Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Stanisław Nikoniuk  ps. „Jantar”:  8 lipca kompania Olszyny przechodzi z Uścimowa do Białki – wdowiej wsi, w której Niemcy wyniszczyli wszystkich mężczyzn. Żołnierze chodzą stamtąd w długie patrole aż pod Parczew. W Białce w którymś domu Paweł znajduje książkę – przekład jakiegoś autora obcego. Czyta – nie idzie mu to czytanie. Głowa nie przyjmuje cudzych opisów, przedstawienia niewiele znaczących problemów, cackania się z drobnostkami. Zatłoczona jest doznaniami własnymi, żywym życiem, obrazami przebytej drogi, jej niejasnościami i dramatami. Nie prędko się z tym upora.16 lipca niespodziewana wizyta – odnalazła Pawła w tej wdowiej wsi matka. Przetrwała oblężenie Kowla z sąsiadami w piwnicach domów, potem w grubych murach kowelskiego kościoła. Młodszego brata Niemcy zabrali do taborów, nie wiadomo, gdzie teraz jest. Matce udało się zbiec z transportu kolejowego wywożonej przez Niemców cywilnej ludności – zeszła z pociągu w Chełmie na opatrunek zranionej ręki, zatrzymała się pod Chełmem u znajomych nauczycielstwa Cichych. Trafiła do syna aż tutaj – jechała i szła razem  z sąsiadką z Kowla, której mąż służył u Trzaska. Jak trafiła? Ach, tu jest Polska, nie Wołyń – już w Chełmie dowiedziała się, jak ma szukać swojego partyzanta. O starszym nie ma wiadomości. Cieszył się Paweł, ale przyjął wizytę nie wiele rozumiejąc, co matka czuła, ile się nagryzła. Dopiero gdy sam zostanie ojcem będzie wiedział ile się nacierpiała i namodliła przez czas nieobecności synów. Nie rozumie się rzeczy najoczywistszych, zanim się ich nie dotknie własną ręką…Uspokoił ją, że teraz już jest dobrze, a było – zanim tu doszli, och,  długo by  opowiadać… Obie panie przenocowały w stodole i poszły z powrotem.  W dwa dni potem wychodzi na lasy Parczewskie niemiecka ekspedycja. Alarm! – i ostatnie w dziejach dywizji wołyńskiej okrążenie. Noc znowu pełna strzelaniny i napięcia. Jednak to już nie to, co było pod Jagodzinem i w lesie szackim – to tylko ekspedycja, tam był prawdziwy front. Dywizja wychodzi prawie bez strat i odskakuje za Wieprz. Staje w Czerwonce i Sobolewie. W Sobolewie mija dzień 21 lipca.  20-go zaś od wschodu, od strony przekroczonego z górą miesiąc temu Bugu ruszyła sowiecka ofensywa. Nadchodzą do pułku Pawła meldunki o ruchu Niemców na drogach – odstępują na zachód. Jeden z plutonów łowi kilku Niemców z przekradającego się polami oddziału. Jeden ze schwytanych, młody, chudy żołnierz mówi, przed czym uciekali: - „Panzer da, Panzer hin! Viele, viele panzer!”...  A, skubańcy! Trafiła kosa na kamień! Duch wstępuje w serca żołnierzy. Dowództwo wyznacza cele ataków. Wieczorem 50 pułk uderza na Lubartów. Podchodzi pod miasto w biały dzień polami. W powietrzu nisko lecą samoloty niemieckie. Są chyba próżne, gdyż nie strzelają w kolumnę, zmykają na zachód. Jednak niepoprawny Olszyna włazi blady, z okrągłymi od strachu oczyma pod snopki żyta, na oczach całej swojej kompanii. Już widać kolej przed miastem i właśnie z pod wiaduktu wtacza się ku stacji długi pociąg towarowy. Pułk atakuje. Wystarcza kilka minut ostrzału i cały transport pustoszeje. Chłopcy zbiegają ze zbocza wiaduktu, podchodzą: Żywego ducha w wagonach, a po kątach – jołki, pałki! – toż to mundury, plecaki, konserwy, ba, nawet harmonie! Każdy więc bierze, ile uniesie.  Pułk wkracza do Lubartowa. Cywilna ludność wychodzi na powitanie, wręcza kwiaty.  – Jacy oni są czyści – dziwi się Paweł. – Jakie wymalowane są kobiety!  Kompania rozkłada się na nocleg w budynku szkolnym. Chłopcy przebierają się od stóp do głów w mundury zagarnięte z pociągu – nareszcie mundury! Śpią podłożywszy pod głowy wspaniałe plecaki kryte z wierzchu cielęcą skórą z włosiem. Dokładnie takie, o jakich Paweł pomyślał inicjując patrolkę w zagajnik sosnowy w Lesie Szackim.  Około szóstej rano staje przed szkołą niemiecki lekki czołg, łaciaty od ochronnego narzutu farby. Dojechał aż tu przez miasto, nigdzie nie zatrzymywany po drodze – co to znaczy? Cichy alarm – i kryjąc się za budynkiem szkoły kompania obładowana zdobytym dobrem bierze z jednego podskoku wysoki parkan i ucieka w ogrody. Kto wie, ile jeszcze czołgów idzie za tym pierwszym?  Ale był to już jakiś ostatni. Załoga szwargotała coś do wartownika przed szkołą – wzięła go za Niemca, lecz wartownik uśmiechnął się niewyraźnie i znikł za węgłem. Wywoływano go lecz się nie pokazał, więc czołg ruszył dalej.  Uzbierał się na ogrodach cały tłum. Uspokojeni ciszą w mieście i przed miastem chłopcy wrócili na kwatery. W dzień nadciągają pierwsze jednostki Armii Czerwonej.  Nikt z żołnierzy ni oficerów nie zdaje sobie sprawy z tego, że to już ostatnie pięć dni istnienia wołyńskiej formacji. Dywizja wychodzi z miasta na teren wsi. Na pozór wszystko idzie dobrze, widoczny jest rozwój. Są już podwody w kompaniach – wiozą majątek ogólny   i osobiste trofea. Paweł umundurowany w komplet polowy feld-grau, z biało-czerwoną opaską na otoku czapki, jedzie z kilkoma kolegami i plutonowym z AL podwodą na patrol. Czapkę-uszankę i kożuch złożył na wozie taborowym i… tyle je widział.  - Kwatermistrze! Dranie! – tą klątwą zaczynał swoją służbę, tą kończy. Chciał ten kożuch donieść do domu. Przyjemnie jedzie się podwodą w patrolkę w biały dzień. Nic godnego uwagi nie spotkali. Jest to ostatni patrol Pawła w 27-ej.  25 lipca wieczorem wszystkie bataliony ściągają na jakąś szosę wysadzaną drzewami. Ciepły letni wieczór. Dowódcy wyszli wszyscy kędyś do przodu. W szeregach mowa o tym, że sowiecki generał chce odebrać defiladę batalionów wołyńskich i stąd to zgrupowanie na szosie.  Po dwu godzinach oficerowie wracają. Koniec! Defilady nie będzie. - Żołnierze, składamy broń. Żąda tego dowództwo sowieckie. Prosimy was, byście zrobili to spokojnie. W kompanii podnosi się trochę gwaru, słychać klątwy, lecz nikt nie histeryzuje. Przechodzą szosą kilkaset metrów do przodu ku jakiemuś gospodarstwu obok szosy. Jaśnieje w ciemności długa biała ściana murowanej obory. Kompanie kolejno wchodzą na podwórze i każdy żołnierz odstawia swoją, przeklinaną nie raz jako znak i narzędzie wojny,  a przecież zawsze wierną, doniesioną aż tutaj z Wołynia sztukę broni. Szarzeje pod białą ścianą długi rząd tej broni, stoi, jak narzędzia gospodarskie złożone po zakończonej robocie.  Bezbronni już, gromadzą się nieco dalej nad szosą w małym ciepłym lasku sosnowym. Kładą się na murawie. Jakaś grupa w kącie lasku śpiewa. Nie z radości… Chodzi o zagłuszenie pracy nadajnika: z tego lasku leci do Londynu szyfrówka z meldunkiem  o rozbrojeniu.  Lipcowe poranne słońce budzi wcześnie. Przespali spokojnie cieplutką noc. Spali jednak nie sami, jak widać: na obrzeżu lasku drzemało parę sowieckich czołgów. Tu i ówdzie w dojrzałym do żniwa zbożu czerniały świeżo wykopane dołki stanowisk strzeleckich. O poranku 26 lipca wychodzi z tego lasku rozbrojony Wołyń. Luźne gromady ciągną drogą na Lublin. Po kilku kilometrach pól – jeszcze jeden las sosnowy, spory. Tam następuje pożegnanie rozchodzących się. Uściski, trochę łez.  - Ciągnijcie wszyscy na Warszawę! Zbiórka pod Warszawą! – wołają do rozchodzących się grupek oficerowie.  - Musieliśmy się rozbroić, ale to nie koniec…  - Kto zechce wstąpić do wojsk kościuszkowskich – może, jeżeli chce.  - Ciągnijcie na Warszawę! To nie koniec! Spotkamy się za miesiąc!  Paweł nie rzucił swojej siódemki na stos pod oborą, dostawił do szeregu tylko karabin, siódemkę schował w plecaku. W momencie, gdy się wszyscy żegnali podszedł do kapitana Hrubego i wreczył mu ten pistolet. - Ma siedem naboi – rzekł. – Właściwie dziesięć jeszcze. Panu bardziej się przyda niż mnie. Hruby wziął siódemkę, podniósł do góry, odbezpieczył i wystrzelił.  Z Kowelanami – Zuchem, Szpicem i Grzmotem, z tego ostatniego swojego lasu Paweł pomaszerował drogami na Chełm…………[1]

Roman Domański  ps. „Sęp”: W Głębokim kwaterowało dowództwo dywizji. Z Warszawy przybył dowódca dywizji major "Żegota".lada przed dowództwem we wsi Głębokie na piaszczystej drodze. Wielu żołnierzy nie miało butów i jak tu na baczność przybijać bosymi stopami po piasku .Nasz dowódca kompani por. „Borsuk" nauczył nas żeby podczas marszu na baczność wymawiać "chruum" w takt przybijania nogami i rzeczywiście brzmiało to tak ,jakby wojsko szło po bruku i przybijało nogami, niczym w butach z gwoździami. Dowódcy przyjmujący defiladę byli tym zaskoczeni i zdziwieni - jak to jest możliwe, żeby wojsko maszerujące po piaszczystej drodze mogło wydawać taki odgłos. Do Głębokiego przyjechały z Warszawy dwie sanitariuszki, które nauczyły nas śpiewać piosenki warszawskie i umilały nam życie śpiewaniem. W połowie lipca brałem udział w patrolce rozpoznawczej po terenie zajmowanym przez naszą dywizję. Wyjechaliśmy rano furmanką w kierunku rzeki Wieprz pod Lubartowem. Po dotarciu do wsi Serniki dwóch naszych kolegów stanęło na warcie na moście na rzece Wieprz, a pozostali koledzy czekali na podmianę furmanki obok mostu. Przy drodze do mostu był sklepik do którego chciałem wejść i coś sobie kupić .Nagle od mostu rozległy się strzały z automatu więc szybko pobiegliśmy w tym kierunku. Na środku mostu leżał niemiecki oficer wysokiej rangi co widać było na pagonach, a obok stali nasi koledzy i cywil z którym Niemiec przyjechał na dwukółce zaprzężonej w konia w celu omówienia remontu mostu, który był  do połowy rozebrany. Niemiec z cywilem wysiedli z wozu i zajęci rozmową szli dochodząc do wartowników, którzy podskoczyli do Niemca i krzyknęli  "hende hoch". Wtedy Niemiec chwycił za lufę automatu wartownika "Kobzy"i usiłował go wyrwać ,drugą ręką sięgał po pistolet ."Kobza nie miał innego wyjścia pociągnął za cyngiel i seria pocisków utkwiła w piersi Niemca, który runął twarzą na most. W tej sytuacji szybko wycofaliśmy się z mostu ,a widząc bezradnie stojącego cywila, kazałem mu uciekać, podając mu rękę na pożegnanie. Biegliśmy do głównej drogi przy kościele gdzie czekała na nas furmanka z woźnicą ze wsi Serniki. W powrotnej drodze "Kobza” opowiedział nam szczegółowo pechowe zdarzenie. Odjechaliśmy na czas ,bo od strony Lublina zbliżały się do mostu dwa ciężarowe wozy z Niemcami. Dojeżdżając do Głębokiego z kwatery dowództwa, przybiegł ,żołnierz wołając ,że mamy się natychmiast zameldować u por. "Bratka". Obawialiśmy się kary za zabicie Niemca, ale kiedy dokładnie opowiedzieliśmy cały przebieg sytuacji na moście, por. "Bratek" nie pochwalił nas ,ale uznał, że innego wyjścia nie mieliśmy, bo to była wina Niemca . Gdyby Niemiec dał się wziąć do niewoli, moglibyśmy w zamian uwolnić więzionych przez Niemców wielu Polaków. Wiadomość o zajściu na moście w Sernikach ,dotarła do dowództwa telefonicznie, bo po całym zajmowanym przez naszą dywizję terenie były zainstalowane przewody telefoniczne. 18 lipca kazano nam zgłosić się po żołd do kapitana "Hrubego" we wsi Głębokie ,który był tak śmiesznie mały, że nie chciałem go odbierać . Za siedem miesięcy służby w dywizji to było zbyt mało. Dla świętego spokoju odebrałem ,piwosze mówili , że za ten żołd można kupić jedną buteleczkę piwa. Osiemnastego lipca o godzinie 20,oo rozpoczął się wymarsz naszego batalionu za Wieprz w rejon lasów kozłowieckich, dokąd również  maszerowały pozostałe bataliony dywizji.  Wstępnie major "Kowal" zarządził przemieszczenie dywizji w rejon. Leśniczówki Gościniec, a idąc na Ostrów Lubelski podjął  decyzję przebijania się do wsi Dębica i Zawady. Cofaliśmy się przed frontem niemieckim, który miał  okrążyć i zlikwidować naszą dywizję. W  kolonii Dębica przeprawiliśmy się przez Wieprz i dalej przemieszczaliśmy się na Firlej do lasów kozłowieckich. Jako czołówka szedł batalion "Gzymsa" następnie bat ."Hrubego" bat ."Sokoła" i  bat. "Bratka" . Jako ubezpieczenie tylne maszerował bat. "Jastrzębia". Od strony torów oddziały dywizji zostały ostrzelane rakietami przez Niemców. Wcześnie rano 19-go lipca część dywizji doszła bez przeszkód w rejon Kolonii Dębica. Nad ranem o świcie  przy szosie Lubartów- Parczew czołowy batalion „Gzymsa" otrzymał  silny ogień niemiecki z rejonu Brzeźnica Leśna. Oddział "Gzymsa" odparł Niemców niszcząc im dwa wozy pancerne. Niemcom nie udało się zatrzymać pochodu batalionów, bo ponieśli duże straty w ludziach sprzęcie i broni.  O zmroku uruchomionym promem przeprawiła się przez rzekę kawaleria  rotmistrza "Tomka", a następnie inne bataliony dywizji. 20 lipca batalion "Bratka" stacjonował we wsi Sobolew. Doszła do nas wiadomość, że w nocy samoloty radzieckie dokonały na polanie zrzutu w pobliskim lesie .Nasze oddziały, które stacjonowały w lesie, słysząc znany warkot  samolotów radzieckich ,rozpaliły  trzy ognie w kształcie trójkąta .Był to dany znak miejsca zrzutu i samoloty zrzuciły broń i amunicję. Miał to być zrzut dla partyzantów radzieckich, które nie rozpaliły ognisk. Wczesnym rankiem do sztabu dowództwa dywizji przybył z Lubartowa goniec z listem od miasta dowództwa AK w Lubartowie z prośbą o pomoc w wyparciu Niemców . Batalion "Bratka" stacjonował w tym czasie w Sobolewie, najbliżej położony od Lubartowa i dlatego major. Kowal wydał rozkaz por." Bratkowi” wyruszenia z batalionem do akcji do Lubartowa. Do przedmieścia Lubartowa dotarliśmy przed południem. Uformowany w czwórki batalion maszerował środkiem ulicy ,głównej Lubartowa .Mnie przypadła rola maszerowania chodnikiem po prawej stronie ulicy, w odległości około 50 m przed batalionem . Po lewej stronie szedł mój brat "Ryba". Na ulicach Lubartowa nie było już Niemców, mijałem tylko mieszkańców Lubartowa. Po prawej stronie ulicy czekała na mnie grupa młodych mężczyzn, którzy chwycili mnie na ręce podrzucali lekko do góry i śpiewali, „Jeszcze Polska nie zginęła". Czułem się szczęśliwy ,że taki zaszczyt mnie spotkał. Szybko wyrwałem się z rąk witających i dalej szedłem do przodu. Za chwilę zatrzymała mnie grupka dziewczyn ,które wręczyły mi bukiet kwiatów .Kiedy odszedłem trochę dalej ,  wyjąłem z bukietu piękną różę, a bukiet delikatnie postawiłem na murku ogrodzenia, bo nie miałem jak trzymać karabinu w pogotowiu. Dogonił mnie por. ”Borsuk", dowódca  kompani. Skręciłem z nim w prawo w boczną uliczkę do dworca kolejowego, a za nami szedł cały batalion. Przy dworcu na razie był spokój - nic się nie działo, Niemców nie było. Przy wieży ciśnień stał pozostawiony przez kogoś rower, który mnie zainteresował, ale w tej sytuacji był mi niepotrzebny. Za chwilę niespodzianie z bocznej uliczki wjechała furmanka pełna Niemców, którzy jak nas zobaczyli  , jak diabły wyskoczyli z wozu ,przeskoczyli przez niski płot i znikli nam z oczu za domami. W tym samym czasie na dziedziniec dworca w galopował na koniu niemiecki oficer, zmierzyłem się do strzału ,a por "Borsuk” zrobił ze mnie podpórkę, położył mi pistolet na ramieniu.  Rażony wystrzałem ruszyłem się ,a Niemiec uciekł za budynek kolejowy i znikł nam z oczu. Zbadaliśmy teren przy dworcu, stwierdziliśmy że Niemców nie było. Kompania uformowała się na placu dworcowym i ruszyliśmy w drogę powrotną główną ulicą do szkoły obok kościoła, gdzie lubartowscy akowcy zorganizowali nam wspaniałe przyjęcie. Stoły na sali były nakryte białymi obrusami ,a na nich było czego dusza może zapragnąć, naczynia były wypełnione różnym ciastem, słodyczami, napojami i owocami. Wszystko to było przyniesione do szkoły z magazynów niemieckich przez konspirację akowską Lubartowa .W szkolnych salach roiło się od wojska i cywili ,były też bardzo miłe dziewczęta, które częstowały nas czereśniami i słodyczami. Nie miałem do czego brać te wspaniałości, bo w chlebaku miałem cały bochen chleba, nie chciałem go się pozbyć, ale miła dziewczynka zabrała chleb z chlebaka i nałożyła pełny chlebak słodyczy .Po takiej tułaczce i głodzie poczułem się jak w raju, pomimo dużego zmęczenia byłem bardzo szczęśliwy. Naszą biesiadę nagle przerwał rozkaz  zbiórki i wyjście na ulicę gdzie kompania uformowała się w dwuszeregu. Por. "Bratek" został zawiadomiony, że na przedmieście Lubartowa przy szosie Lubartów- Skrobów wjechał na rampę pociąg towarowy z Niemcami. Wyruszyliśmy główną ulicą i przed kościołem skręciliśmy w lewo w boczną ślepą uliczkę wiodącą do cmentarza. Przed cmentarzem mój brat "Ryba" zobaczył księdza Pozynowskiego z Kowla, poznał go bo służył u niego do mszy w kościele w Kowlu, zamienił parę słów i biegiem nas dogonił. Przeszliśmy w poprzek cały cmentarz i doszliśmy do płotu za którym były tory kolejowe za  wąskim poletkiem z kartoflami. Z prawej strony był  przejazd kolejowy i był widoczny szlaban przy budce strażnika kolejowego. Wybiliśmy  kolbami w płocie sztachety i weszliśmy na pole. Niemcy leżący przy budce strażniczej ziali ogniem, wzdłuż szosy przez co uniemożliwili nam przejście i dotarcie do pociągu, który stał za budynkami przy szosie po przeciwnej stronie. Czekaliśmy na rozkaz i w tym momencie pojawił się przy mnie por. "Bratek", który głośno powiedział "kto na ochotnika zlikwiduje karabin maszynowy" , Ja natychmiast skoczyłem kilkanaście metrów w kierunku przejazdu ,a dalej czołgałem się po kartoflisku. Kiedy zobaczyłem wystające plecy Niemca ,oddałem dwa strzały, za drugim karabin maszynowy ucichł,  bo trafiłem kulą rozrywną w Niemca i droga była wolna. Wstałem i zobaczyłem jak z rampy  jechały dwa ciężkie samochody z Niemcami . Zdążyłem parę razy wystrzelić w plandekę samochodu, a samochody pojechały dalej w kierunku Skrobowa. Dogoniłem nasz pluton i za chwilę zobaczyłem  syczący parą czarny kolos parowozu. Niemcy, którzy nie zdążyli uciec samochodami, uciekali przez porośnięte pole zbożem. Strzelaliśmy do nich kiedy w podskokach ukazywały się im głowy nad zbożem . Po strzale głowa już się nie pokazała. Cały batalion rozproszył się po wagonach. Niemcy w popłochu uciekając zostawili  ciężką  broń, duże zapasy żywności i  mundury, które chętnie braliśmy bo nasze już były w opłakanym stanie, po prostu jak łachmany dziadowskie. W krytym wagonie po środku stał kocioł z jeszcze ciepłą zupą , a na ścianach wisiały na hakach grube kiełbasy. Skakaliśmy po wagonach jak małpy w dżungli po drzewach w poszukiwaniu zdobyczy ,wszystko nas ciekawiło .Wreszcie dopadłem do walizek i jedną z nich dość ciężką zabrałem ,ale od razu dałem koledze do niesienia, bo byłem bardzo zmęczony . Gdy zrobiło się już ciemno ,zarządzono zbiórkę wzdłuż wagonów i wymarsz do szkoły na nocleg, gdzie przygotowano nam na salach łóżka do spania . Do szkoły zdążyliśmy dojść przed burzą, słychać było grzmoty zmieszane z grzmotami artylerii frontowej ,od zachodniej  strony Lubartowa. Na salach panował wielki ruch i głośny gwar żołnierzy .Nastąpił handel i wymiana zdobyczy z pociągu, chłopcy przebierali się w niemieckie mundury Od razu przyszywaliśmy biało czerwone naszywki na klapach mundurów i zakładaliśmy biało czerwone opaski na rękawy. Zawartością walizki podzieliłem się z kolegą przed szkołą , pod zadaszeniem na rowery ,po ciemku, sięgaliśmy do otwartej bagnetem walizki i kto co namacał to było jego .Ja wyciągnąłem aparat fotograficzny kodaka, był bardziej nowoczesny od tego co  już miałem  .Kolega namacał złoty kieszonkowy zegarek, przybory do golenia i butelkę ajerkoniaku. Sala była pełna łóżek, usiedliśmy na łóżkach i rozlaliśmy do kubków ajerkoniak dla całej drużyny . Wypiliśmy na zdrowie jednym łykiem, bo na dnie  kubka mało tego było. Bardzo zmęczony całodzienną gonitwą po Lubartowie, położyłem się na łóżku i usnąłem. Nie wiele było tego snu ,bo po kilkunastu minutach koledzy obudzili mnie.  Nasz pluton otrzymał rozkaz opuszczenia szkoły i objęcia placówki  , przy końcu ulicy głównej ,na szosie  do Lublina - blisko stacji kolejowej. Moja kolej objęcia warty na czujce miała być nad ranem więc zdążyłem jeszcze odpocząć i położyć się na podłodze do snu. O świcie 23 lipca stałem na warcie przed dużym piętrowym domem . Po chwili postoju na warcie, podeszła do mnie kobieta z domku po drugiej stronie ulicy i przyniosła mi w ładnie zawinięty w biały papier kanapki, podziękowałem jej ,zamieniłem parę słów i kobieta poszła do domu. Poprzedniego dnia byłem po prostu objedzony, więc nie mając ochoty na jedzenie położyłem kanapki na parapecie okna. Za chwilę niespodzianie od śródmieścia z bocznej uliczki wjechał czołg, cały oblepiony niemieckim wojskiem ,które do siebie głośno wrzeszczało. Serce mi zakołatało, zaschło w gardle z wrażenia na widok jak moi koledzy ,którzy byli około 30 m. ode mnie ,zostawili karabin maszynowy na drodze i przeskoczyli przez płot do sadu i uciekali przed  Niemcami. Ja wbiegłem do tunelu i schowałem się za drzwi bramy. Ku memu przerażeniu czołg zatrzymał się naprzeciwko bramy, usłyszałem głos Niemca "wohin nach Lublin" i jednocześnie usłyszałem głos kobiety, która ręką wskazała Niemcowi kierunek jazdy i czołg ruszył  w kierunku Lublina. Był to głos tej samej kobiety, która przyniosła  mi kanapki .Wybiegłem z bramy tunelu na ulicę, na której zaroiło się od kolegów z plutonu. Uciekający koledzy mieli szczęście ,że ubrani byli w hełmy niemieckie i mundury , a opaski biało czerwone mieli przykryte pałatkami przeciw deszczowymi, bo inaczej mogli by zginąć. W następnych dniach w Lubartowie zaroiło się od ruskiego wojska .Zginęło naszych dwóch kolegów na ulicy Lubartowa, bo jechali niemieckim samochodem, a ruskie sołdaty otworzyli do nich  ogień myśląc ,że to Niemcy. Nasze oddziały nie mogły już kwaterować w Lubartowie .  Nasz batalion por ."Bratka" zakwaterował się we wsi Kozłówka . W Kozłówce odpoczywaliśmy dwa dni, porobiłem naszej drużynie zdjęcia i sobie też. W Kozłówce nie wiedzieliśmy co nas czeka. Czerwona zaraza od początku istnienia naszej dywizji miała za zadanie od Stalina zniszczyć nas za wszelką cenę . Byliśmy dla nich nie bezpiecznymi wrogami. Ludowe wojsko - niby polskie zorganizowane  przez władze stalinowskie trwało wiernie na usługach Moskwy. Ruska partyzantka i jej dowództwo starało się przy byle okazji aresztować naszych dowódców i to przy każdej okazji to robili jeszcze na Wołyniu .Zorganizowali napad w przebranych mundurach niemieckich na leśniczówkę w której kwaterował dowódca dywizji ppłk. "Oliwa",  który wybiegając na ganek został zabity przez niby Niemców. Pod pozorem braku rozpoznania został ostrzelany i aresztowany oddział plutonu "Siwego" . Zginęło 6-ciu naszych żołnierzy a 8-miu zostało rannych. W przeddzień podstępnego wyciągnięcia  naszej dywizji, władze radzieckie zaprosiły naszą dywizję na przegląd do Lubartowa. .Dostaliśmy rozkaz od dowódców doprowadzić do porządku buty i mundury i przygotować się do marszu do Lubartowa. W dniu 25 lipca wyruszyliśmy około południa całym batalionem por. "Bratka" z Kozłówki w kierunku Skrobowa i do Lubartowa, gdzie miał odbyć się przegląd całej dywizji, około godziny 17tej, Przed Skrobowem cała kolumna zatrzymała się, upływały godziny, a my nie wiedzieliśmy co się dzieje , było to dla nas niezrozumiałe i niepokojące. Między nami krążyły wiadomości, że po polach są przyczajone stanowiska ruskich wojsk z karabinami maszynowymi, a niektórzy widzieli czołgi. Oczekiwaliśmy na rozkaz dalszego marszu do północy i wtedy dostaliśmy rozkaz powstania i  dalszego marszu . Po przejściu paru kilometrów, otrzymaliśmy rozkaz skupienia się na drodze przy dużym piętrowym budynku, gdzie głośno przemówił płk. "Twardy” ,że jesteśmy otoczeni czołgami, artylerią i wojskami sowieckimi . Zapanowała głęboka cisza wszyscy stali w miejscu rażeni taką sytuacją, pułkownik prosił,  żeby złożyć broń, kto chce wstąpić do ludowego wojska może wstąpić, a kto chce iść do domu ,może iść do domu. W zupełnej ciemności ,przeszliśmy przez szeroką żelazną bramę ,na dziedziniec. Przy budynku , ze ściśniętym gardłem  z żalu ,składaliśmy na kupę broń .W ten sposób pozbawiono nas  broni ,którą  opiekowaliśmy się jak małym dzieckiem. Zapamiętałem sobie pomimo ciemnej nocy potężny budynek w kształcie ceownika ogrodzony wysokim żelaznym płotem, z bramą wejściową zawieszoną na murowanych słupach. Broń musieliśmy złożyć - innego wyjścia nie było. Po złożeniu broni poszliśmy do pobliskiego lasku w którym doczekaliśmy się słonecznego poranku i zaczął się ruch w małym lasku, obok którego graniczyło gospodarstwo rolne , była studnia z żurawiem i koryto do pojenia bydła i koni w nim można było się umyć. Obok zabudowań przy lasku słychać było śpiew ruskich piosenek, to śpiewali łącznościowcy ,aby zagłuszyć wycie prądnicy do radiostacji. Dowódca łączności łączył się z Londynem prosząc o decyzję, co mamy w naszej sytuacji robić. Odpowiedź była krótka "radźcie sobie sami, nic nie możemy wam pomóc". Około południa nastąpiła zbiórka, uformowanie rozbrojonej dywizji w bataliony i wymarsz w kierunku Lublina. Wychodząc ze Skrobwa szliśmy na skróty szeroką polną ścieżką wiodącą do szosy Lubartów- Lublin. Kiedy byliśmy blisko lubartowskiego cmentarza, pożegnałem się i mój brat Mieczysław z kolegami z oddziału .Poszliśmy do Lubartowa do księdza Romana Pozynowskiego - uciekiniera z oblężonego Kowla, który mieszkał w drugim domu od cmentarza ,przez który atakowałem Niemców. Ksiądz Pozynowski serdecznie nas przywitał i od razu skontaktował nas z por. "Gruszką" Grabowskim, który też został rozbrojony i zdążył w nocy dołączyć do swojej żony, która wraz z księdzem Pozynowskim zamieszkała w Lubartowie u jej rodziny. Por. „Górka" Grabowski dał nam 500 marek jako zapomogę i przebrał mnie z bratem w cywilną odzież. Długo nie mogliśmy być u księdza bo to nie miało sensu.  28 lipca rano wyruszyliśmy do Lublina na piechotę………… [2]

Jerzy Demczuk ps. „Szpak”: Rankiem 12 lipca ruszyliśmy w kolumnach marszowych w kierunku Parczewa, gdzie w tym czasie przebywała najliczniejsza grupa naszej 27 Dywizji Wołyńskiej. Było tam ponad 3 200 ludzi uzbrojonych, doświadczonych w boju, zdyscyplinowanych, ale też i wymęczonych, rannych i chorych, w podartych mundurach, w butach w opłakanym stanie. Czekali jednak na nowe zadania. Chcieliśmy być razem, by wspólnie razem walczyć już nie tylko o Wołyń, ale i o inne ziemie polskie, a zwłaszcza o Warszawę. Szliśmy przez lasy. Pogoda się popsuła, zaczęło padać. Mokra ziemia przeobraziła się w błoto, przez które coraz trudniej było iść. Jednak my ciągle parliśmy do przodu dziennie pokonywaliśmy około 40 - 50 kilometrów bezdroży. W nocy 14 lipca przekroczyliśmy tory kolejowe koło Rejowca, a nad ranem przeprawiliśmy się przez rzekę Wieprz, częściowo łodziami, częściowo brodem. Przemarsz przez bród nieco nas opłukał i ochłodził. Mnie widocznie za bardzo. Znowu zacząłem kasłać. Po dojściu do wsi Wierkowice zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Spaliśmy cały dzień. Ja miałem gorączkę i dostałem jakieś pigułki. Trochę pomogło. Wieczorem otrzymaliśmy nowe zadanie, zmiana kierunku marszu z północnego na południowy i odebranie zrzutu dla naszej Dywizji. I znowu całonocny marsz bezdrożami w błocie. Maszerowaliśmy nocą ze względu na bezpieczeństwo oraz utrzymanie zadania w ścisłej tajemnicy. Otrzymaliśmy rozkaz unikania jakichkolwiek zbrojnych potyczek, dlatego kolumna była dobrze ubezpieczona. 17 lipca, nieludzko zmęczeni, dotarliśmy do wsi Kawęczynek. Jednak dowódcy poganiali nas, by jak najprędzej odebrać zrzut. We wsi mieliśmy otrzymać podwody i już w przyzwoity sposób dotrzeć z powrotem do Dywizji, która w tym czasie toczyła ciężkie boje w okrążeniu, rozbijając oddziały Niemców i własowców. Zalegliśmy pokotem. Nawet jedzeniem się nie interesowaliśmy. Jednak odpoczynek nie trwał długo. Na nogi poderwał nas alarm do wsi zbliżali się Niemcy! Konsternacja była chwilowa podporucznik „Głaz” nie stracił głowy. Rozkazał ukradkiem przebiec za wysokim żytem do pobliskiego lasu. Niemcy nie zauważyli naszego manewru. Zobaczyli jedynie kilku śpiochów, do których otworzyli rzadki ogień. Utworzyliśmy linię obronną na skraju lasu, jednak Niemcy nie zaatakowali. Cały dzień leżeliśmy w ukryciu, czekając na ruch Niemców. Wieczorem powróciliśmy do wsi na posiłek i odpoczynek. Represji w stosunku do mieszkańców nie było. Niemiecki oddział rekwirujący żywność zabrał jedynie kilkanaście kur, kilka prosiaków i dwie krowy. Następnego dnia wyznaczono 15 osobowy patrol, który miał za zadanie odebranie zrzutu. Reszta Batalionu wycofała się do lasu. 19 lipca patrol powrócił. Na kilku wozach wieziono uzbrojenie, amunicję i umundurowanie. Nasz pluton otrzymał działko przeciwpancerne, a mnie powierzono funkcję amunicyjnego. Byłem nim tylko jeden dzień. Cieszyłem się z nowego munduru. Jednak ponownie się rozchorowałem, a mój Ojciec wykorzystał okazję i razem z łącznikiem dowódcy Okręgu AK wysłał mnie do Lublina na leczenie. Do Lublina dotarłem samochodem 22 lipca rano. Ulokowano mnie na plebanii kościoła, niedaleko dworca kolejowego. Zajęli się mną dwaj studenci medycyny. Zaczęli od baniek. Potem jakieś zioła i napary. Kuracja była jak wówczas sądziłem bardzo skuteczna. Po południu nie miałem już gorączki. Noc przespałem bardzo dobrze, nie kasłałem. Czułem się coraz lepiej.  24 lipca Lublin został wyzwolony. Nazajutrz rano dowiedziałem się, że odbędzie się defilada przed nowymi władzami Państwa Polskiego, PRL - PKWN. W defiladzie miała wziąć udział miejscowa organizacja zbrojna AK. Ubłagałem moich medyków i księdza, żeby pozwolili mi wziąć w niej udział. Po długich prośbach uzyskałem zgodę. Ruszyliśmy o godzinie 12-tej. Ja szedłem na samym końcu miejscowej kompanii AK. Byłem dumny z możliwości defilowania w wolnej Polsce. Gdy zbliżaliśmy się do trybuny, polska orkiestra wojskowa zagrała Warszawiankę. I stała się rzecz dziwna wiwaty zaczęły cichnąć. Ludzie płakali. Nie pozostali obojętni i sami defilujący, a nawet orkiestra. Ja ryczałem jak bóbr. Od tego czasu, gdy słyszę Warszawiankę widzę płaczący tłum w Lublinie i znów płaczę. Powróciłem szczęśliwy do swojej kwatery. Jako jeden z pierwszych defilowałem w wolnej Polsce!  Tak wtedy myślałem... [3]

1] Niepublikowane wspomnienia Stanisława Nikoniuka, udostępnione przez córkę Magdalenę Wawer.

2]Fragment z>> Akcja "Burza"-krwawe walki 27 WDP AK na Wołyniu. O wolność i niepodległość Polski na Wołyniu, Polesiu i Lubelszczyźnie  << spisane przez  Romana Domańskiego

3] Fragment wspomnień Jerzego Demczuka „ Wojenne losy”

 

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
439
Odsłon artykułów:
2490788

Odwiedza nas 51 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect