Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Wyjście  27 WDP AK z pierwszego okrążenia przez wojska niemieckie to jedna z dramatycznych kart historii wołyńskiej dywizji. Daty 20- 22 kwietnia 1944 r. na  długo pozostały w pamięci żołnierzy wyżej wspomnianej dywizji. W 70 rocznicę tego wydarzenia warto się zapoznać chociaż z kilkoma utrwalonymi we wspomnieniach.

Olgierd Kowalski ps. „Czarny” : Tymczasem trwały intensywne przygotowania do przebicia się z okrążenia. Zakopano ciężką broń. Nareszcie zlikwidowano olbrzymie nasze tabory. Lżej rannym przydzielono konie do jazdy wierzchem. Co ze szpitalem... Domyślaliśmy się, lecz nikt głośno tego nie mówił. Po udzieleniu nam ostatnich instrukcji, o zmroku wyruszamy. Celem skrócenia długości kilkutysięcznej kolumny ludzi, idziemy całą szerokością drogi, jeden przy drugim. Noc jest ciemna, każdy stara się stąpać jak najciszej. Idziemy tak chyba z godzinę, może dłużej, oswajając się powoli z niecodziennością sytuacji. Teraz jest nieco jaśniej, gdyż tylko z lewej strony mamy las. Raptem w ciszę nocną wdarł się grzechot karabinów maszynowych, siekących po naszych zwartych szeregach z prawej strony. Widać, jak pociski świetlne śmigają po kolumnie! Powstał niesamowity bałagan. Odskoczyliśmy w las, pomieszani potwornie. Po paru chwilach, znalazłem się wśród grupy żołnierzy, zupełnie mi nie znanych, zresztą nikt tu nie znał się wzajemnie. Widząc, że Niemcy płożyli ogień zaporowy z kilku karabinów maszynowych, zdecydowaliśmy się iść lasem naprzód. Doszliśmy do rzeczki, przez którą była przerzucona jakaś kładka, i słysząc ciągle zgiełk bitewny, doszliśmy do lasku po drugiej stronie. Za nami nikt nie ciągnie. Naradzamy się, co robić. Wracać, czy czekać... Za mało nas, by wobec takiego rabanu myśleć o przejściu przez tory... Strzelanina w okolicach Zamłynia powoli uspakaja się. W ciszy nocnej słyszymy wyraźnie zbliżający się ku nam wóz. No, nareszcie jadą nasi! Ktoś jednak zaczyna powątpiewać, bo przecież nie mamy już wozów, ale nikogo to nie przekonuje. Jak to w partyzantce... Może ktoś przeszmuglował wóz, a może wiozą rannych? Jeden z żołnierzy, raczej dla hecy, zatrzymuje wóz krzykiem: "Stój, kto idzie?" Nie słysząc odpowiedzi wrzeszczymy dalej, śmiejąc się: "Erkaem na stanowisko!" Odpowiedź była natychmiastowa i to zaskakująca, bo ... z karabinu maszynowego! Byli to prawdopodobnie Niemcy, wycofujący się z Zamłynia. Zaskoczyli nas zupełnie, rozproszyli i zanim zdołaliśmy sią zebrać do kupy, ani śladu po nich nie było. Wstyd nam było okropnie. Jeszcze uciekając, wyrzuciłem ze złości noszony od zdobycia Turzyska węgierski hełm, który mi w biegu opadał na oczy, peleryna zamokła w jakimś bagienku, ciążyła nieznośnie, więc jej też się pozbyłem, i klnąc na czym świat stoi, postanowiłem wraz z innymi wracać do naszych. Ze złości prawie nie rozmawialiśmy. Paru zafajdanych fryców tak pomieszało nam szyki, a teraz znowu leźli nam w łapy, a my zblamowaliśmy się całkowicie... Aż myśleć się nie chce! Powoli zaczyna szarzeć. Niecierpliwiąc się coraz bardziej, czekamy na swoich. W końcu spotykamy się. Idą, rozlewając się po polach, aż przerażenie ogarnia, ilu nas jest. Czekam aż nadejdzie mój batalion. Czas mija, chyba będą na końcu. Czekam cierpliwie... Jest prawie dzień, gdy mrowie ludzie dociera w pobliże torów kolejowych, a moja "Łuna" nie nadchodzi. Niemcy już zaczynają siec z karabinów maszynowych, za chwilę odzywają się działa i moździerze. Czoło naturalnie zalega. Z tyłu jednak, wysypują się coraz to nowi ludzie. Przykucnąłem w jakimś dołku, obserwując przebieg bitwy. Nie ma tu niecelnych strzałów. Wszędzie, gdzie padają niemieckie pociski, padają i nasi. Mrowie. Ogień się wzmaga. Z lasu wynurza się pociąg pancerny, ziejąc w naszą stronę ogniem. Widać serie świetlnych pocisków, wypluwanych przez szybkostrzelne działka przeciwlotnicze. zdaję sobie sprawę z beznadziejności położenia. Przecież w powstałej sytuacji nie jesteśmy w stanie przedrzeć się przez niemiecką obronę... Nagle z czołowych pozycji podrywa się niska postać w wojskowym płaszczu. Jeśli mnie pamięć nie myli, był to ppor. "Konrad". Za nim podrywa się kilku żołnierzy, jeszcze kilku, biegną w kierunku pociągu. Dech zamiera mi w piersi. Pociąg powoli wycofuje się na kraj lasu i stamtąd dalej razi. Żołnierze skokami wycofują się do lasu, poprzez gołe pola. Wielu z nich już nie wstaje... Przez pobojowisko pędzą na spłoszonych koniach pojedynczy jeźdźcy. To lżej ranni, którzy mieli drogę odbyć wierzchem. Obserwuję jednego z nich. Widać, że nie tęgim jest jeźdźcem, nie panuje w ogóle nad koniem, który spłoszony bliskim wybuchem gna na oślep. Znowu blisko wybuch. Jeździec zwala się na ziemię. Podbiegam ku niemu. Konsternacja, no i radość. To mój Brat, Stefan, ps. "Kot". Miał poprzednio przestrzelone udo, w normalnych warunkach rana zagoiłaby się szybko, a tu nie można wygoić. Zresztą w ogóle Stefan czuje się nie tęgo. W listopadzie uległ poważnemu wypadkowi, a mianowicie, na drodze Łuck-Kiwerce potrąciła go celowo niemiecka wojskowa ciężarówka. Wskutek uderzenia, nastąpiły komplikacje, zruszenie serca. Powinien był leżeć jeszcze w domu, jednak nie wytrzymał, poszedł do lasu. Tu, trudy codziennego życia, przemęczenie, rana, no i rozpoczynający się głód, szybko dały znać o sobie. Stefan odmówił powrotu do domu, gdy była jeszcze okazja. Odmówił też pójścia do szpitala... No, ale fajno, że się spotkaliśmy! "Patrz", mówi Stefan, "z jaką furią biją pociski!" Spoglądam jeszcze raz. Rzeczywiście, widok fascynujący! Przecinając szarość poranka, świetlne pociski pędzą mijając nas z ogromną szybkością, by rąbnąć w ziemię. Gdy parę pocisków padnie obok siebie, robi to wrażenie jakiejś pięknej , lecz piekielnej iluminacji. "Spływamy do lasu!" Rozproszeni, znowu zbieramy się w oddziały. Wielu brakuje. Co się z nimi stało - nikt nic nie wie. Z naszej pierwszej kompanii pozostała garstka. Podobno cofnęli sią głębiej w lasy. Dołączam więc do drugiej kompanii, gdzie jest mój Brat i kilku kolegów szkolnych. Nękają nas ogniem artyleryjskim bez przerwy. Wycofujemy sią głębiej. Panuje już pewien porządek. Ktoś podobno objął komendę, ubezpieczono lizjerę lasu. Dowódca nasze, ppor. "Olgierd" zarządza zbiórkę. Stajemy w karnym dwuszeregu. Niedługi to dwuszereg... "Olgierd" oznajmia nam, iż zrezygnowano z przebijania się z okrążenia. Każdy musi sobie radzić sam... Stoimy bez ruchu, patrząc jak podchodzi do niego młoda kobieta, zabierają jakiś bagaż i nikną nam z oczu. "Szuja", mówi ktoś półgłosem. Zbieramy się po kilku, radząc, co począć dalej. Oddział powoli rozbija się na grupki krajan, bliższych kolegów. Najbardziej cenieni są ci, którzy znają teren. Niestety takich jest bardzo mało. A ci, którzy nawet znają, nie afiszują się tym w obawie, by nie potworzyć zbyt dużych oddziałków. Przecież powiedziano: "małymi grupkami..." Poza tym, chętnie przyjmowani są posiadacze broni automatycznej. Nie należymy ani do jednych ani do drugich. Łazimy, nasłuchujemy... Może ktoś coś mądrego wymyśli. Okazuje się, że większość zamierza próbować przejść za Bug. Nie mamy mapy, a w ogóle to i nie bardzo orientujemy się, gdzie jesteśmy. Przeprawa przez tory nie pociąga nas. Straszą świecące reflektory i dzisiejsza lekcja, którą otrzymaliśmy. Przekradanie się samopas przez niezalesione zabulbione tereny, też zanosi się bardzo ryzykownie. Chyba zdecydujemy się przejść za Bug. Pociesza nas fakt, że takich jak my, niezdecydowanych "sierot" jest więcej. Stanowimy większość. Zaczynamy sejmikować. Przeważa pogląd, że jednak najbezpieczniej byłoby "wyrwać" całym oddziałem, tj. grupą liczącą około 100 osób, która mogłaby przemykać się prawie niepostrzeżenie. Łatwiej byłoby o wyżywienie no i stanowiłoby pewną siłę, umożliwiającą przełamanie ewentualnego oporu. Rozglądamy się za nowym dowódcą. Szkoda, że "Olgierd" rozwiązał tak zgrany i scementowany oddział. A tak mu ufaliśmy... Tymczasem docierają do nas wiadomości, że inne oddziały nie są bynajmniej rozwiązywane, lecz odwrotnie. Wyłoniło się nowe dowództwo, z "Piotrusiem" na czele, które organizuje nową próbę wyjścia z kotła. Odetchnęliśmy z ulgą. Po chwili zjawiają się nasi oficerowie. Wracają z narady, czy z odprawy. Jest i chor. "Samson" z niewygojoną, roztrzaskaną pod Uździutyczami szczęką. Omawiamy akcję. Dowiadujemy się, że część dywizji przeszła bez strat, powinno i z nami się udać. Jeśli nie, to będziemy przebijać się siłą. Słowem, "być albo nie być". Do wieczora jeszcze kawał czasu. Trzeba rozejrzeć się za jakimś posiłkiem. Od dłuższego czasu obserwuję wałęsającego się konia. Chyba jest bezpański. Znajduję w przytroczonej torbie z pięć kilogramów słoniny, ściągam derkę. Próbujemy żuć sało, ale nie przechodzi przez gardło. Kładziemy się wypocząć. Udaję, że śpię. Czuję, że Stefan czyni to samo. W końcu, widząc, że nic ze snu nie będzie, przestajemy się oszukiwać. Trzeba czymś się zająć. Czyścimy jeszcze raz broń, każdy nabój z osobna. Wieczorem wyruszamy znowu dość zwartą kolumną. Tym razem jednak znajdujemy się nie na końcu pochodu, lecz w pobliżu czoła. Noc zapada szybko, jest znowu bardzo ciemno. Zachowujemy bezwzględną ciszę. Idziemy skupieni, ramię przy ramieniu. To otoczenie kolegami napawa jakąś ufnością. Jednak do świadomości dociera zawzięcie odczuwana myśl natrętna: "Co będzie z rannymi? A jeśli ranią mnie, to nie wiem co zrobię... A jeśli nas obu?" Przedtem, gdy nasz oddział działał samodzielnie, panowało żelazne prawo zwyczajowe nie zostawiania rannych, ani nawet zabitych. Dokonywaliśmy wypraw, by zabrać pozostawione zwłoki kolegów. Ostatnio coraz częściej musieliśmy odstępować od tej zasady. A teraz, gdy rozpoczął się już proces demoralizacji, w panujących warunkach trudno liczyć na czyjąś pomoc. Najlepiej nie być rannym! Marsz przedłuża się. Powoli napięcie ustępuje miejsca zmęczeniu. Widać już, że jesteśmy dość blisko niemieckich stanowisk. Reflektory zasadniczo oświetlają tylko tory, błądząc jedynie od czasu do czasu po przedpolu. Strzela z góry rakieta. Leżymy, czekając aż zgaśnie. Przyzwyczajamy się i do tego. Znużenie zaczyna ogarniać mnie coraz bardziej. Przechodzę kryzys. Przy kolejnym "padnij", dotknąwszy ziemi, zasypiam. Ktoś poderwał mnie solidnym kopniakiem. Przeszło. Teraz przy okazji ja aplikuję moim "naśladowcom" dawkę rozbudzającą i przekazuję szeptem "kutasie, wstawaj!" Oczywiście nie było czasu na dąsy. Niebawem Niemcy dostrzegli nas i posypały się pierwsze serie. W świetle reflektorów, rakiet i wybuchów widać biegnące sylwetki atakujących. Rozlega się "hurrraa!" Ton tego okrzyku jest jakoś dziwnie wysoki i wydaje się nikły przy trwającej kanonadzie, ale dodaje animuszu. Krzyczymy więc i strzelamy, nie ustając w biegu. Padają ci, którzy już się nie podniosą. Stefan daje mi znak, że dalej już nie może. Trzeba go koniecznie odciążyć. Zapomniałem przecież, że uparł się nosić ze mną na zmianę torbę ze słoniną i derkę (zdobycz z tego konia). Słoninę zabieram, derkę wyrzucam, biorę od niego chlebak z amunicją i powoli posuwamy się naprzód. Ogień potężnieje, lecz koncentruje się jakoś z tyłu, bardziej za nami. Mijają nas atakujący żołnierze. Przechodzimy tory…… [1]

Henryk Kata ps. „Prima”: Późnym wieczorem 20 kwietnia 1944 roku uprzednio sformowane oddziały, w określonej kolejności, z przydziałem zadań, rozpoczęły marsz. Z Lasów Mosursko-Zamłyńskich- na północ, przeprawa przez tory kolejowe Kowel-Chełm, dobrze strzeżone przez Niemców. Tak przemyślany przez dowództwo plan wymknięcia się z „kotła” kilku tysięcy ludzi miałby szansę powodzenia, gdyby zostały zachowane wszelkie środki ostrożności, zalecana cisza i spokój. Przy takiej liczbie uzbrojonych ludzi, w ciemną noc po leśnych bezdrożach, mając do sforsowania rzekę Neretwę, pełną w tym czasie wiosennych wód, zadanie to okazało się nierealne. Dołączyły też do naszych jednostek oddziały radzieckie, które ubiegłej nocy zostały przez Niemców rozbite na rzece Turii, przy próbie wymknięcia się na wschód do swoich frontowych wojsk. Tak więc wielokilometrowa kolumna ludzi z osprzętem bojowym, z kilkuset jucznymi końmi, ciemną nocą, leśnymi drogami posuwała się na północ mając za zadanie przejść tory kolejowe w okolicy stacji kolejowej Jagodzin. Pierwszą kompanię „Jastrzębia” usytuowano w drugiej połowie kolumny z zadaniem ochrony oddziału jucznych koni, które dźwigały zapas żywności, jak też niezbędny ciężki osprzęt zapasów bojowych i łączności. Jak już wspomniałem, przeprawa przez wezbraną wiosennymi roztopami rzekę Neretwę, wśród lasów w ciemną noc, okazała się bardziej trudna do zrealizowania niż zakładano to pierwotnie. Według doniesień zwiadu dywizyjnego , penetrującego teren trasy przewidywanej na przemarsz oddziałów, Zamłynie –gdzie był most na rzece- cały czas wolne było od Niemców. Most ten był dla nas ważnym obiektem. Zbudowane kładki na rzece przez kompanię saperów nie były w stanie przerzucić w ciągu nocy około siedmiu tysięcy ludzi obciążonych bronią, amunicją oraz niezbędnymi zapasami, jak też około pięciuset koni objuczonych do granic możliwości. O zmierzchu od patroli nadszedł meldunek, że oddział niemiecki w sile około jednej kompanii, dobrze uzbrojony, zajął Zamłynie. Nie była to zbyt wielka przeszkoda w kontynuowaniu zamierzonego celu – wyjścia z kotła dla naszych oddziałów. Niemców można było wyrzucić z Zamłynia bez szczególnego wysiłku, z marszu. Nie obyłoby się jednak bez strzelaniny i granatów, co w konsekwencji postawiłoby w stan gotowości znajdujące się w pobliżu garnizony niemieckie, a zwłaszcza ochronę silnie strzeżonych torów kolejowych, które stanowiły główną przeszkodę w marszu dywizji w zamierzonym kierunku. Nie zmieniło to jednak planu ustalonego przez dowództwo, poza korektą obejścia Zamłynia od strony zachodniej, aby nie wdać się z Niemcami w strzelaninę. To też kompania saperów wybudowała kilka kładek poza Zamłyniem, a juczne miały być przeprawiane wpław. Ciemną już nocą oddział za oddziałem, kolumna za kolumną ruszyły leśną drogą. Żeby ominąć Zamłynie, czoło kolumny zeszło z drogi, prowadzone przez przewodników znających teren leśnymi duktami, aby wyjść za Zamłyniem i tam przeprawić się przez Neretwę. I tu dopiero, po opuszczeniu leśnej drogi rozpoczęło się ślimacze tempo marszu oddziałów. Bo jeśli nawet na wyznaczonym odcinku nowej trasy ustawiono posterunki, których zadaniem było kierowanie oddziałów w określonym kierunku, to bezdroża leśne w ciemną noc opóźniały najlepsze nawet w założeniu plany wyjścia przed nastaniem dnia poza pierścień okrążenia. Kolumna rwała się, oddziały gubiły się w ciemnościach po bezdrożach, wyczekiwały i odnajdywały się, żeby dojść do celu przed nastaniem dnia. Zachowując ciszę ( na ile to było możliwe) pierwsze oddziały kolumny ze sztabem dywizji przeprawiły się przez Neretwę, podążając na północ, żeby przed świtem przejść tory kolejowe linii Kowel-Chełm. Kiedy czołowe oddziały kolumny przeprawiły się przez rzekę, to nasz batalion „Jastrzębia”, ochraniający kolumnę koni z koniowodami, znajdował się koło Zamłynia. W czasie, kiedy oddział jucznych koni rozpoczął zejście z drogi na leśne bezdroża, od Zamłynia wzniosły się rakiety oświetlające, a za nimi serie z broni maszynowej. Któryś z dowódców oddziału ( prawdopodobnie „Siwy” ) zlekceważył rozkaz likwidacji taboru kołowego. Gdy parokonny wóz na kołach ze stalowymi obręczami wjechał na most z drewnianych bali, narobił tyle hałasu, że natychmiast zaalarmowało to Niemców. Ci wystrzelili rakiety, w których świetle dojrzeli nie tylko wóz na moście, ale całą kolumnę koni i wojska posuwającą się tuż obok. Toteż skierowali ogień z broni maszynowej na kolumnę, jak też zagęścili światła rakiet, które zaczęły padać między konie. Te z kolei wśród błysku rakiet i nagłej strzelaniny w ciemności uległy ogólnemu popłochowi i panice. Z kwikiem i rżeniem stawały dęba, rozpierzchły się we wszystkie strony, często tratując koniowodów i najbliższe oddziały, wprowadzając chaos i zamieszanie. Cały plan i marsz kolumny został porwany, czoło kolumny ze sztabem zapewne przekroczyło już tory kolejowe. Nasz batalion, na tyłach koni jucznych, w ogólnym chaosie, przemieszany z innymi oddziałami wdał się w walkę z Niemcami w Zamłyniu przy moście. Sporo upłynęło czasu, zanim Niemcy przestali zionąć ogniem ze swych stanowisk. Pozostałe oddziały szybko zaczęły się zbierać, choć przemieszane, grupkami przechodzić most, kierując się na północ, w stronę torów kolejowych. Nie wiem, ile czasu to trwało, kiedy Niemcy opuścili bunkry i stanowiska ogniowe, zaprzestając ostrzału, do czego zostali zmuszeni. W blasku zapalonych od pocisków zapalających budynków widać było, jak chłopcy po kilku, kilkunastu, przemieszani z różnych oddziałów, podążają na północ. Wyjść  poza pierścień okrążenia – o tym wiedział każdy żołnierz, toteż w zamieszaniu nikt nie czekał na rozkazy swoich dowódców, tylko intuicyjnie biegł przez most na Neretwie. Pisząc te wspomnienia po pięćdziesięciu kilku latach jeszcze widzę przerażający obraz bezwzględnych praw, a może bezprawia wojny. Przechodząc przez most natknąłem się na zabitego rosłego mężczyznę, w kozackiej czapce, długiej pelerynie z wielbłądziej wełny. Upadł na twarz, a więc zginął na miejscu. Poznałem go, był to pułkownik Kobylański, z pochodzenia Polak, zastępca dowódcy radzieckiej dywizji kawalerii, pułkownika Romanienki. Przebijał się razem z naszą dywizją po nieudanej wcześniej próbie wyjścia z okrążenia przez rzekę Turię. Kilkadziesiąt kroków dalej wzrok mój zatrzymał się jakby na obrazie Grottgerowskich „Lituanii”. Na poboczu przydrożnego rowu leżała ułożona twarzą do góry, jakby spała, kilkuletnia dziewczynka, ubrana w długi beżowy dziecinny kożuszek, w białej pilotce z angory ( oto prawa wojny; rosły mężczyzna, pułkownik, nieopodal kilkuletnia dziewczynka). Na piersi tej dziewczynki widniał tylko mały otwór i krwawa plama. Nie pozostawiały złudzeń, że to sen wieczny, a tak chciałoby się wierzyć, że to nieprawda. Po wielu latach dowiedziałem się od mojego kolegi, nieżyjącego już Józia Turowskiego „Ziuka”, że była to córeczka doktorostwa Podlipskich. Na sentymenty czy zwyczajną zadumę czasu nie było. Jak już wspomniałem, prawa wojny są twarde, okrutne i bezwzględne. Każdy uczestnik tego wielkiego „teatru” jest im podporządkowany. Tak tez i ja w pewnym momencie, wśród ogólnego zamieszania wywołanego rozszalałymi końmi, zorientowałem się, że szukanie swoich bezpośrednich dowódców. Czy też oddziałów byłoby stratą czasu. Szybkim krokiem podążyłem wraz z nadchodzącymi grupami, kierując się na północ ku torom. Ale świt poranka 21 kwietnia 1944 roku okazał się szybszy od naszej kolumny spod Zamłynia, gdzie straciliśmy dużo cennego czasu, nim koniowodzi wyprowadzili wylęknione stado koni z bezpośredniego zasięgu ognia broni maszynowej i padających niemieckich rakiet. Zaistniałe położenie naszych oddziałów zmusiło też nas do jak najszybszego wyrzucenia Niemców z Zamłynia i otwarcia sobie dodatkowego przejścia, jakim był most w Zamłyniu. W rezultacie opóźniło to przejście za tory kolejowe około połowy sformowanej 20 kwietnia 1944 roku kolumny oddziałów dywizji. Jak już wcześniej nadmieniłem, o świcie zaczęły się wyłaniać pospiesznie maszerujące grupki, jak też pojedynczy żołnierze. Wszyscy spieszyli w jednym kierunku; w oddali majaczyła korona torów kolejowych, które trzeba przejść, żeby wymknąć się z pułapki. Przed torami rozległy teren podmokłych pól i łąk zalanych wodą o różnej głębokości, od kostek po kolana, miejscami głębiej, zależnie od uformowania terenu. Niektórzy wpadali w topiel powyżej pasa przeklinając tych, co wymyślili wojnę. Ostre tempo marszu grup żołnierzy spływających od Zamłynia po rozlewiskach i bezdrożach terenu nie zdołało nadrobić utraconego czasu, skutecznie jednak osłabiło wytrzymałość fizyczną taplających się w błocie żołnierzy. Kiedy niedaleki zarys torów umęczonym żołnierzom dodał nadziei i sił do dalszego marszu, to wyłaniające się mroków poranka widmo pociągu pancernego zaszokowało nas. Stanęliśmy jak wryci. Dziwnie to wyglądało z oddali, gdy staliśmy grupkami i pojedynczo w rozrzedzającym mroku poranka jak ścięte na wysokości człowieka pnie drzew. Pociąg z wolna przetaczał się, jakby przed nami manewrował. Nagle zatrzymał się, szczęknął zderzakami, cofnął się i otworzył ogień z ciężkiej broni maszynowej. Pisząc wspomnienia z odległości czasu, w domowym zaciszu widzę te roje i smugi pocisków świetlnych odrywających się od cielska pociągu. Widzę, jak torem płaskim ocierają się niemal o nas, uderzają w wodę i pod tym samym kątem odbijają od wody, ginąc w przestrzeni. Tak przytłoczeni nawałnica ognia z pociągu pancernego wiedzieliśmy, że torów kolejowych tego dnia nie przejdziemy, że bezzwłocznie należy wycofać się, dopóki nie nastał jasny dzień, a półmrok poranka, przynajmniej częściowo, osłania nas przed celnym ogniem pociągu. Każdy to dosłownie rozumiał i realizował, wykorzystując wszelkie naturalne osłony, większe lub mniejsze grupy drzew i zarośli, czy też nierówności terenu – jako bezpośrednią osłonę przed lawiną pocisków. W podobny sposób, nim nastał dzień, wycofały się wszystkie oddziały i luźne grupy z różnych oddziałów, do lasów, lasków i zagajników w pobliżu Zamłynia. „Jastrząb” dość dużej grupie po wycofaniu się z bezpośredniego ognia dał odpoczynek w napotkanym zagajniku, gdzie opatrzono rannych, doprowadzono do względnego ładu i porządku. Cieszyliśmy się, byliśmy szczęśliwi, że jest z nami nasz dowódca, porucznik „Jastrząb”, do którego mieliśmy pełne zaufanie, ale też i on nigdy go nie zawiódł. Kiedy pod Zamłyniem oddział koni jucznych z konowodami uległ panicznemu popłochowi, dezorganizując maszerujące wokół oddziały, bodajże jako jedyny z dowódców batalionów zorientował się, że w tym zamieszaniu i po stracie czasu na walkę z Niemcami dużo żołnierzy z okrążenia nie wyjdzie. Pozostał, żeby pozbierać rozbitków, zorganizować, dać poczucie  bezpieczeństwa i z czasem dołączyć do dywizji. Wielu chłopców, których  macierzyste oddziały wyszły z okrążenia, poczuło się zagrożonych i osamotnionych. „Jastrząb” zaopiekował się wszystkimi chętnymi, którzy dołączyli do naszej grupy, tak że po wycofaniu spod torów liczyła około 150 żołnierzy. {2]

Antoni Sienkiewicz ps. "Czapla", II/23 pp : Znalazłem się w Gromadzie w II batalionie, w I kompanii pod dowództwem Lecha Krassowskiego ps. „Lech”, dowódcą kompanii był por. Bronisław Bydychaj ps. „Czech”. Mieszkałem tak jak inni, wszędzie tam gdzie się dało, trochę u gospodarzy, trochę w stodołach, a czasami w opuszczonym domu. Należałem do plutonu gospodarczego i miałem za zadanie pilnować niekiedy konie, należące do partyzantów. W tej służbie nie omijała mnie też warta, która była dość ciężka i zawsze bardzo niebezpieczna. Tymczasem mój brat Eugeniusz( ps. „Góra", I/23 pp)  również postanowił walczyć w obronie polskiej ludności przed ukraińskimi bandami, dlatego wstąpił do polskiej policji w służbie Niemców, która kwaterowała w Maciejowie na Wołyniu. Ta bardzo dobrze dozbrojona przez Niemców jednostka, gdy tylko zaczęła się formować polska 27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej, niespodziewanie rozbroiła Niemców. A następnie porzucając służbę u nich, wraz z całym sprzętem, w jaki była dobrze wyposażona, przeszła do polskiej partyzantki na Bielinie. Od tej pory moje losy i mojego brata związane są z dywizją oraz z jej dramatycznym ale jakże chwalebnym szlakiem bojowym. Byliśmy dla przykładu podczas przebijania przez pierścień niemieckiego okrążenia w Jagodzinie, w rejonie stacji kolejowej. Większość naszych chłopaków przeszła ale nam się to nie udało i dostaliśmy się do niemieckiej niewoli. [3]

Jerzy Demczuk ps. „Szpak”  Gdy formacja „Gromady” znalazła się na otwartym polu przed torami, zza nasypu kolejowego otworzyli do nich silny ogień ukryci tam Niemcy. Oddziały „Gromady” rozbiły niemiecką linię i zaczęły przechodzić przez tory. Nagle nadjechał niemiecki pociąg pancerny, który obłożył ciężkim ogniem kolumnę, forsującą tory. Większości oddziałów udało się przejść. Tylko nieliczni nie zdążyli i musieli się cofać przed nawałą ognia. Cofając się, dostali się pod ogień czołgów, działających pod Zamłyniem. Wycofujące się grupy nie wytrzymały takiego ognia, tym bardziej, że teren był odkryty. Wtedy każdy zaczął się ratować, jak mógł.  Postanowiliśmy utworzyć wspólny oddział i wycofać się w kierunku Bugu. [4]

Stanisław Nikoniuk ps. „Jantar”: Tylko część oddziałów zdołała przejść przez tory tego ranka. Paweł znalazł się w tej części, która trafiła na pancernik. Nasypu kolei jeszcze nie było widać w mgłach nad polami, gdy nad głowami idących zaszumiały pociski. Biły szybkostrzelne działa pancernika, w parę chwil zmiotły z pola partyzantów za ściany kilku rozrzuconych domów i za skupienia drzew. Jacyś cekaemiści wleźli pośpiesznie na wierzchołek wysokiego kopca ziemi – stary prosowiecki bunkier – i po chwili w stronę pancernika rzygnął czerwonym płomieniem cekaem. Potem jeszcze ktoś krewki zainicjował atak. Kilkunastu ludzi wybiegło na otwarte pole. Paweł ruszył za śmiałkami upatrując gdzie bruzdy, padając co kilka kroków. Szybkostrzelne działa przytłoczyły zuchwalców do ziemi. Cofnęli się. Kwadrat gęstego podmokłego lasu otoczony ze wszystkich stron mokradłami przechował ludzi do wieczora. Nieskończenie dłużył się mglisty ponury dzień. Paweł zjadł ostatni kawałek kiełbasy, podpleśniałej i gorzkiej. Z całego Gromu spotkał tu tylko dwóch znajomych. Rozpytywał ich o brata – nie, nie widzieli. Miał w torbie wspólną żywność dla obu… Usiadł na zwalonym pniu osiki. Przetrząsał kieszenie: scyzoryk, kalendarzyk, mały zeszycik, świadectwo ukończenia powszechnej, Zaświadczenie Koeniga z Forstamtu. Obejrzał karabin i siódemkę. Rdzewieją! Posmarował kawałkiem słoniny.

Pokręcił się po lasku, posłuchał, co mówią. Wrócił do osiki i przesiedział na niej do wieczora. … Jeśli paść, to od razu – snuły się myśli – od jednego uderzenia kuli… A tych rannych, cóż mogłem zrobić – wóz ani drgnął… Ci dwaj porucznicy, co w nocy poprowadzą wyglądają bardzo sympatycznie. Hm… Brunet ma pseudonim Biały, a blondyn – Czarny… Przechodzić będziemy przez stanowiska artylerii, a w nocy skuteczność ognia artylerii jest bardzo mała… No, tak oni zapewniają – ten Biały i Czarny… Część polegnie, większość jednak przejdzie… Jeśli zagrozi schwytanie, rzucę siódemkę byle gdzie – Niemcy nie znoszą niemieckiej broni w ręku schwytanego. Portfel zostawię… Hm, „Der Bote N. durch seine Fleisigkeit und Zuverlasigkeit hat meine volle Vertrauen verdient… Forstmeister Bernard Koenig”. Tego nie wyrzucę… Kto wie czy to zaświadczenie Koeniga jeszcze się tu nie przyda?... Gdzie teraz jest Piotruś, gdzie on mógł zostać? A może już jest za torami, zdążył przeskoczyć z czołowym rzutem…?  W ciągu dnia dwaj warszawscy porucznicy formowali z rozbitków nową kolumnę. Noc nadeszła tak samo czarna, jak obie poprzednie. Dano króciutką instrukcję: do torów mamy przewodnika, punkt zborny za torami wyznaczy rakieta, zapamiętać! czerwona rakieta!,  którą po przejściu wystrzeli czołówka. Zaraz od początku marszu widać było, że w potrzasku nastawionym na partyzantów nie ma żadnej szczeliny: dookoła – z przodu i z tyłu, z prawej i lewej strony raz po raz rozbłyskiwały rakiety. Niektóre wzlatywały z sykiem tak blisko, że kolumna w śmiertelnej ciszy przysiadała do ziemi, po czym wstawała z przysiadu i bez najmniejszego szmeru  przekradała  się  dalej.   Po   godzinie  tego  marszu  w   granatową  otchłań   nocy  wdarło  się oślepiające białe światło potężnego reflektora. Zamiatało ciemności z pola, jak ogromna śnieżnobiała miotła. Rakiety były niczym wobec tego blasku. Ale i jemu wystarczył pokłon cichego tłumu sunącego bezszelestnie w lekko sfalowanym terenie – smuga blasku omiatała pole tuż nad głowami i sadziła ogromnymi skokami dalej. Po długim deptaniu miedz, zagonów, kawałków drogi, idący poczuli pod nogami powierzchnię szerokiego traktu. Podnosił się lekko do góry, coraz wyżej… Czyżby już do poziomu nasypu?  Czyżby była jednak luka i przemkną bez walki? Nagle przed samym czołem kolumny zasyczała rakieta.  Przysiad na nic się już nie zdał     - buchnął pierwszy strzał i w tejże chwili noc zatrzęsła się od ognia i jednoczesnego – hurra! partyzantów. Nim Paweł zdążył odmówić Zdrowaś Maria partyzanckie hurra rozciągnęło się już daleko do przodu. Reflektor zdwoił gorliwość, natrafił na tłum. Obok olbrzyma zabłysło w szeregu kilka pomniejszych – hurra niosło się wzdłuż linii świateł. Nieprzyjaciel bił z poza tych świateł ku biegnącym ogniem tak gęstym, że Paweł musiał co kilka kroków padać na płask. Złote smugi pocisków artyleryjskich syczały tuż nad głową, ślepiły z prawa i z lewa, rwały się ze wszystkich stron. Zza kępy na podmokłej łące wypalił z karabinu w blask reflektora. W podnieceniu zapomniał zarepetować i szarpnął powtórnie za spust. Nie było czasu poprawić – biegł skokami dalej. Spostrzegł, że biegnie wśród ostatnich. Poznał przebiegającego tuz obok: Klucz! – krzyknął – Klucz! Bij w reflektor! Erkaemista dosłyszał   i w biegu z biodra puścił serię w snop światła – ogromny reflektor zgasł. Mniejsze nie sięgały swym światłem biegnących. Może były to reflektory maszyn – słychać było wśród ogólnego huku strzelaniny jazgot rozruszników  i motorów. Ile czasu trwała ta bitwa – godzinę, może więcej? Paweł nie wiedział. Szedł już wyprostowany, kule gwizdały teraz z rzadka i na dużej wysokości. Działa przeciwnika zamilkły. Musiał chyba zejść z kierunku, gdyż toru ciągle nie było widać. Doszedł do jakiejś zagrody – stodoła, dom, podwórze. Chciał pić. Wszedł na podwórze. Stał na podwórzu mężczyzna w czarnej jesionce. Przedstawił się Pawłowi: porucznik Twardy. Był ranny w nogę. Obaj z Pawłem zaczęli szukać wody. Na podwórze doszła sanitariuszka któregoś oddziału. Została z rannym. Paweł pośpieszył dalej.   - Nie idźcie w tym kierunku, kolego! – wołał za odchodzącym porucznik Twardy. – Tam są bunkry. Tam mnie postrzelili. Bierzcie się jak najbardziej w lewo! Paweł usłuchał i poszedł do przodu w lewo. Ale i tak natknął się na bunkry. W szarym półmroku brzasku na widnym już nieco nasypie kolejowym majaczył kształt kopca. Podszedł bliżej. Zobaczył zasieki z kołków i drutu wokół bunkra, przy jednym z kołków leżącą na ziemi ciemną postać, niżej jeszcze kilka innych.  - Granaty! Granatów trzeba! – zawołała postać przy kołku.  - Nie ma! – odpowiedziano z dołu. Leżeli wszyscy bez ruchu, namyślali się widocznie, co robić?   Wtedy – Paweł to widział na tle ciemnego nieba, jaśniejszego jednak niż kopiec, nasyp i te pod kopcem postacie – z wierzchołka bunkra wyleciał czarny nieduży przedmiot i opadł małym łukiem w dół. Na ciemno-czarnym tle nocy stanęła w oczach Pawła wielka, nieprzenikliwie czarna plama. Kiedy opadła i kiedy przebrzmiał huk, postaci pod zasiekiem już nie było. Paweł z przerażeniem odskoczył biegiem w lewo, w lewo, i jeszcze dalej w lewo… Dostrzegł stos opłotków na nasypie – zestawionych po przejściu zimy w jedno miejsce. Ucieszył się: za tą osłoną nie powinni go z bunkra dojrzeć gdy będzie przekraczał tor. Doczołgał się do stosu opłotków. Spojrzał przed siebie: nareszcie! Cztery pasma szyn – granica okrążenia… Osłonięty stertą opłotków wyprostował się. Zastanawiał się: pełznąć, czy skuliwszy się przebiec? Wybrał bieg. Wyskoczył zza osłony. Gdy przenosił nogę nad pierwszą szyną, ta dźwiękła od krótkiej serii. Momentalnie przypadł na płask do kamiennej powłoki torowiska. Nie strzelali. Nie widzą… Przeczołgał się na druga stronę. Ześliznął po zboczu nasypu. Tuż za nasypem płynął strumień. Szedł środkiem, po kolana w wodzie jeszcze kilkadziesiąt kroków w lewo. W wysokich brzegach strumienia wyprostował się na cały wzrost. Jeszcze, jeszcze w lewo! – nakazał sobie. Wreszcie wygramolił się na drugi brzeg.  Wczesny poranek. Pole – świeżo zorana ziemia, bruzda. W bruździe leży ktoś twarzą ku niebu. Partyzant. Pewnie z oddziału Sokoła, bo w niemieckim mundurze, z mauserem u boku. Zmęczył się i odpoczywa. Paweł pochylił się nad leżącym: śpicie, kolego? Ale spojrzawszy uważniej drgnął: oczy żołnierza były otwarte i nieruchome. – Aha! – powiedział głośno do siebie. Ruszył tą bruzdą w pole przed siebie.  W oddali w szarym brzasku cichego poranka widniał las. W pewnej chwili błysnął nad nim wznosząc się w górę maleńki czerwony punkt. Wskazując go oczyma strzelec Morus – wyrósł nagle obok Pawła jakby z pod ziemi – uśmiechnął się surowo i podniósł z lekka rękę w tym kierunku:  chodźmy, Jantar. Znowu – któryż to już raz – do lasu spływały z pól grupki – zwycięzców czy niedobitków? Las. Dorodny, gęsty. Niewielki jednak, zewsząd otaczają go kilometry otwartych pól. Wyczerpani walką i marszem partyzanci siadają pod drzewami. Znajomi zbierają się  w grupy. Paweł z Morusem położyli się na trawie. Rozglądają się – żadnej znajomej twarzy. Po twarzach widać – niespokojnie tu… O co chodzi? – nie wiadomo, to pewne jednak, że nie tu jeszcze odpoczynek. Ze swoich oficerów widzieli tylko Olszynę. Poruszenie w sąsiednich grupkach. Jakiś obcy oficer każe wstawać. I co? No tak! Znowu obsadzać brzeg lasu. No tak! Już jacyś dwaj przechodzą z rusznicą. Już przelatuje wołanie: Broń automatyczna do przodu! Już słychać kędyś z pola zbliżanie się czołgu. W oczach strach, blade, wylękłe twarze… Milczenie. Jakże się nie chce wychodzić na linię na brzeg lasu. Nie obronią go. Za mały. Czyżby czołówka zmyliła drogę? Tak niewielu ludzi widać    w tym lesie.  Jednak nie! Nie będą bronić. Wychodzą na łąki. Za łąkami widnieje właściwy las – cała ogromna ściana. Zaroiła się łąka. Teraz dopiero widać jaki ogromny tłum przeszedł tej nocy przez tory. Szybko, ku tamtemu wielkiemu lasowi! Uszli ze trzysta metrów – bezładną gromadą, kto z kim chciał – i wtedy… Wtedy Paweł widzi to, czego tylekroć z kolejnych stanowisk strzeleckich w linii upatrywał: sylweta samochodu pancernego na wzgórku z boku łąki. Widoczna na całą wysokość na tle nieba. I w tejże chwili bije do rojowiska ludzkiego na łące z tego samochodu cekaem. Kogoś biegnącego przed Pawłem już podejmują pod ramiona towarzysze – krwawi kolano, po chwili bieleje chusteczką nałożoną w biegu. Pancerka sterczy na wzgórzu, ma setki uciekających jak na dłoni. Nabije ludzi! – myśli Paweł podbiegając pod osłonę sporego wału darniny. Dziwi się, że tak niewielu biegnących robi to samo – uciekają na ślepo. Widocznie tracą głowę z przerażenia.  Ale – co za dziw! – pancerka milknie, choć ciągle ma uciekających w zasięgu. Zawraca. Doprawdy zawraca. Odjeżdża! Już jej nie ma!  Mogła narobić jatek na tej łące. Odjechała nie atakowana. Cud?  Marsz, marsz, jak najprędzej! Jeszcze, jeszcze trochę wysiłku. Nie zwalniać tempa. Pół łąki, trzy czwarte. Koniec. Już las. Nareszcie bezpieczni. Z nowego boru wychodzą na spotkanie  łącznicy. Prowadzą.  O, jeszcze  kawałek  drogi!  Bagnisty  teren.  Całe  sosny  leżą rzucone przez bajora. Jeszcze marsz, jeszcze. Pierwsze placówki. Jeszcze marsz. Las, ciągle las. Dopiero późno po południu ogrody i wieś zewsząd otoczona lasami. Smolary. Paweł odnajduje część swojej drużyny. Jest Natan, Grzmot, Szpic, Zuch. Mają chleb. Udało im się przejść tory w pierwszym rzucie. Drużyna ma osobną chatę. Paweł dostał  gorącej strawy. Rzucił się na legowisko. Co za stara, stęchła, aż czarna słoma! – kwaterowali tu partyzanci sowieccy. Zasypia, śpi kamiennym snem bardzo długo. [5]

1] Fragment wspomnień Olgierda Kowalskiego autora wspomnień „Wspomnienia grudzień 1943 - maj 1945 ”.

2] Fragment wspomnień Henryka Katy autora książki „WOJENNE WICHRY”.

3 Fragment  wspomnień  Antoniego Sienkiewicza ze wsi Piński Most w pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu, spisanych i opracowanych przez Sławomira Tomasza Rocha  więcej na http://wolyn.org/

4] Fragment wspomnień Jerzego Demczuka ;  „Wojenne losy”.

5] Fragment  niepublikowanych wspomnień Stanisława Nikoniuka bez tytułu.

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
44
Artykułów:
444
Odsłon artykułów:
2512442

Odwiedza nas 101 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect