Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Józef Turowski ps. „Ziuk”; Od początku kwietnia 1944 roku 27 WDP AK rozpoczęła okres ciężkich walk o charakterze frontowym, który trwał ponad trzy tygodnie. Bataliony "Gromady" krwawiły na przedpolach Sztunia, Zamłynia, Czmykosu, Pustynki, Stawek, Staweczek i Owłoczyma pod Lubomlem, zaś pod Włodzimierzem Wołyńskim bataliony "Osnowy" dały odpór niemieckim działaniom na południu.

Siły były jednak nierówne. Wojska niemieckie były liczniejsze i lepiej uzbrojone. Dywizja nie dysponowała bronią ciężką. Pod koniec pierwszej dekady walk sytuacja oddziałów polskich stawała się coraz trudniejsza. Niemcy przejmowali inicjatywę dążąc do okrążenia oddziałów polskich. Po krwawych walkach dowódca Dywizji podpułkownik dyp. "Oliwa" - Jan Wojciech Kiwerski postanowił przerzucić oddziały na wschód za rzekę Turię, do rejonu wpływów wojsk radzieckich. Tymczasem zaszły nowe okoliczności. Do strefy działań 27 WDP AK, dowództwo radzieckie skierowało dwa swoje regularne pułki z 16 Gwardyjskiej Dywizji Kawalerii. W nowej jakościowo sytuacji, postanowiono wspólnie podjąć walki, zaczepne celem przejęcia inicjatywy.  O świcie dnia 12 kwietnia 1944 roku bataliony zgrupowania "Osnowa" ("Zając", "Łuna", "Lech") wspomagane przez 56 pułk kawalerii radzieckiej zaatakowały Włodzimierz Wołyński, zaś bataliony "Gromady" ("Kord", "Gzyms" "Jastrząb", "Sokół", "Trzask") przy wsparciu 54 pułku kawalerii radzieckiej zaatakowały pożycie niemieckie pod Lubomlem. Dramatyczne boje na obu odcinkach nie złamały jednak oporu Niemców. Ataki polskie i radzieckie załamały się wobec zbyt silnych jeszcze jednostek niemieckich, operujących na kierunku Kowelskim, sprowadzonych z rejonu Brześcia n/Bugiem i Uściługa. W dniach następnych kryzys-pogłębił się. Poczynając od 13 kwietnia 1944 roku oddziały polskie z 54 pułkiem kawalerii radzieckiej zajęły nową linię obrony na lizjerze lasów Ziemlickich i Mosurskich oraz paśmie błot w rejonie Zabłocia i Pisarzowej Woli. Niemcy parli do zamknięcia "kotła". Ciężkie walki łącznie z atakiem na bagnety stoczyły bataliony "Jastrzębia" i "Trzaska" w dniach 16 - 17 kwietnia 1944 roku, broniąc wejścia do lasów Mosurskich. Dramatyczne walki prowadził batalion "Zająca" o utrzymanie Stęzarzyc oraz batalion "Łuna" o Zabłocie. Dowódca dywizji rozkazał bronić za wszelką cenę rejonu Pisarzowej Woli, przez którą wiodła jedyna droga wyjścia dywizji z okrążenia. Tutaj 18 kwietnia 1944 roku bohatersko walczyły bataliony "Lecha" i "Łuna", wspomagane przez 54 pułk kawalerii radzieckiej. Z dużymi stratami odparto kilka groźnych ataków niemieckich, kiedy obronę załamało dopiero zmasowane bombardowanie około 30 samolotów wroga. W tym dniu 18 kwietnia 1944 roku w lasach Mosurskich poległ dowódca 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK podpułkownik dyp. "Oliwa" - Jan Wojciech Kiwerski. (Pośmiertnie awansowany do stopnia generała brygady). Dowództwo objął major "Kowal" - Jan Szatowski. Nocą 18/19 kwietnia 54 pułk kawalerii radzieckiej podjął nie udaną próbę przebicia się na wschód przez rzekę Turię. W dramatycznej sytuacji major "Kowal" - Jan Szatowski zdecydował się przebijać w kierunku północnym przez tory kolejowe na trasie Luboml - Kowel. Po skoncentrowaniu oddziałów dywizji w rejonie Zamłynia, nocą z 20/21 kwietnia 1944 roku, uderzył na Niemców w rejonie stacji kolejowej Jagodzin, przełamując ich obronę i wyprowadzając większość dywizji do lasów Smolarskich. Następnej nocy przebił się drugi rzut dywizji złożony głównie z batalionów "Osnowy". Część wojska nie wyszła z okrążenia, uległa rozproszeniu, bądź w okrążeniu prowadziła dalsze walki, przechodząc później na Lubelszczyznę. Mimo jednak strat w ludziach i sprzęcie dywizja pozostała nadal jednostką zdolną do dalszych walk. Po stoczeniu bojów pod Sokołem i Holadynem w końcu kwietnia 1944 roku dywizja przeszła do wielkiego kompleksu lasów Szackich na Polesiu Wołyńskim w rejonie źródeł Prypeci, gdzie obowiązki dowódcy przejął szef sztabu major "Żegota" - Tadeusz Sztumberk-Rychter. Do tych lasów przeszło również radzieckie zgrupowanie partyzantów pułkownika Iwanowa.[1]

Antoni Stępkowski ps. „Halicz”; W kwietniu 1944 roku na naszym odcinku frontu nastąpiła duża intensyfikacja walk. Atakowały nas niemieckie jednostki pancerne. W Wielką Sobotę otrzymaliśmy zrzut lotniczy z Londynu. Było w nim trochę broni, amunicji, mundurów, zegarków i dolarów. W Niedzielę Wielkanocną 10 kwietnia ataki niemieckie tak się nasiliły, że sztab musiał opuścić zajmowaną wieś i przenieść się do lasu. Dywizja nasza była coraz bardziej okrążana. Sowieci wycofali się z tego odcinka frontu, zostawiając nas sam na sam z oddziałami niemieckimi. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna a gdy 18 kwietnia w tragicznych okolicznościach poległ dowódca dywizji ppłk Jan Kiwerski „Oliwa”, zapadła decyzja o przebijaniu się z okrążenia. W pierwszej wersji mieliśmy się przebijać na wschód za wycofującymi się sowietami. Później nastąpiła zmiana decyzji i zgodnie z rozkazem przebijaliśmy się na północ na teren Polesia. Najpoważniejszą przeszkodą na tym kierunku przemarszu była linia kolejowa Chełm-Kowel, wzdłuż której Niemcy posiadali bunkry i inne umocnienia przeznaczone do obrony linii kolejowej. Byliśmy zmuszeni pozostawić wozy taborowe i cały absolutnie niezbędny sprzęt przeładować w końskie juki. Poszczególne oddziały uformowane w kolumny ruszyły, pod osłoną nocy, na północ w kierunku torów kolejowych. Pomimo bardzo ciemnej nocy po dojściu pierwszej kolumny do linii kolejowej, Niemcy otworzyli silny ogień z karabinów maszynowych, oświetlające pole ostrzału racami świetlnymi. W krótkim czasie nadjechał niemiecki pociąg pancerny, którego działa i ciężkie karabiny zadały naszym oddziałom znaczne straty. Zginęło wielu żołnierzy a wielu zostało rannych. Tylko część oddziałów przeszła przez tory a reszta pozostała w okrążeniu. Ponowne próby wydostania się z okrążenia ponawiano w kolejnych nocach. W efekcie uporczywych działań większość oddziałów wyszła z okrążenia, jednak spora liczba rozproszonych żołnierzy oraz szpital polowy wraz z rannymi i personelem, pozostali w okrążeniu. Niemcy krążyli po lasach czołgami i transporterami, wyłapywali naszych żołnierzy i nasze przerażone konie. Ja również pozostałem w okrążeniu, nosząc na plecach radiostację, nie zdołałem przedostać się za zbawcze tory. Znaleźliśmy się w bardzo trudnej sytuacji i jedynym miejscem, w którym mogliśmy przeczekać, były rozległe bagna i tam też zatrzymaliśmy się korzystając z szałasów pozostawionych przez partyzantkę sowiecką. Mimo trudnych warunków był to dla mnie czas radości, bo na bagnach spotkałem mojego najmłodszego brata. Na bagnach przebywaliśmy kilka dni, do 30 kwietnia. W tym dniu zostaliśmy przerzuceni na Lubelszczyznę przy pomocy oddziałów partyzanckich z tamtego terenu. Najtrudniejszym elementem przejścia na Lubelszczyznę była przeprawa przez Bug w okolicach Dubienki. Przez wezbraną wiosennymi wodami rzekę, przepływaliśmy w pełnym uzbrojeniu, trzymając się napompowanych dentek ciągniętych na sznurach. Dętki kursowały w jedną i drugą stronę przeprawiając żołnierzy. Miejscowi chłopi nakarmili nas i przenocowali w stertach słomy. Na kolejną noc poszliśmy w hrubieszowskie lasy, gdzie ojciec jednego z kolegów był kierownikiem tartaku. [2]

Kazimiera Błaszczak-Lewenda  ps. „Kicia „: Bandaże trzeba było prać i używać kilkakrotnie .W takich coraz gorszych warunkach przybyliśmy do wsi Mosur  Właśnie od tej chwili zaczęły się dla szpitala dni tragiczne. Każdy dzień to oddzielny rozdział w życiu szpitala . To co dzień nowi ranni, to smutne wieści o śmierci kolegów Kowelaków . W Mosurze mieliśmy stać kilka dni i tam spędzić Święta Wielkanocne . Każda z nas starała się swoim rannym , rozlokowanych po chałupach wiejskich stworzyć warunki w tym dniu domowo-rodzinne. Tak się złożyło , że właśnie w tym okresie miałam pod opieką ciężko rannych a między nimi dowódcę z konspiracji por. „Kruka" (E. Imiałek ) , który po amputacji ręki był w bardzo ciężkim stanie . Przy nim była również jego żona Irena Imiałek  „Bożena" , która na wieść o nieszczęściu męża przybyła z Kowla by się nim opiekować do Zasmyk, potem do Kupiczowa gdzie amputowano mu rękę i dalej dzieliła z nim trudy partyzanckiego życia opiekując się również innymi rannymi. W Wielki Piątek asystuję przy bardzo poważnej operacji  -  ( amputacji nogi aż do biodra )   dając narkozę . Dr. „Osiemnastka" w asyście siostry „Bożeny" i „Iris" zdaje sobie sprawę , że to sytuacja beznadziejna , ale jak się do nas wyraził „ wierny przysiędze lekarza ratować muszę , choć nie mamy już materiałów chirurgicznych (nici) a mógłbym uratować ze trzech rannych tym materiałem „ .Na drugi dzień ranna , operowana Żydówka  zmarła . W sobotę razem z „Bożeną" zaczęłyśmy przygotowania świąteczne. Szorowanie rannych i  sprzątanie chałupy. Potem upiekłyśmy skromne ciasto i umalowałyśmy jajka w cebulaku . Ranni posmutnieli. Przypomniał im się dom . Pośpiewałam im na dobranoc . W świąteczny ranek składamy sobie wszyscy życzenia . Sanitariuszki biegają po wszystkich izbach składając życzenia rannym i koleżankom , szczęśliwego powrotu do domu .1 właśnie w ten świąteczny nastrój wdarły się do szpitala odgłosy strzelaniny i to coraz bliższe .Dostałam rozkaz ubrać szybko rannych , którzy będą mogli się poruszać i wymaszerować do lasu. Na zabranie ciężko rannych nie było możliwości , nie było przygotowanych wozów i czasu na zorganizowanie ich. Niemcy byli już 3 km od nas . Powiało jakoś grozą, bo jak tu zostawić bezbronnych ciężko rannych nie mówiąc im o tym. Porucznikiem „Krukiem" zaopiekowała się żona . Ciężko chorego z wysoką temperaturą wyprowadziła do lasu . Na szczęście oddziały nasze odparły atak Niemców i wróciliśmy wszyscy z powrotem . Ale wieś musieliśmy opuścić , bo wszystkim stało się wiadome , że jesteśmy okrążeni i musimy uciekać dalej do lasu .18 kwietnia 1944 roku dotarła do nas wiadomość o tragicznej śmierci naszego dowódcy 27 Wołyńskiej Dywizji AK płk „Oliwy" Wojciecha Kiwerskiego . To był cios dla wszystkich żołnierzy. Chciałabym opowiedzieć o zdarzeniach , które mi najbardziej utkwiły w pamięci. Tabor szpitalny przemykał się cicho leśnymi drogami aż tu nagle słychać narastający szum czołgów . A wszystko to wydawało się tak blisko .1 naraz strzały , potworny huk pocisków. W jednej chwili powstał okropny zamęt. Konie się popłoszyły , lżej ranni zeskakują z wozów i uciekają Ja miałam pod opieką kilka wozów z rannymi. Każdy z tych wozów ucieka w inną stronę. I naraz widzę przede mną wywraca się wóz do góry kołami . A ja ni wiem czy tam pod wozem nie ma rannych . Krótka walka wewnętrzna . Co robić ? W jednej chwili decyduję się . Zeskakuję z wozu i podbiegam do wywróconego wozu . Rannych tam nie było . Ale w tym czasie moje wozy   odjechały daleko. Wskakuję na pierwszy wóz , który jest bez sanitariuszki i okazuje się , że byłam tam bardzo potrzebna . Jeden nieprzytomny z przebitym płucem i drugi znajomy kolega z Kowla , Kiełbasiński z przestrzeloną szczęką , która wisi i mocno krwawi . Każdy wstrząs sprawia mu okropny ból . Ranny z przestrzelonym płucem kurczowo trzymał się i szarpał tego drugiego . Musiałam ich rozdzielić . Jednemu podwiązałam brodę , drugiego próbowałam uspokoić . Ale ten kilkunastoletni chłopak wciąż płakał , skarżył się na ból i tulił się jak do matki. Musiałam więc udawać i pocieszać . Chory wyraźnie się uspokoił i przytulony ze słowami „  jakaś Ty mamo dobra „ ucichł. Dopiero po kilku chwilach spostrzegłam , że skonał . A wszystko to działo się przy akompaniamencie wystrzałów i potwornego huku pocisków na wozie ciągniętym przez rozszalałe konie . Była to pierwsza śmierć , z którą zetknęłam  się tak blisko. I choć nie znałam imienia , nazwiska ani pseudonimu tego chłopca , był mi jakoś dziwnie bliski . Pod osłoną nocy w głębokiej ciszy pochowaliśmy go w lesie wraz z innymi z myślą , że tu wrócimy i go znajdziemy.Po wielu dniach tułaczki zapadła w tej sytuacji decyzja . Oddziały partyzanckie przedzierają się przez front, a szpital ukryty głęboko w lesie otoczonym bagnami musi jakoś przetrwać i doczekać się przyjścia Armii Czerwonej. Zwykły wiejski wóz był dla rannych łóżkiem szpitalnym w dzień i w nocy , a dachem niebo nad głową. Całe szczęście , że była już wiosna , ale w dni deszczowe i chłodne  noce było ciężko . A było nas już bardzo dużo - około 200 tyś. osób , bo rannych wciąż  przybywało . Do naszego szpitala dołączył szpital „ Osnowy „  ze zgrupowania włodzimierskiego. Zaczęliśmy obawiać się głodu . Nie mieliśmy chleba , zupki były coraz cieńsze i coraz trudniej było ze środkami opatrunkowymi. Bandaże trzeba było prać kilkakrotnie . A do tego zmorą naszą stały się wszy .Nie było na nich rady .Odchodzące oddziały zostawiły nam wszystko co mogło się przydać , a przede wszystkim  żywność . Spowodowało to częściową poprawę sytuacji. Wstąpiła w nas otucha , że chyba przetrwamy i doczekamy się wyzwolenia w tym lesie . Ale niestety. Pewnego słonecznego ranka wraz z rannymi , pełna optymizmu szykuję śniadanie z dodatkowych przydziałów aż tu nagle strzelanina z przeciwległej strony polany , narastający szum , krzyki i naraz wszyscy uciekają wołając : uciekajcie -Niemcy !! Niesamowity popłoch , ranni wyskakuj ą z wozów bez butów , nieubrani . Strzelanina wzrasta , konie przywiązane do drzew bezsilnie się szarpią . Przez las przebiega krzyk strachu . Wszystko co może się ruszać ucieka w popłochu . Mój kolega Kazik Bombol ranny w obie nogi zapomniał o bólu kulejąc i potykając się nieubrany ucieka jak nieprzytomny . Zdążyłam tylko złapać torbę sanitarną i uciekłam z rannymi do lasu. Jak się potem okazało na szpital natknął się przypadkowy patrol węgierski. Wielu rannych uciekło , ale część szpitala dostała się do niewoli. Ja z niewielką grupą znalazłam się w lesie bez żadnych środków do życia . W torbie sanitarnej miałam trochę lekarstw , bandaży ale żywności nie mieliśmy wcale . Zaczęliśmy szukać dawnych miejsc postoju naszych oddziałów , które odeszły  . Znaleźliśmy trochę kartofli i kaszy. Raz dziennie gotowałam wiadro gorącego krupniku .Nikt z naszej grupy nie orientował się gdzie jesteśmy , co dzieje się z reszta szpitala i co mamy dalej robić. Po wielu dniach głodu i błądzenia po lesie spotkaliśmy  gajowego , który zgodził się taką małą grupę wyprowadzić z lasu do siedzib ludzkich .Ustawiliśmy się gęsiego i w największej ciszy szliśmy za nim. Kiedy po pewnym czasie obejrzałam się do tyłu  -  zdębiałam. Za nami szedł długi szereg uzbrojonych partyzantów , którzy wychodzili z ukrycia dołączając do nas . Gajowy wyprowadził nas na skraj lasu . Przed nami w dość dużej odległości była droga a za nią wieś .Mieliśmy iść brzegiem polany a skrajem lasu. Słońce już skryło się za drzewami , robiło się ciemno i naraz na drodze zauważyliśmy jakiś oddział  -  chyba patrol niemiecki . Zdawało się nam , że nas zauważyli. Wszyscy zaczęli uciekać w stronę lasu .  Mnie jest coraz ciężej , bo w torbie sanitarnej mam kartofle i kaszę i to mi utrudnia bieg . Chcąc sobie skrócić drogę , żeby dogonić chłopców biegnę przez polanę na skos ale było to zdradliwe bagno . Im dalej do środka polany , tym głębiej się zapadam . Chłopców już nie widać .Boję się wołać o pomoc . Wreszcie wyszłam na twardy grunt mokra do pasa .Zostałam sama  nie widząc gdzie jestem , nigdzie żadnego światła i ta świadomość , że w pobliżu są  Niemcy. Ogarnia mnie rozpacz . Nie mogę się dostać w ręce wroga . Mój wygląd powiedziałby wszystko . Ubrana byłam w czerwony wiejski kożuszek i wojskowe spodnie . Nagle przypominam sobie , że mam w kieszeni broń tzw. "siódemkę" , którą dał mi „Cygan" na przechowanie , kiedy poszedł na zwiad i nie wrócił . Nie bardzo wiem jak się z nią obchodzić , ale świadomość , że mogę w ostateczności zrobić z niej użytek dodaje mi odwagi. Modlę się żarliwie przytulona do ziemi . Powoli się uspakajam , mówiąc sobie „raz kozie śmierć" . Nagle zauważyłam zbliżającą się jasną plamę , przylgnęłam ze strachu do ziemi . Był to na szczęście mieszkaniec okolicznej wioski , który odwoził rannych do s zpitala i prawie mnie nie zauważył. Całą noc mokra , zziębnięta błądziłam z nim szukając wyjścia , by nie trafić na niemieckie posterunki . Gdy wreszcie dotarliśmy do jego rodziny we wsi Turówka , byłam ledwie żywa i miałam wysoką gorączkę . Rodzina Bronisława Raka , bo tak nazywał się mój wybawca otoczyła mnie serdeczną opieką w czasie choroby. Tu wieczorami przychodzili ukrywający się żołnierze dywizji i od nich dowiedziałam się , że por. "Jastrząb" organizuje w sąsiedniej wiosce „ Kolonia Strzelecka,, oddział z rozbitków i będzie próbować jeszcze raz przejść przez tory na północ. Ale przyszłam za późno  -już odeszli. W Kolonii Strzeleckiej zostałam i tu nawiązałam łączność z naszymi żołnierzami . W wiatraku jednego z gospodarzy była baza partyzancka. Tu przychodzili wieczorami ukrywający się partyzanci . Gospodarz mielił zboże na mąkę , piekł chleb i obdzielał wszystkich . Pomagałam mu gospodarzyć opiekując się jego trójką dzieci, któremu Ukraińcy zabili żonę z niemowlęciem na ręku , a równocześnie miałam kontakt z rannymi ukrywającymi się .Po pewnym czasie do wiatraka powróciło wielu partyzantów , którym jednak nie udało się przejść przez front a wraz z nimi przyszła też ranna koleżanka (sanitariuszka Maria Ilczuk „Maczek") . Miałam ją pod opieką jak i wielu innych .Do Kolonii Strzeleckiej dotarła konspiracja Włodzimierska . Dostarczyli medykamentów , trochę żywności a najważniejsze soli, której brak bardzo odczuwano . Konspiracja zaczęła organizować transporty z miasta po zboże , ziemniaki do Włodzimierza i tymi transportami wywozić ukrywających się żołnierzy . Takim transportem wyjechałam i ja z poleceniem dotarcia do księdza Kobyleckiego we Włodzimierzu . W drodze powiadomiono nas , że Niemcy są zorientowani i szykują zasadzkę . Wszystkie wozy rozjechały się  po gospodarzach i ukryły się. Ja zatrzymałam się we wsi Spaszczyzna u p. Marii Matuszyńskiej , która znała naszą sytuację . Pani Maria Matuszyńska wdowa  -  matka trojga dorosłych dzieci to bardzo dzielna kobieta . Patrole niemieckie kazały mi się codzienni e meldować u sołtysa , on za mnie poręczył, że jestem kuzynką Matuszyńskiej i do miasta nie dotarłam . Później dołączył do mnie już podleczony „Maczek" .A Pani Marii ( znała język niemiecki) ratowała nas przed wywiezieniem do Niemiec, wyrobiła dokumenty , ukrywała przed Niemcami, otoczyła nas serdeczną opieką. Zbliżał się front . Całą wioskę Spaszczyznę ewakuowano za rzekę Bug. Trzeba było przejść most w Uściługu gdzie sprawdzano dokumenty . Pani Maria odważnie i śmiało zagadywała Niemców a ja ukryta za woz em obładowanym tobołami przy kole od wozu szczęśliwie przeszłam .Zatrzymaliśmy się u kuzyna p. Marii w Horodle .Tu dowiedziałam się o losach dywizyjnych oddziałów , o losach szpitala , o tragicznym przejściu naszych żołnierzy przez tory i najtragiczniejszym przez rzekę Prypeć , gdzie zginęło tylu naszych dzielnych chłopców z „Osnowy". [3]

1] Tekst zaczerpnięty z broszury „27 Wołyńska Dywizja Piechoty Armii Krajowej – Skrót działań” wydanej z okazji XXV Zjazdu Żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej w dniach 29- 30-31 VIII 2005 r. w opracowaniu Józefa Turowskiego "Ziuka". Warszawa 2005.

2] Fragment wspomnień; Antoniego  Stępkowskiego :Nasze Połoniny -[Nr 2/78] Moje wspomnienia z walk o wolność Polski.

3] Fragment wspomnień:. Kazimiery Błaszczak-Lewendy  ps „Kicia" Olsztyn 1999 r.

http://smok.hostil.pl/img/Lewenda/wspomnienia/album/Wspomnienia%20sanitariuszki2/KKE%203621.pdf

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
439
Odsłon artykułów:
2473542

Odwiedza nas 132 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect