Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

W kwietniu rozpoczęła się ofensywa niemiecka na nasze oddziały. Naloty przynosiły duże straty głównie w sprzęcie, tabor, konie, budynki. Dowództwo wydało rozkaz stworzenia obrony przeciwlotniczej. Nasza trójka zbudowała kołowrót. Był to słup, na którym poziomo zamocowaliśmy obracające się koło. Na kole zamontowaliśmy nasz ręczny karabin maszynowy. Można było z niego strzelać w każdym kierunku. Nasz pomysł podchwycili inni. Otrzymaliśmy pochwałę w rozkazie dziennym dowódcy. Efekt całej naszej obrony był taki, że samoloty latające nad samymi naszymi głowami ostrzeliwując i zrzucając bomby, z obawy, a może z powodu skuteczności ognia naszej obrony, zaczęły latać o wiele wyżej. Celność ich ognia i bombardowania znacznie spadła. Naloty były jednak coraz częstsze i dokuczliwsze. 5 kwietnia nalot spowodował duży pożar w naszych kwaterach. Zagrożony był także oddział szpitala. Cały nasz szwadron pomagał w gaszeniu, ratowaniu rannych i sprzętu medycznego oraz w przenoszeniu szpitala do innych zabudowań. Następnego dnia otrzymaliśmy rozkaz ubezpieczenia przemarszu sowieckich oddziałów partyzanckich generałów Karasiowa i Kuroczenki w drodze do przeprawy na Bugu. Tam nasi saperzy zbudowali most, przez który przeszły sowieckie oddziały. Ubezpieczenie trwało dwa dni. W tym czasie nasz teren obrony opuściły oddziały partyzanckie generała Fiodorowa. Nastąpiła nowa reorganizacja naszej obrony. Nasze siły znacznie się uszczupliły. Poinformowano nas, że ruchy oddziałów sowieckich były konieczne ze względu na mającą się zacząć ofensywę Frontu Ukraińskiego. Jednak ofensywa ta nie nastąpiła. Z 8 na 9 kwietnia nasz szwadron otrzymał zadanie ubezpieczenia zrzutowiska lotniczego pod Władynopolem. Zrzutu dokonał tylko jeden samolot. Spadło kilka zasobników z bronią, amunicją, jedną radiostacją, trochę mundurów i medykamentów. Nie było tego zbyt dużo. Jak się później dowiedzieliśmy, samoloty angielskie nie dostały zezwolenia na lądowanie na terenach wyzwolonych przez Sowietów, a lot z Włoch był bardzo trudny i kosztowny ze względu na dużą odległość. Wylatujące eskadry ponosiły duże straty. Powróciliśmy z wykonanego zadania. Był dzień Święta Wielkanocnego. Nie zdążyliśmy się rozlokować i skonsumować wielkanocnego posiłku, gdy nastąpił nalot. Dwa Sztukasy z broni maszynowej poświęciły nam potrawy i bombami okrasiły święto. Natychmiast przystąpiliśmy do obrony z doskonałym skutkiem. Jeden z samolotów został zestrzelony, drugi wzbił się wyżej, pokręcił się trochę i odleciał nie strzelając. Kto zestrzelił wrogi samolot nie wiadomo. Każdy celowniczy sobie przypisywał ten zaszczyt. Na polecenie Ojca wskoczyliśmy na konie z zadaniem dotarcia do zestrzelonego samolotu. Chodziło o wymontowanie karabinu maszynowego. Jednak już na miejscu stwierdziliśmy, że karabin nie nadaje się do użytku. Został zniszczony podczas wybuchu po upadku samolotu. Jednak już sam fakt zestrzelenia poprawił nam humory. Mogliśmy trochę odpocząć, dobrze się najeść i pójść spać - nie wiedząc, że ten niewielki atak lotniczy przyniósł jednak straty w ludziach. Bomby zabiły kilku cywilów, ukrytych w schronie ziemnym, zburzyły kilka zabudowań - w tym budynek zajmowany przez dowództwo Zgrupowania. Podczas gdy my odpoczywaliśmy, nasze oddziały odpierały ataki niemieckie od strony Uściługa i Lubomla. 10 kwietnia nastąpiło wspólne kontrnatarcie naszych oddziałów i partyzantów sowieckich generała Fiodorowa i pułkownika Romanienki. Bitwy toczyły się ze zmiennym szczęściem. W niektórych miejscach Niemców wyparto, w innych musiano pod naporem niemieckiego ognia artyleryjskiego i broni pancernej wycofać się na nowe pozycje obronne. Przyczyną tego był brak obiecanej przez Sowietów pomocy artyleryjskiej. My oprócz częstych nalotów nie mieliśmy starć z wrogiem. Przygotowywaliśmy się do wspólnego z regularną armią Frontu Ukraińskiego ataku na Włodzimierz. Rozkaz przyszedł nagle. 12 kwietnia otrzymaliśmy zadanie bojowe. Wspólnie z 56 Pułkiem Kawalerii Gwardii, piechotą i artylerią zajęliśmy stanowiska do ataku. Sowiecki major dowodzący grupą 24 artylerii i piechoty zlekceważył uwagi kapitana „Gardy”, by zabezpieczyć drogę do Uściługa. Zlekceważenie tej sugestii zemściło się boleśnie. Gdy razem z Sowietami zaczęliśmy z powodzeniem wdzierać się na przedmieścia Włodzimierza, nastąpił atak niemieckiej formacji pancerno-motorowej od strony Uściługa, prosto na odkryty bok stanowisk piechoty i artylerii sowieckiej. Artyleria została rozbita, wybito piechurów. Widząc, co się stało, nasz dowódca dał rozkaz do odwrotu. Razem z kawalerzystami sowieckimi wycofaliśmy się z Włodzimierza, zajmując stanowiska obronne na skraju miasta. Armijna artyleria dalekosiężna wsparła nas w obronie. Kontrnatarcie niemieckie zostało powstrzymane. Niemcy wycofali się do Włodzimierza. Pozwoliło to na spokojne wycofanie się z przedpola miasta. Jednak straty w sowieckiej piechocie i artylerii były bardzo duże. Pułkownik Kobylański, zastępca dowódcy 16 Dywizji Kawalerii Gwardii, podziękował naszemu dowódcy, kapitanowi „Gardzie”, za postawę naszych oddziałów i udzielenie pomocy wycofującym się oddziałom sowieckim. Sprawca tej porażki, dowodzący major zginął. 14 kwietnia nastąpiło wycofanie się naszych oddziałów w kierunku rzeki Bug, w rejon bagienny, w okolice wsi Stężarzyce – Pisarzowa Wola. Nasz szwadron, wraz ze sztabem naszego Zgrupowania, zajął rejon Kolonii Strzeleckiej. Powoli wszystkie oddziały wycofały się w tym kierunku, walcząc z nacierającymi oddziałami 130 Dywizji Piechoty Niemieckiej. Walki obronne naszych oddziałów były tak skuteczne, że rozbito całkowicie dwie kompanie niemieckie, a trzecia widząc owoce tej klęski sama uciekła z pola walki. Odetchnęliśmy trochę. Nawet lotnictwo niemieckie przeniosło swoje naloty w inny rejon walk. Całe formacje samolotów atakowały oddziały Zgrupowania „Gromady” i stanowiska wojsk sowieckich. Obrona naszego rejonu stawała się coraz trudniejsza. Braki amunicji mocno dawały się we znaki. Oddziały niemieckie całkowicie okrążyły naszą dywizję oraz 8 sowieckich batalionów partyzanckich, a także dwa pułki kawaleryjskie 54 i 56 Gwardii. W nocy 17 kwietnia dowództwa oddziałów polskich i sowieckich uzgodniły wspólną akcję przerwania okrążenia i przebicia się na stronę sowiecką. Zaczęto przygotowywać operację.  Wycofując się z poprzednich stanowisk obronnych, nasze oddziały po przejściu rzeki zniszczyły mosty. Wstrzymało to natarcie niemieckiej broni pancernej. Grząski grunt w okolicach rzek nie pozwolił na żadne manewry ciężkiego sprzętu. A siła naszego ognia nie pozwoliła piechocie niemieckiej na złamanie naszego oporu. Stanowiska obronne naszego plutonu i kompanii „Piotrusia” zostały ulokowane nieopodal 300 - metrowej grobli, biegnącej przez bagienny teren, oraz zniszczonego drewnianego mostu. Wymościliśmy stanowiska gałęziami i na nich leżeliśmy. Takie usytuowanie linii obronnej okazało się bardzo skuteczne. Pociski artyleryjskie, granaty oraz bomby zrzucane przez samoloty wybuchały najczęściej pod skorupą pokrycia bagiennego. Groblę utrzymaliśmy przez dwa dni, mimo ciągłych nalotów (średnio, co trzy godziny), mimo ciągłego ostrzału artyleryjskiego i z broni pancernej. Ostrzał trwał również w nocy. Nie ruszyliśmy się z miejsca. Nie pozwoliliśmy na odbudowę mostu przez własowców. Wszystkie ataki odparto. Nasze trójka miała dobrą osłonę zwalonych drzew. Niedaleko przebiegał rów wypełniony wodą, którym dostarczano nam żywność i amunicję. Ze wspomnianych przeze mnie wcześniej powodów zdrowotnych takie leżenie na krzakach obok bulgocącej wody, w gejzerach błota wyrzucanego podczas wybuchów, przy braku ciepłej żywności, nie było dla mnie przyjemne. Tym bardziej, że i nocą pozostawaliśmy na naszym stanowisku, bo nie miał nas, kto zmienić. Dopiero następnego dnia rano dokonano zmiany. Otrzymaliśmy zadanie ponownego przeniesienia szpitala dywizyjnego w inny rejon. Grobli broniono jeszcze przez dobę. Nie mogąc pokonać naszej obrony, Niemcy uderzyli na oddziały sowieckie. Zepchnęli Sowietów z linii obrony i tym samym dostali się na nasze tyły. Wtedy też zakończyła się obrona grobli. Musieliśmy się wycofać, rozbijając otaczające nas oddziały niemieckie. Dotarliśmy do Lasów Mosurskich w rejonie Ziemlicy i Stężarzyc. Nasze oddziały były w ciągłym boju. Szwadron ubezpieczał wycofujący się szpital. Udane kontrataki naszych oddziałów spowodowały wycofanie się wojsk niemieckich, poniosły one duże straty w ludziach i sprzęcie. Próba przebicia się 16 Dywizji Kawalerii Gwardii w kierunku Kowla nie powiodła się. Dywizja poniosła bardzo duże straty. Po jej wycofaniu się w pobliże naszego postoju dowództwa nasze i Sowietów ponownie uzgodniły wspólne działanie, w tym przebicie się w kierunku rzeki Prypeć. 20 kwietnia wszystkie oddziały polskie i sowieckie skierowały się na północny wschód w kierunku Polesia. Przemarsz odbywał się nocą. Było tak ciemno, że musieliśmy kłaść próchno na tył siodła, aby widzieć poruszającego się przed nami konia. Nasz szwadron otrzymał zadanie zabezpieczenia tyłów. Przed nami jechały pozostałości 54 i 56 Pułków Kawalerii Gwardii. Prowadził to zgrupowanie pułkownik Kobylański. Nasz dywizyjny szpital pozostał na miejscu postoju. Przydzielono mu wsparcie w postaci dwóch kompanii, z poleceniem przerzucenia go o ile się da za Bug. Uprzedzono Węgrów o miejscu postoju szpitala. Pomoc Węgrów okazała się nieoceniona. Wielu rannych i sanitariuszki ocalało przed pogromem, jaki spotkał szpital sowieckiej partyzantki, wymordowany w całości przez pijanych własowców. Staraliśmy się jechać jak najciszej. Nie wolno było rozmawiać, a szczególnie palić. Jednak te ciemności spowodowały rozerwanie się kolumny. Oddziały zgrupowania „Gromada” i część sowieckich oddziałów partyzanckich poszły w lewo, omijając wieś Zamłynie. Nasze zgrupowanie prowadzone przez Sowietów poszło bezpośrednio na wieś Zamłynie. Sowieci uważali, że łatwiej będzie przejść rzekę Naretwę po moście, tym bardziej, że sowieccy zwiadowcy poprzedniego dnia nie stwierdzili tam obecności Niemców. Oddziały sowieckie podeszły pod sam most i zatrzymały się na pobliskiej łące. Kawalerzyści zsiedli z koni. Nasze oddziały również weszły na łąkę, jednak część z nich cofnęła się do lasu. Sowieci byli pewni, że przed nimi nikogo nie ma. Było jednak inaczej. Pod wieczór Niemcy zajęli Zamłynie i ufortyfikowali stanowiska obronne przy moście, wykorzystując stare bunkry. A po drugiej stronie mostu, naprzeciwko tych bunkrów i umocnionej obrony niemieckiej zatrzymały się oddziały sowieckie. Nie wiem, kto sprowokował działania niemieckie. Oni sami też byli zaskoczeni, że w odległości rzutu granatem stanęła prawie dywizja wroga. Padły pierwsze strzały. Pułkownik Kobylański podjechał do mostu sprawdzić, co się dzieje. I wtedy seria z karabinu maszynowego zakończyła życie jego i jego córki. Wybuchł chaotyczny ogień z obu stron. Ten chaos uratował jednak wiele istnień ludzkich, ponieważ przerażeni Niemcy strzelali nie celnie. Pociski świetlne szły górą. Ich świst i huk wystrzałów spłoszyły konie, które wyrwały się kawalerzystom i cały ten tabun ruszył na nasze oddziały. Uratował nas las, który wyhamował koński impet. Można się było schować za drzewa. Nasz szwadron zatrzymał się 100 metrów przed lasem. Pęd sowieckich koni nie spowodował większych szkód, ponieważ duża część szwadronu wycofała się do lasu. Szpica szwadronu, w której się znalazłem, nie zdążyła tego zrobić. Sowieckie konie zaczęły nas tratować. Mój koń zaczął wierzgać. Jego kwik i kopniaki osłaniały mnie przed pędzącym tabunem. Nagle mój koń padł na ziemię, skoszony serią z karabinu maszynowego. Ja zostałem przewrócony. Uderzenie było tak silne, że straciłem przytomność. Co się dalej ze mną działo, dowiedziałem się dużo później. Konie po ciemku tratowały ludzi. Mnie znaleziono w lesie za drzewem. Prawdopodobnie to ono uratowało mnie przed zadeptaniem. Jak mi później opowiedziano, cały byłem we krwi, nie wiem czyjej. Kiedy się ocknąłem w dzień, poczułem, że byłem mocno pobity, ale krwawiłem nie wiele. Mundur miałem cały porozrywany. Nie miałem pasa. Nie miałem żadnej całej odzieży. Kopyta końskie prawie mnie rozebrały. Po odnalezieniu mnie koledzy stwierdzili, że nie żyję. Była to prawdopodobnie sugestia na sam mój widok. W całym tym bałaganie i w ciemnościach nikt mnie nie zbadał. Ojciec zebrał spieszonych kawalerzystów i żołnierzy „Piotrusia” osłaniających tabory przepłynęli rzekę, uderzyli od tyłu na obronę niemiecką, wybijając ją całkowicie. Za tę akcję ojciec został podany do odznaczenia Orderem Krzyża Virtuti Militari 4 klasy .Po rozbiciu Niemców ojciec wrócił do miejsca postoju szwadronu i tam dowiedział się o mojej śmierci. Sam przeniósł mnie do wspólnej mogiły w rowie. Mój wygląd i bezwład upewniły go o mojej śmierci. Trzeba pamiętać, że wszystko działo się bardzo ciemną nocą, w ferworze walki, w dodatku w dużym bałaganie. Właśnie miano przystąpić do zasypywania naszej wspólnej Sowietów i Polaków mogiły, gdy rozległ się warkot czołgów niemieckich. Spowodowało to wycofanie się naszych i sowieckich oddziałów do lasu. Saperzy zaminowali most. Utworzono linię obronną na skraju lasu. Silne zgrupowanie pancerne wsparło atak piechoty niemieckiej, a nalot samolotów zdecydował o wycofaniu się naszych oddziałów w głąb lasu, skąd później próbowały się one wydostać przez rzekę i tory kolejowe. Sowieci postanowili spróbować przebić się, obchodząc Zamłynie. Drogi naszego i sowieckiego zgrupowania rozeszły się. Sowieci zostali później zdziesiątkowani przez Niemców, jak również przez swoje własne wojska, broniące linii frontu. Nasi przy dojściu do torów również ponieśli duże straty. Postanowiono wycofać się i przebijać w kierunku Bugu. To zamierzenie się powiodło. Zgrupowanie „Gromada”, które wcześniej podeszło do torów, przełamało obronę niemiecką i dotarło do rzeki Prypeć. Saperzy rozpoczęli budowę kładki przeprawowej i wtedy nastąpił huraganowy ogień sowiecki, z tyłu otworzyły ogień nadjeżdżające czołgi niemieckie. Zanim Sowieci zorientowali się w pomyłce, zginęło bardzo wielu naszych ludzi. Przyczyną otwarcia ognia przez Sowietów były niemieckie mundury, w jakie byli ubrani nasi żołnierze. Ciała w dole pogrzebowym nie zwróciły uwagi Niemców, którzy ruszyli w pościg za oddziałami sowieckimi. Rano ocknąłem się wśród stężałych ciał. Zacząłem wygrzebywać się spod zwłok dwóch żołnierzy sowieckich. Było to niezwykle trudne, ponieważ ciała były ciężkie, a ja byłem cały obolały. Nagle poczułem, że ktoś mi pomaga. Okazało się, że „ożył” drugi nieboszczyk ranny kapral z kompanii „Piotrusia”,” Franek” (nazwiska nie pamiętam). Kula przeszyła mu lewą pierś, nie naruszając kości ani płuc, a krwawienie samoczynnie ustało, bo otwory wlotowy i wylotowy po kuli zostały zatkane. Widocznie chciano go dostarczyć sanitariuszom, ale nie zdążono, a może zapomniano w tym zamieszaniu. Inni uznali go za martwego i złożyli jego ciało do rowu.” Franek” odzyskał przytomność wcześniej ode mnie i próbował sobie bezskutecznie nałożyć opatrunek. Gdy pomógł mi wydostać się z rowu, założyłem mu ten opatrunek, jak umiałem. Założyłem również temblak na jego rękę. On zaś pomógł mi skompletować, jakie takie ubranie i bieliznę, które zdjęliśmy z zabitych. Postanowiliśmy ruszyć w kierunku torów kolejowych, sądziliśmy, że tam skierowały się nasze oddziały. Po drodze spotkaliśmy kilku wojaków z tylnego ubezpieczenia batalionu „Trzaski”, którzy zawrócili spod torów. Opowiedzieli, jak to się stało, że nie przeszli. Gdy formacja „Gromady” znalazła się na otwartym polu przed torami, zza nasypu kolejowego otworzyli do nich silny ogień ukryci tam Niemcy. Oddziały „Gromady” rozbiły niemiecką linię i zaczęły przechodzić przez tory. Nagle nadjechał niemiecki pociąg pancerny, który obłożył ciężkim ogniem kolumnę, forsującą tory. Większości oddziałów udało się przejść. Tylko nieliczni nie zdążyli i musieli się cofać przed nawałą ognia. Cofając się, dostali się pod ogień czołgów, działających pod Zamłyniem. Wycofujące się grupy nie wytrzymały takiego ognia, tym bardziej, że teren był odkryty. Wtedy każdy zaczął się ratować, jak mógł.  Postanowiliśmy utworzyć wspólny oddział i wycofać się w kierunku Bugu. Ruszyliśmy w drogę. Dotarliśmy do opuszczonej wioski, gdzie znaleźliśmy trochę pożywienia. Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy dalej. Nasz oddziałek po drodze stale się powiększał, ponieważ spotykaliśmy podobnych do nas rozbitków. Komendę nad grupą objął wachmistrz ze szwadronu 21 Pułku Ułanów. Postanowiliśmy maszerować nocami, a w dzień odpoczywać, szukać jedzenia i unikać spotkania z Niemcami.

Fragment wspomnień Jerzego Demczuka ps. „Szpak” zatytułowanych:  „Wojenne losy”.

 

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
44
Artykułów:
447
Odsłon artykułów:
2524527

Odwiedza nas 52 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect