał. Leczyliśmy się sami. Niedospani, zmęczeni, niedojedzeni, niedomyci, zawszeni. Wszy były wszędzie, w każdej kwaterze i w każdej stodole. To wszystko odbijało się na naszym zdrowiu. Nie było czasu, by odpocząć, wykąpać się, dokonać odwszenia. Nie było lekarstw. Pomagaliśmy sobie wzajemnie, nacierając się samogonem, którego nie brakowało, nad jego produkcją czuwała nasza drużyna gospodarcza.

Fragment wspomnień :  Jerzego Demczuka  ps. „Szpak” : „WOJENNE LOSY ”

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
439
Odsłon artykułów:
2447117

Odwiedza nas 91 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect