Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Lasy Szackie! W tej nazwie skupia się szczytowy dramatyzm wołyńskiej partyzantki, zawarta jest istota pojęcia  p a r t y z a n t k a  dla wszystkich, którzy ów maj 1944 roku  w tych lasach przeżyli. Jest to bez mała miesięczny postój, zakłócony 5 maja atakiem Węgrów, a 21-go maja zburzony bezpardonową koncentryczną akcją niemiecką, która spycha wołyńską formację  w bagna, czyniąc z niej dywizję raczej błotną niż leśną. Lasy Szackie!… Bez taborów, bez szpitala, bez zaplecza gospodarczego, z tym tylko, co każdy we własnych rękach przeniósł przez ogień pod Jagodzinem, zdani gospodarczo przez długi czas każda drużyna sama na siebie, każdy żołnierz tej przedziwnej piechoty na własne nadkruszone siły… Wprawdzie jest dowództwo i, jak słusznie podnosił plutonowy Kalosz, myśli za wszystkich i widać iż robi, co może – Paweł widzi przede wszystkim dowódcę 50 pp majora Kowala, ruchliwego, energicznego, zawsze na czele, nie z takich ludzi, jak Siwy, którego poraziła panika i uciekł haniebnie pod Zamłyniem - wprawdzie są obaj księża, dzielni kapelani Rafał i Prawdzic, jest grono dzielnych i spokojnych do końca oficerów, bliskich przez swoją postawę żołnierzowi, ale sytuacja dywizji i jej perspektywy widziane z tamtego lasu oczyma szeregowców rozbitej i ciągle bitej jednostki są takie, że całość trzyma się bardziej dzięki obręczy nieprzyjacielskiej zaciągniętej wokół tego kompleksu lasów niż dzięki hartowi ducha.  Dowództwo prowadzi, ma rozeznanie w terenie, mapy, rozkazy władz zwierzchnich, ma inne spojrzenie niż szeregowcy na wszystko, co się dzieje i przez co się przechodzi, ale nie może, czy także i nie chce, czy nie potrafi, czy tez samo już nie ma energii dzielić się z tym, co wie, z szeregowcem. Nie dzieli się, wymaga tylko posłuszeństwa i wierności, gdy tymczasem zasoby tych cnót na takim szlaku, jak ten, który wiódł przez Czmykos, Staweczki, Owołczym, Mosur, Zamłynie, Jagodzin, Smolary, krytycznie się wyczerpały i teraz ducha żołnierzy rozkłada nędza postoju w lesie szackim.  W odczuciu Pawła, jego kolegów, każdego, z kim Paweł może porozmawiać, zresztą nie tylko w odczuciu lecz namacalnie, w całej empirycznej rzeczywistości tego postoju, jest to nędzna, coraz nędzniejsza wegetacja, nie wiele różniąca się od wegetacji jakiegoś pierwotnego człowieka w pierwotnej puszczy, a nawet gorzej niż to, ponieważ na tak wegetującą, zahukaną, zepchniętą w knieję gromadę ludzi czyha z każdego kierunku formacja prześladowców zorganizowanych, odżywionych, ubranych, sprawnych, uzbrojonych po zęby,  górujących nad gromadą orężnie od cekaemów po samoloty.  Robi się coraz ciaśniej w tym lesie, coraz ciaśniej. Jest to strefa frontu. Dopiero potem żołnierz dowie się, z kim miał do czynienia: z dywizjami przeciwnika, dla których walka  z tym leśnym licho zbrojnym ludkiem jest ot, przeczesywaniem lasu w strefie frontu, uprzątaniem miejsca dla mającego się tutaj odbyć starcia z równorzędnym przeciwnikiem napierającym od Wschodu. Nieprawda iż Niemcy boją się wchodzić do lasu! Tak to sobie wyobrazi później naiwna, chełpliwa piosenka bądź opowiadanko wykoncypowane za biurkiem. Nie boją się! Dowiedli tego wołyńskiej 27-ej już nie raz i ciągle od nowa powtarzają ten dowód. „Oby jak najprędzej nadeszły ciężkie bronie sowieckie i przepędziły wściekłych Niemców” – notuje Paweł ogryzkiem ołówka w kończącym się notatniku.  Chmura czarnych myśli zatruwa świadomość szeregowca w tym lesie. Sam jednak las jest do 21 maja jak jeden wielki, zielony, szumiący dom. Zapewnia spanie, osłonę, roztacza mnóstwo uroczych widoków – jeśli kogo jeszcze stać na zwrócenie na to uwagi, jak Pawła, który notuje: „Jaśnieją jasnozłotym młodziutkim listowiem młode graby i brzózki, jak świece płonące w mrocznej kaplicy o wysokich zielonych witrażach”. Nie skąpi żywicznego powietrza, wody z bajora, chrustu na ognisko, ale tworzy tylko dach i ściany: ubogi to dom     – nie ma w nim żadnej żywności, a ludzi jest parę tysięcy, bo stoi tu także partyzantka sowiecka. Po żywność trzeba z lasu wychodzić. Nieskwapliwie opuszczają chłopcy zielony cień i zacisze. Ku wsiom stojącym na otwartej przestrzeni rozświetlonej całym niebem podchodzą w napięciu, ostrożnie, jak dzikie zwierzęta – otwarty teren jest groźny. Nawet nocą gwiazdy lepiej jest oglądać przez konary drzew, prześwity między koronami wysokopiennych sosen – wystarczy dojrzeć jedną, nie trzeba całego nieboskłonu. Wychodzą z lasu także jednak chętnie – ponagla nowy znajomy tych chłopców –  głód. Paweł wielokrotnie uczestniczy w takich wyprawach. Smętne są. Wychodzi się z workiem, jak na żebry, wraca się z workiem coraz pustszym. Paweł pamięta chatę w rzadkim podlesiu, przez które prześwituje srebro jeziora. Chata drewniana, nie pobielona wewnątrz ni na zewnątrz. Wchodzi do wnętrza. Gospodyni krząta się przy chlebowym piecu – wsadza właśnie placki-podpłomyki. Paweł siada na ławie przy oknie. Rozgląda się po kątach i ścianach. Zna takie wnętrza wiejskich chałup, sam na Zielonej mieszkał w podobnym. Ale co za dziwne uczucie teraz go zastanawia: rozgląda się po tym domu, jak po czymś obcym… Dziwi się: jak człowiek może w tym mieszkać, czuć się spokojnym? Ma wrażenie jak gdyby wszedł do klatki. Źle jest w tych czterech ścianach, śpieszno mu stąd – wychodzi. Nie usiedział kwadransa. Klatka! Nie ma gdzie się obrócić, niczego nie widać w żadnym kierunku. Podziękował – nie będzie czekać na podpłomyki. Wyszedł z kawałkiem czerstwego chleba. Z progu natychmiast obwodził wzrokiem przedpole, potem flanki i tyły, całą otwartą przestrzeń. Cisza. Pusto. Ciepły, łagodnie zachmurzony poranek, nikogo podejrzanego w pobliżu, w ogóle nikogo, ale śpiesznie zawraca do lasu. Nie dowierza spokojowi sadyby. Już nie raz z podobnej wiejskiej ciszy buchał nagle strzał, narastała strzelanina, biły armaty i zaczynała się znowu ucieczka.  Na skraju lasu zbierają się koledzy – zaglądali do dalszych chat. Podchodząc rozkładają ręce: nie lub bardzo niewiele. Po trzech dniach Paweł znowu na ochotnika wychodzi z większą grupą. Idą teraz w innym kierunku, długo, głębokim, prosto przeciętym w masywie dorodnego boru duktem, potem dróżką meandrującą wśród drzew, wykrotów, bagienek, kałuż, dalej ścieżką przez leszczynowy zagajnik, wreszcie zupełnym bezdrożem po kępach przez brzozowy młodniak – nie do opisania jest rozmaitość tego lasu. Grupę prowadzą ludzie lepiej obyci z lasami niż Paweł, prowadzą bezbłędnie. Rozproszoną kilkunastoosobową gromadą wychodzą na łąkę, wchodzą na podmokłe ogrody wznoszące się nieznacznie ku tyłom wiejskich zabudowań. Nie wchodzą do budynków – na pewno już nie ma po co. Cel wyprawy jest tu, w ogrodzie: rozkopany dół z kartoflami. Ktoś się już tutaj pożywił – Sokół, czy Jastrząb?… Do dzieła! Paweł włazi do dołu jeden z pierwszych, nabiera pół worka. Będzie na parę dni dla całej drużyny. Wyjątkowo zasobny dół! Każdy bierze ile da radę unieść. Z chat nikt nie wychodzi na ogród, nawet nikt nie wygląda. Wracają. Chwilami Paweł zatacza się – ciężko jednak. Karabin przewieszony przez pierś przekrzywia się kolbą do dołu – równowagę trzeba poprawiać łokciem, obu dłońmi krzepko ściskać szyjkę worka. Wziął więcej niż inni – cieszy się. Doniesie. Drużyna ma jeszcze mąkę i trochę łoju. Wymiesza się utłuczone kartofle, mąkę, łój – będzie „psiocha”. Psiocha – od pies… Główne teraz pożywienie. Znakomita! Nie zbrzydła, ciągle każdemu za mało. (…będą żony miały kiedyś zdumiewająco niewybrednych mężów..). Twarda to szkoła – lasy szackie! Puszcza pierwotna. Pierwotnieją w niej chłopcy spędzeni z obszaru niewyrafinowanej przecież wołyńskiej i poleskiej cywilizacji. W porównaniu   z trudami ich bytu, ich nędzą, nędzą bezdomnych włóczęgów najbiedniejszy tabor cygański stanowiłby jednostkę  ekonomiczną wyposażoną po królewsku. Nie uwierzy w to, kto tam nie był.  Pierwotniejąc w  tym lesie młodzi Wołyniacy dostrzegają w zamian za to rzeczy elementarne. Na przykład doniosłość takiego przedmiotu jak garnek… Mieć go lub nie mieć więcej tu znaczy dla życia i samopoczucia niż potem mieć wszelkie wygody i luksusy. Przechodząc wsie nie gardząc już tym prastarym ludzkim wynalazkiem, oczyszczają wieś      z wszelkich jego typów. Skwapliwie podnoszą nawet rzucone pod płot wysłużone żeliwne baniaki, poobijane rondle, kruche gliniane garnki, wszelką rozmaitość, w której jeszcze jako tako da się gotować. Nie lekceważą zupełnego starocia – lepsze sztuki już inni zdążyli sprzątnąć albo też chłopi ukryli należycie, doświadczywszy jaka to piechota przechodzi. Biorą przeciekające, dziurawe – nic to! Wystarczy przetknąć dziurę szmatką. Bogaty jest, kto ma menażkę – lekkie, eleganckie naczynie, ale takich bogaczy jest niewielu. Po paru typach różnych garnków z gliny i żeliwa Paweł ma w końcu menażkę. Moment wejścia w jej posiadanie winien był zanotować, lecz wtedy ostra niezbędność stosowania konkretu rzeczy przesłaniała cały horyzont jej znaczeń. Ważne, że ma, że nie ukradł. Ma ją do spółki z kolegą, z którym ustala współpracę gospodarczą i zawiera z jej gruntu wypływająca przyjaźń. Jest to strzelec Kogut, chudy i wysoki, blady Kowelanin, starszy o dwa lata od Pawła, zamknięty w sobie, nieufny. Doniósł menażkę tu z samego domu, upilnował przed złodziejami.     Z pośród wielu stron życia w lesie szackim Paweł z satysfakcją wspominał później celebrowanie rozdziału mięsa dla drużyny. Padają krowy pod nóż na skraju biwaku. Skąd jeszcze kwatermistrzostwo je ma? - drużyna nie pyta, w milczeniu odbiera swój przydział surowej wołowiny. Leży drużyna na gładzi igliwia pod sosną, przed szałasem skleconym   z  gałęzi,  przykrytym  gałązkami,  mchem,  ściółką   zgarniętą  z  pod  drzew  –  przyniesiono przydział! Leży  drużyna wpatrzona w kęs mięsa – czeka! Dzieli Paweł. Niezmiennie on, na to się wszyscy zgodzili – to dla Pawła niemałe wyróżnienie! Tnie mięso scyzorykiem ze starannością kreślarza, rysującego precyzyjny szkic, na idealnie równe porcje, w każdej jest jednakowo mięsa, jednakowo łoju. Patrzący nie wnoszą żadnych pretensji – dzieli Jantar, mają do niego zaufanie.  A że patrzą jak dzieli, to dlatego iż człowiek zaczyna wpatrywać się w tym lesie rzeczy, których istnienia i znaczenia nie dostrzegał dotąd i nie dostrzegłby, nie będąc tu, przez całe może życie. Poza tym są głodni. Żaden nie może mieć mniej, żaden więcej – to oczywiste. Wreszcie – nie zaszkodzi popatrzeć… na wszelki przypadek. Najsrożej wpatruje się w ten obrzęd Szpic. Po Zamłyniu przestał narzekać. Za to spojrzenie ma coraz dziksze. Kończy się ceremoniał i kontemplacja podziału, wstają i dwójkami, trójkami rozchodzą się do swoich garnków, sposobią przydzielony surowiec. Ten i ów wyciąga z kieszeni jeszcze jakieś własne jadalne okruchy, garstkę grochu, ćwiartkę cebuli, przynoszą wodę z wykopanej opodal jamki lub z szarzejącego nieco dalej bajora – odbywa się gotowanie. To gotowanie zajmuje ogromnie dużo czasu, stanowi główną treść dnia. Jest to sztuka,  w której celuje Kogut. Byle mu tylko dostarczyć surowca. Cierpliwie, starannie obierze  i pokroi kartofle, precyzyjnie potnie ząbek czosnku – Paweł zdumiewa się, na jak długo starcza mu jednej główki zdobytej gdzieś na wyprawie do wsi, - doda parę ziarenek grochu, zasmaży garsteczką mąki na łoju w dekielku menażki, przyprawi zupkę, pieczołowicie ustawia menażkę na ognisku, dorzuca gałązek, dmucha, nigdy nie przegapi momentu kipienia – co za mistrz i geniusz cierpliwości! Koegzystuje tak z Pawłem od wyjścia ze Smolarów.  W warunkach tego postoju każdy żołnierz musi się stać swoim własnym kwatermistrzem    i kucharzem. Na gotowaniu schodzi cały dzień. Sprawniej to idzie w drużynach posiadających wiadro, ale menażka jest jednak ostatecznie lepsza – w marszu, w odskoku… Wiadro jest podstawą wspólnoty gospodarczej najwyżej drużyny. Pluton musiałby dysponować kotłem,   a kotły zostały pod Mosurem. Siedzą lub kręcą się wśród śmigłych wysokopiennych sosen zbiedzeni żołnierze -partyzanci. Wszystko układa się samo przez się – bez pouczeń, bez instrukcji. Dnie schodzą na krzątaninie wokół strawy, noce na spaniu w ciasnych pachnących pleśnią i ziemią szałasach. Ogniska rozkwitają trzy razy dziennie. Wieczorami wyraźnieją skupione wokół nich twarze i ręce. Twarze brudne, o otępiałym, surowiejącym spojrzeniu. Ręce spękane, czarne od garnków, uwędzone w dymie, zgryzione przez komary. Mydła nikt nie ma. Odzież zawszona. Czochrają się, przebierają palcami szwy ubrań. Trzaskają opite krwią  pasożyty  w zawziętym docisku paznokci. Syzyfowy trud! Nie pomaga nawet wygotowanie koszuli we wrzątku.  Oglądnąć się wstecz na Szacki Las, skwitować nędzę tego biwaku uśmiechem  i powiedzeniem: twarda szkoła!... po latach jest ładnie i łatwo, ale usiedzieć tam w gronie głodnej, zgnębionej drużyny, zapatrzeć się osowiałym wzrokiem w potrzaskujące płomieniem ognisko, rozejrzeć się po twarzach towarzyszy, po rozrzuconych w lesie dalszych takich samych ogniskach i drużynach, po całym biwaku, całej jego surowej nędzy skontrastowanej   z wiosennym przepychem obojętnie życzliwego wiosennego boru, wieczorem podświetlonego blaskiem ognisk, w dzień migocącego fantastyczną grą światłocienia, i ciągle trawić                w myślach – którędy się doszło do tego lasu, i jak, i co jutro? – było coraz trudniej. Toteż nikt się zbytnio nie zdziwił, gdy pewnego poranka nie zapłonęły ogniska na pokaźnej części biwaku Trzaska. Dezercja! Paweł wiedział że będą uciekać już od wczoraj. Dowiedział się od swego przyjaciela z oddziału  Trzaska,  strzelca  Kmicica.  Gdy  rzecz  została  u  nich  postanowiona  ostatecznie, Kmicic odwołał Pawła z biwaku trzeciej kompanii nad bajoro. Stanęli obaj pod zwartą ścianą miedzianokorych sosen. Odbyła się pamiętna rozmowa. - Jak chcesz, to idź. Idźcie! Ja o tym nikomu nie powiem. Ale ja zostaję. Ja tak nie mogę pójść. Jeszcze nie mogę. Może zastanów się i ty jeszcze raz. Może nie powinieneś… W imię czego? – pytasz - No choćby w imię twojego pseudonimu, w imię tego, cośmy w latach okupacji czytywali na Zielonej – Trylogii… Słowackiego… Wszystkich… Tego, co nam wpojono w szkole, w domu, w kościele. Tego, o czym tutaj w tym lesie ksiądz Rafał mówi   w kazaniach. I w imię tego, cośmy robili dotąd. - Nie, Paweł! Ja już nie mogę. Już nie widzę żadnego sensu tej poniewierki. Ja już po prostu nie mam sił, rozumiesz? Plutonowy Jaworski zna przejścia, przeprowadzi mokradłami za Prypeć. Za tydzień będziemy na Zielonej. Zielona i Kowel na pewno są już wolne. Powiedziałem ci o tym dla twego dobra, możesz dołączyć do nas. Nie chcesz, to rób jak uważasz, ale ja już nie mogę. Wymieniwszy swoje racje, uznając je za równie silne, Jantar i Kmicic rozstają się. Paweł żywi trochę żalu do przyjaciela, ale rozumie go. Dokonali każdy swojego wyboru. Ilekroć spotykali się na tym biwaku zamieniali kilka słów, w oczach obydwu było jednak pytanie o chleb. Dowództwo widocznie wyczuwało na co się zanosi, gdyż wieczorem w przeddzień dezercji na nabożeństwie majowym pułk wysłuchuje w kazaniu księdza Rafała płomiennej pochwały cnoty wierności. Brak w notatkach Pawła obszerniejszego zapisu tego kazania, jest tylko w kalendarzyku przy dacie 9 maja króciutka ocena: „porywające!”  Tym nie mniej nazajutrz z szałasu do szałasu rozchodzi się wiadomość:  pół Trzaska zdezerterowało… Mija 10-ty, 11-ty maja. Dwunastego kowelski pułk składa przysięgę. Przemawia major Żegota – krótko, dobitnie. Piętnuje dezerterów jako zdrajców. I bodaj także wtedy dla przeciwwagi odznacza kaprala z któregoś oddziału krzyżem Virtuti Militari za zatrzymanie czołgu granatem w jednej z bitw. Po szałasach trzeciej kompanii niewiele jest rozmów o dezerterach. Poszli sobie, niech idą. Jak się nadzieją na Niemców – pożałują. Lepiej trzymać się razem do końca, choć staje się już wszystko naprawdę nie do zniesienia. Jednak może się skończy jakoś wreszcie… Nie kończy się. Jest coraz gorzej.  Odzież będąca odzieżą i pościelą od miesiąca, ciągle na grzbiecie, w słotę i w pogodę – drze się, dziw, że jeszcze nie opada, że jeszcze znosi dalsze kilometry kluczenia po gąszczach, po najdzikszych zakątkach lasów. Nie wytrzymałoby takiej eksploatacji żaglowe płótno. Nie ma żadnej zmiany. Sporadyczne wymiany i nie wymiany u chłopów niewiele poprawiają – chciałoby się powiedzieć: stan umundurowania, śmieszne to jednak słowo dla oznaczenia przyodziewku 27-ej. Szczęście wielkie, że zaczęła się wiosna, że robi się coraz cieplej. Umundurowanie… W lesie szackim już poniektórzy oficerowie zaczęli chodzić  w postołach – łapciach z łyka. Hrubemu znakomicie owe łapcie poleszcuckie pasowały. Chwalił ich nadzwyczajną lekkość. Paweł nie zapomni widoku strzelca Zucha ściągającego szarą konopną nitką rude sukno mużyckich portek wziętych u Poleszuka – gruby lecz stary, zleżały chłopski samodział. Co postój w marszu, Zuch sadowi się pod drzewo i bierze się za swoją syzyfową robotę uśmiechając się przy tym obronnie i klnąc. Pościągane w jednym miejscu portki puszczają    w drugim. Znów postój – gdzie Zuch? Ledwo go widać z trawy pod drzewem – naprawia przeklęte spodnie.  Stoi w szackim lesie partyzantka sowiecka. Ci mają lepiej! Zostawiają po sobie cenne resztki. Nadchodzi  dzień i dla Pawła,  gdy  na  skraju  ich  obozowiska pochyla się  nad  kupą  szmat i wybiera z niej spodnie, czarne w szare paski, brudne i zawszone. Są do niczego, stracha na wróble w to ubrać, ale lepsze nieco niż zdarte ostatecznie świecące dziurami płócienne portki Pawła. Przebiera się. Niebawem zacznie je reperować tak samo, jak Zuch. Na szczęście frencz a la Stalin uszyty przez matkę z sowieckiego koca i takim że kocem pokryty kożuch zrobiony z rękawów ogromnej baranicy wuja przetrzymują próbę do końca. Najlepsza jednak jest czapka, papacha sowiecka, Poemat mógłby napisać o jej zaletach! Wystarczy pod głowę wzgóreczek, korzeń, kupka chrustu czy liści i poduszka gotowa! Szorstkawe szare futerko grzeje uszy, skronie, kark i śpi się znakomicie. Niemieckie buty dobrze wytrzymują przemarsze. Na noc przydałby się dłuższy kożuch, do marszu jednak lepszy jest jaki jest.  - Wiesz, Jantar, jak wyglądasz? – powiedział raz drużynowy Natan do zadumanego, wspartego ciężko o karabin, zapatrzonego w ognisko kronikarza – Jak zesłaniec sybirski… -  A ty, jak szofer, w tej skórzanej kurcie i pilotce. Przydziału wołowiny coraz mniej – zabrakło już krów i owiec. Kartofli coraz mniej – już tylko kilka sztuk na żołnierza dziennie. Niczego nie przynoszą wyprawy po żywność – okoliczne chutory i wioski kompletnie ogołocone. Chłopi rozkładają ręce: byli tu już od was… nic nie ma… sami już nie mamy. Szperanie po kątach rzeczywiście nic już nie daje. Chytrzą też diad’ki! Na kolejnej wyprawie drużyny po żywność stary chłopina klnie się, że nic już nie ma, że byli tu już… Drużyna myszkuje po izbie i komorze – nic! Jeden Syrena nie przewąchuje kątów chałupy, nie zagląda nawet do stodółki starego, idzie ku niewielkiemu bagnu za stodołą. Człapie przez wodę na środek, penetruje małą wysepkę utworzoną przez korzenie paru ciasno rosnących sosenek. Idiota? Nie! Geniusz! As wywiadu! – wykrzykują koledzy, gdy wraca. Uśmiecha się od ucha do ucha, mruży oczka, pokazuje kawałek zżółkłej, starej słoniny, przeraźliwie chudy. – O, znalazł żem. Tam ją w tej kępie trzymał, skurczybyk Poleszuk! Post coraz sroższy. Na kolację Paweł gotuje podjęte z ziemi sczerniałe obierki od kartofli. Śmierdzą! Niepodobna tego przełknąć. Na drugi dzień szpera w pobliżu sowieckiego biwaku, znajduje głowę cielęcą rzuconą pod krzak. Zeskrobuje scyzorykiem drobiny mięsa przyschnięte do kości, wkłada do menażki, zalewa wodą, gotuje, próbuje jeść – mdłe! Gdyby choć uncję soli! Potem wałęsając się między biwakami podnosi z ziemi krowią racicę. Ma      z tego, z miękkiej środkowej części, rozgotowaną masę. Z wyglądu i smaku – klej!   W oczy zagląda głód. Wielka wyprawa wysłanników wszystkich oddziałów na chutory Huty Ratneńskiej po prowiant wraca przepędzona ogniem artylerii, nękana w odwrocie przez „ramę” śmigającą tuż nad wierzchołkami drzew i bijącą z broni pokładowej w podejrzane partie lasu.  Woreczek fasoli dla drużyny, talerz kwaśnego mleka i kartoflany placek zjedzony w jednej z chałup – to wszystko, co Paweł zyskuje z tej wyprawy. A, jeszcze to: popatrzył na wysokie zielone żyta, na osypane kwieciem sady, wchłonął w płuca haust pachnącego powietrza sadów i pól. Cisza w tej wsi była tak słodka, jak ongiś na Zielonej. Ale już po godzinie uciekał w tłumie do lasu: buchnęła z tej słodkiej ciszy artyleria. W obozie głód. Ćwiczenia, które dowódcy usiłują przeprowadzać w plutonach są ponad siły. Są to proste ćwiczenia: bieg ku stanowiskom, padanie i powstawanie w biegu. Lecz pół godziny takiego ruchu i pluton słabnie, nie może dalej. Przy zginaniu się ku ziemi w głowie szum, mąci się w oczach. Jest to już krawędź omdlenia.  Dobrze, iż dowódca kompanii, porucznik Wilczur wie, co się dzieje z jego piechotą. Skraca ćwiczenia,  pozwala  wracać  do  szałasów.  Mówi na zbiórce do siedzących półkolem: Kaszy, zwykłej kaszy, parę worków jakiejkolwiek kaszy i postawiłbym was na nogi. Nic dla żołnierza nie jest bardziej pożywne niż kasza. Czasem na takich siedzących zbiórkach kompania próbuje śpiewać zachęcana przez porucznika, który mówi, że śpiew dla żołnierza… Ale niewiele z tego śpiewu wychodzi. Nie klei się. A pod sosną na samym skraju biwaku leży chłopaczek. Uśmiecha się blado do Pawła, gdy ten nad nim przystaje. – Wszystko mi z kiszek wycieka – mówi cicho. Nikt się nim nie zajmuje. Koledzy dadzą trochę przełknąć z tego, co ugotują, wszystko jednak przecieka…  Leży cierpliwie, cichutko lub siedzi oparty o pień, ręką przytrzymuje postrzelony brzuch.  I nikt w całym pułku nie ma na to rady, żadnej, najmniejszej rady. Dostał w brzuch pod Smolarami, szedł jednak i doszedł aż tu. Dalej nie pójdzie.  Zasoby żywności wyczerpane. Cztery kartofle na dobę. Parszywy nastrój. Sparszywiały też stosunki w kompanii: okradają się z mizernych resztek jedzenia. Upatrzą u kolegi schowaną w torbie ostatnią kromkę chleba, zmawiają się i w chwili nieuwagi właściciela, czy wtedy, gdy śpi – kradną. Okradziony podnosi wrzawę, idzie ze skargą do dowódcy.   - Żołnierze! – woła dowódca na zbiórce - Będziecie się wstydzili tego całe życie! W oczy sobie nie będziecie mogli spojrzeć przy spotkaniu…Niewiele to pomaga. Kradzieże, meldunki o kradzieżach, kłótnie i skandale są na porządku dziennym. Oburzony Paweł notuje gotowym określeniem: „Plwają na siebie i żrą jedni drugich”. „Banda!” dorzuci dalej. Jeden z gapiowatych podoficerów bierze się z rana do czyszczenia pistoletu, zamiast broni wyciąga z kabury kamienie. Paweł kładąc się spać zawsze przesuwa swój pistolet pod bok, pod brzuch, pod plecy – pamięta o tym przez sen – śpi na pistolecie. Pogarda – oto, co czuje wobec tych złodziei. Okradali się syci, teraz okradają się głodni. Sparszywieli, zdemoralizowali się – obyż tylko   w jego kompanii… Banda to, nie wojsko! Sam wszakże dopuści się niehonorowego postępku, gdy warunki potem nieco złagodnieją, gdy pojawią się jeszcze jakieś skromne, nie wiadomo już skąd zdobyte przydziały mięsa. - Dzielisz im to mięso i dzielisz i co z  tego masz? Weźże trochę więcej łoju dla nas…- podszeptuje Kogut. Paweł usłuchał, podrzuca ku swojej porcji parę gramów więcej. Ale erkaemista Klucz natychmiast podnosi protest. Pawłowi robi się głupio. Żałuje, że tak łatwo dał się nastawić Kogutowi.  Zresztą sojusz z Kogutem jest wyłącznie gospodarczy. Paweł poznaje go z rozmów nieco bliżej, stwierdza zupełnie odmienną postawę. „Różną nas ideie i filozofia” – notuje w strzępiącym się zeszyciku. Wspomina brata – jakże inaczej byłoby z Joginem… Ktoś puścił słuch, że Kozioł znalazł kronikę, ale z kolei sam ją zgubił. Wierzyć temu – nie wierzyć?... Gdzie znalazł – przed torami, czy tu po tej stronie?  Dokąd wobec tego doszedł brat? Gdzie teraz jest? Kozioł plątał odpowiedzi. Buja zapewne.  Wspomnienia z lasów szackich przemieszały się w pamięci Pawła – nie potrafi podać dokładnej chronologii pomniejszych, chociaż ważnych wydarzeń. Przemieszały się w jeden zielono-szary, błękitno-czarny rozmazany kłąb. Nie tak jednak zdecydowanie czarny był ów kłąb, jak w wypadku Kmicica, który kto wie, jak i czy w ogóle doszedł do domu? Ani nie tak beznadziejnie czarny, jak u tych towarzyszy, co tylko ciężkimi przekleństwami odgryzają się losowi.

Paweł swój los znosi inaczej. Ma duże rezerwy siły duchowej. Czerpie z nich, jest tego świadomy. Krzepiąco działa na niego gorące słowo kazań księdza Rafała. Kapelan mówi o Polsce. Ku niej idą i dla Niej cierpią. Mówi o Królowej Korony Polskiej. Ryngraf z Jej wyobrażeniem i Białym Orłem u spodu zawiesza nad patykami ołtarza na sosence. Ksiądz usiłuje rozpalić tymi symbolami ducha wycieńczonej wołyńskiej piechoty. Nawołuje, by każdy się poczuł i stał się teraz, tak właśnie teraz!, rycerzem Polski i Jej Królowej. Z coraz ostrzejszym odczuciem bezsensu sytuacji 27ej kaznodzieja zmaga się wskazując sens. Polega on na tym, że już sama obecność Dywizji w tych lasach jest walką, ponieważ wiąże siły wroga wokół tych lasów, zmusza do atakowania i tym samym odciąża front. Z trudem dochodzi ta idea do świadomości zgonionej, zgłodzonej, wycieńczonej piechoty. Sens? W tym gniciu w lesie? W niemożności podjęcia działań zaczepnych?  W ciągłych ucieczkach przed wrogiem? Jestże to sens? Dopiero z perspektywy późniejszych lat, szerszego rozeznania, z porównania z działaniami innych formacji partyzanckich zgodzi się Paweł, że teza ta była jak najsłuszniejsza. Zgodzi się i przeboleje to, iż z bliska, od środka wyglądało to wszystko tak mizernie, tak nędznie. Cóż tedy podtrzymywało go na duchu prócz sugestii kapelana – stańcie się rycerzami! właśnie teraz! Co jeszcze trzymało go, gdy przechodził swoją – jak to nazwie później za Conradem – „smugę cienia” w tamtych lasach i bagnach?  Młodość – po pierwsze. Z tego zdawał sobie sprawę już wtedy. Widział kilku starych ludzi w szeregach 27-ej. Ich twarze z wyrazem bezdennej rozpaczy. Jeden z tych starszych nie mógł iść. Znaleziono mu chudą, kościstą szkapę. Jechał na niej, sam chudy przerażająco…Dalej – modlitwa. Modli się Paweł w tym lesie. Rankiem oddala się od szałasów. Staje. Przez zieloną, rozchybotaną, szumiącą, a czasem cichą masę boru spogląda ku wschodniej połaci nieba, błękitno-złotą od słońca, białą od czystej bieli obłoków, i odmawia litanię do Królowej Korony Polskiej, Królowej jego i owych rycerzy oszukujących głód całodziennym gotowaniem nędznej strawy, tłukących wszy, przecierających broń szmatami bez oliwy, bądź wałęsających się bezradnie po obozowisku. Paweł zna litanię na pamięć. Każdego poranka odmawia ją w ten sposób – na ustroniu, zapatrzony na wschód, ku stronie, gdzie został Kowel, matka, młodszy brat. Zwrócony twarzą w tamtą stronę modli się i wie, że to samo teraz czyni matka. Paweł wierzy. Po prostu wierzy. Z Kogutem nie rozmawia o tym. Nie zrozumieliby się. Trzecie źródło siły, wytrwania – to poezja. Chodząc po tym biwaku szackim często myśli całymi strofami poezji, którą chłonął przed tym przez lata. Pod drzewem w trawie znajduje właśnie w tym lesie kilka wydartych stron chrestomatii rosyjskiej. Wiersze. Jeden jest wyraźnie zaadresowany do niego.

 

 

(… Pojąłem życie.

Swój los, jak Turcy lub Tatarzy

Wdzięcznością jednakową darzę

Za wszystko. Bóg? O szczęście

go nie proszę

I zło w milczeniu znoszę.

Wschodnich to niebios toń wysoka

Może z nauką ich proroka

Mnie pogodziła. Poza tym

życie bez przerwy koczownicze,

Trosk, trudu pełne dni i noce

Przygniotły myśl i brak jej mocy,

Zbolała dusza pierwotnieje

śpi serce. Dla wyobraźni

brak przestrzeni,

Głowa bez pracy jałowieje.

Jedynie leżeć można w cieniu

Wśród traw…   ).

Uderza Pawła tożsamość sytuacji, tożsamość nastroju i postawy poety, który ten wiersz napisał. Przynosi treść pokrzepiającą. Wkrótce zna wiersz na pamięć.  To są rezerwy duchowe Pawła. Sprawdził je w lasach szackich. Bardzo dużo pozwoliły znieść.  Sytuacja oddziałów 27ej z dnia na dzień staje się gorsza. Ostatnia wyprawa po żywność nie polepszyła sytuacji żywnościowej, pogorszyła wojenną. „Rama” nie przestaje się kręcić nad lasem już trzeci dzień.  Pogodny, świeży, słoneczny poranek w lasach szackich 21 maja, godzina 9 – 10. Pojawia się w kompanii porucznika Wilczura kapitan Hruby. Porucznik zbiera kompanię i obaj oficerowie, bardzo spokojni, spokojnie prowadzą przez rzadki las sosnowy wyścielony bujnym zielonym dywanem jagodnika. Cisza zalega las. Chroboce roztrącany butami zielony jagodnik. Po dziesięciu minutach spacerowego marszu oficerowie zatrzymują kompanię, każą żołnierzom rozstawić się wzdłuż dróżki i zająć stanowiska dobrze maskowane. Wygląda to, jak gdyby kompania wyszła na jeszcze jedne, zbędne, nie wiele dające a uciążliwe ogromnie ćwiczenia. Chłopcy tak właśnie myślą. Krzywią się – znowu komuś zachciało się tych ćwiczeń… Trudno. Poszwendają się po lesie, poleżą, ile się da. Zalegli w linii, leżą niemal niewidoczni w jagodniku. Lecz oto kapitan – dziadek leśny z nieodstępnym leszczynowym kijem w ręku, na nogach onuce i łapcie sznurowane do łydki – przechodzi wzdłuż stanowisk i powtarza… Co? co? Nie strzelać, dopóki nie podejdą blisko! Podpuszczać na całkiem pewny strzał! Nie strzelać za wcześnie!  Cisza w lesie, najmniejszego szmeru. Przez prześwity zieleni nad głowami wpadają do wnętrza lasu smugi i całe snopy słońca.  Cóż to za rozkaz? Do kogo nie strzelać w tej ciszy? Głupie pytanie! „Rama” wczoraj nie na próżno latała całe popołudnie!  Więc to nie ćwiczenia… Kompania leży, jak kazano. Nad jagodnikiem sterczą tylko głowy: każdy sprawdza, kogo ma za sąsiada z prawej, kogo z lewej? Ciągle cisza. Trwa niezmącona – ile już? – chyba z pół godziny. Niedzielny poranek w tym zakątku lasu jest cudny. Nadal cisza. Żadnego ruchu w przedpolu, chłopcy popatrują ku górze w oka błękitu obramowane gęstą iglastą zielenią. Ciągle cisza.  I nagle - gdzieś z prawej strony, daleko w gęstwinie rozpruwa tę ciszę gwałtowna seria z elkaemu. Chłopcy Wilczura nieruchomieją na stanowiskach. Dłonie lgną do spustu i lufy karabinu. Świdrując wzrokiem przedpole pocięte miedzianymi kolumnami sosen, mroczno-zielone w tle, przytrzymują oddechy. Tak tego dnia – od spokojnego wymarszu z biwaku i powolnego, zupełnie ćwiczeniowego obsadzenia linii kompania wchodzi do boju. Elkaemowi odpowiada natychmiast seria równie gwałtowna o nieco innym brzmieniu i tak samo długa - jak gdyby krawiec przeciągnął maszyną bardzo długi ścieg w poprzek płótna. Rozlegają się buchnięcia pojedynczych wystrzałów, huk w tamtej stronie gęstnieje, puchnie jak kasza na ogniu. Kompania Wilczura leży, wpatruje się w swoje mało przezierne przedpole, nasłuchuje. Ku piętom Pawła spływają z całego ciała dobrze znane maleńkie ukłucia – impulsy lęku. Spogląda jeszcze raz na prawo: w jagodniku szarzeje sylwetka Morusa – leży nieco niżej od Pawła. Na lewo – Kogut, bardzo wyraźny w zieleni w swoim kolejarskim granatowym płaszczu. Spotykają się wzrokiem, próbują się uśmiechnąć. Płyną minuty, strzelcy leżą, jak napięte sprężyny. Knieja z przodu na prawo grzmi wystrzałami na cały las, tu u Wilczura ciągle cicho. Znowu pojawia się kapitan Hruby, podnosi kompanię, prowadzi kilkanaście metrów dalej, rozrzuca wzdłuż nowej linii - wytycza ją machnięciem swego kija. Znowu kompania kładzie się w jagodowym buszu linią nieco rozwichrzoną w nierówny zygzak, gdyż każdy stara się mieć przed sobą gruby odziemek drzewa. Paweł pamięta o nogach: wewnętrzne kostki stóp dociska do ziemi. Pamięta jak nisko szedł ogień pod Jagodzinem.  W przedpolu, rozmigotanym od światła i cienia nadal nie widać żadnego ruchu, żadnej oczekiwanej podkradającej się postaci przeciwnika. Własnej linii zaległej na płask także nie widać. Ta połać lasu - gdyby ktoś mógł spojrzeć z boku, z wysokości dorosłego człowieka – wydaje się zupełnie pusta. Jeszcze jeden kwadrans mija w bezruchu, nadal nikogo  w przedpolu lecz oto nad głowami kompanii zaczyna coś ciapać i pacać drzewa. Pod Mosurem, gdy Paweł po raz pierwszy znalazł się w strefie takiego pacania kul– było to w polu, wśród rzadkich zarośli – mimo woli odwrócił twarz od kierunku, skąd nadchodził gwizd kończący się takim ohydnym pacnięciem. To samo zrobił Jogin i inni koledzy. I wtedy ów stary sierżant-pijaczyna, który pytał Pawła: Jantar, Jantar, skąd u ciebie taki pseudonim? krzyknął ku braciom zgorszony: Nie odwracać się! Patrzeć na wprost! To był moment, gdy Paweł stał się żołnierzem. Tu obstrzał idzie na razie wysoki, ślepy. Zaczynają spadać drobne gałązki ścięte kulami. Potem zniża się - na miodowej korze pni już tu i tam bieleją rozprucia. Pociski tną zieleń, słychać ich lot, syki, świsty i zderzenia z drzewami. Przedpole zapełnia lekki niebieski dym prześwietlony smugami słońca. Po linii przechodzi rozkaz: strzelać w ten dym! nisko w dym! I wtedy bujny zielony jagodnik wybucha wystrzałami. Wydaje się, że las nie pomieści już więcej huku lecz to dopiero preludium. Bo oto łupi coś nagle w wierzchołek sosny z łoskotem piorunu. Cios łamie gałęzie, ich darcie się, trzask miesza się z szurgotem odłamków i ciężkimi pacnięciami o ziemię. No tak! Tak, jak zawsze! Bez artylerii się nie obędzie. Bije już na dobre. Skąd jednak wie, że oni właśnie tu leżą? Na odcinku kompanii Wilczura coraz więcej dymu i huku. Pociski detonują w wierzchołkach drzew, łamią konary, niektóre przenikając niżej strzępią pnie, inne rozrywają się z ziemi. O kilkanaście kroków od linii wykarczowana pociskiem wyskakuje      z ziemi i przewraca się, jak długa, gruba, stara osika. No tak! Jest już i „rama” – słychać ją nad lasem, chwilami widać jak plami czysty błękit prześwitów. Huk, świsty i syki kul, stukanie i szurgot odłamków, detonacja za detonacją, buchnięcia własnych karabinów – cała gama bitewnego hałasu w uszach, zwielokrotniona echem, a przed oczami już nie przesłona dymu lecz ogień, żywopłot ognia – pali się poszycie.           Z przed ściany ognia wyskakuje nagle wprost na stanowisko Pawła ruda sarenka. Staje, jak wryta o kilkanaście kroków – błysk czarnych oczu, wilgotny błysk nozdrzy, uszy wachlarzami ukośnie – i skręt w bok – trzy susy – znika w gąszczu na lewo.  Hruby nakazuje jeszcze jedną zmianę linii – usuwa kompanię z przed żywopłotu płomieni. Chłopcy odstępują pojedynczo, po kolei wstają, biegną chyłkiem od drzewa do drzewa, kładą  się. Mają chwilkę wytchnienia. Tymczasem cały las wokół nich kipi wystrzałami, huczy, grzmi oddając echo z kniei do kniei. Pociski dział łomocą z góry, regularnie jak cepem.  W południe zapada cisza. Słychać trzask płonącego poszycia i już nic więcej. I oprócz dymu i ognia niczego nie widać. Strzelcy podnoszą się ze stanowisk, uśmiechają się. Ktoś mówi głośno: - Ty, Kozioł, nie podnoś flinty tak wysoko, gdy strzelasz… Zadzierasz ją na 45 stopni jak pies ogon. To nie zenitówka. Co ty,  przeciwlotnik jesteś?  Kozioł uśmiecha się z zażenowaniem. Flintę rzeczywiście ma imponującej długości, postawiona na ziemi sięga mu do nosa. Jakiś angielski typ karabinu.  Cisza trwa długo, więc Paweł podchodzi do Natana:                - Słuchaj, moglibyśmy z drużyną wyjść teraz do przodu. Zobaczymy ile tam po krzakach zabitych Niemców. Obłowimy się…Paweł ma w chlebaku wołowy gnat z kawałeczkiem mięsa. Nie zdążył z rana ugotować.  W tej ciszy znowu kusi go wyobraźnia – widok plecaka wyładowanego jadłem. Natan chwilę się zastanawia:  Dobra!  Idziemy!  Zbiera się przy Natanie kilku ochotników – Grzmot, Morus, Syrena, Koza – uprzedzają pozostałych, że wychodzą w przedpole, nakazują: nie strzelajcie, gdy będziemy wracać. Dwójkami za drużynowym wychodzą na skraj boru, zaszywają się w gęsty choinkowy młodniak dostatecznie wysoki. Skradają się przez ten zagajnik ku przodowi. Nad głowami bezmiar majowego błękitu. Serca młócą, każdy krok pełen czujności. Są pewni, że nastrzelali na swoim odcinku Niemców – tyle przecież posłali strzałów w tym kierunku… Popycha wszystkich to samo pragnienie co Pawła: zebrać plecaki – będzie chleb, konserwy…Uszli nie więcej jak kilkadziesiąt kroków, gdy Natan – jakby na żmiję nadepnął – gwałtownym w tył zwrot rzuca się bez słowa biegiem do tyłu. Drużyna momentalnie za nim,  i jednocześnie z bliska tnie w ich kierunku seria z automatu. Chłopcy nurkują w zwarty gąszcz choinek, wypadają w bór ku swoim. Paweł podnosi w biegu czyjąś czapkę. Blady, przerażony Natan pośpiesznie wyjaśnia Hrubemu co się stało:  - Doszliśmy do przecięcia się dwóch ścieżek i patrzę: z bocznej zbliża się ku nam grupka umundurowanych – niemieckie płaszcze, hełmy, automaty przez pierś. Widzę, że jeden pierwszy mnie spostrzegł, chwyta za automat, więc ja – chodu!  Seria w patrol Natana zawiązuje bój od nowa. Patrol wlatywał na swoje stanowiska wśród gwizdu kul. Tym razem ogień na linię Hrubego i Wilczura idzie gęsty, niski, zawzięty. Kompania odpukuje się ze swoich kabeków deszczowi rzęsistego maszynowego ognia. Chłopcom robi się nieswojo od tak nierównego dialogu. Niewiele poprawia sprawę dziesięciostrzałowiec Morusa, a Klucz widocznie nie ma już naboi do swego francuza – wcale go nie słychać. Może być tragicznie z kompanią… Jeszcze trochę poleżą, a potem?  Wszyscy oddychają z ulgą, gdy z boku z lewej odzywa się rzęsiście jak ulewa elkaem któregoś z sąsiednich oddziałów – Sokoła chyba. Odziemki sosen dziurawione są coraz niżej, nad samą ziemią. Kompania leżąc spłaszczona u ich stóp odbija się gorączkowo. Hruby w czasie zacisza obchodził linię i wyjaśniał, że tutaj za wszelką cenę muszą wytrwać do wieczora. Niektórym przerażonym chłopcom wyjaśniał to przy pomocy swego leszczynowego kija, gdy zbyt panicznie zmieniali stanowiska i nie chcieli kłaść się dobrowolnie na nowej linii. Paweł z pewną satysfakcją zauważył, że to właśnie spotkało Koguta, który na moment ogłupiał ze strachu: z miny było widać, że popędziłby jak szalony gdziekolwiek przed siebie, byle dalej od linii!  Jest już godzina chyba trzecia po południu. Nasilenie walki przenosi się znowu na prawo od  kompanii  Wilczura,  tam,  skąd  się  wszystko  zaczęło.  Na  linii Wilczura  znowu  pełny spokój. Ale niebawem spokój ten zakłóca nowy dźwięk dochodzący gdzieś zupełnie               z bliska – cienki i słaby na tle huku bitwy, szmer raczej, tylko, że to już szmer czołgów!… Więc Hruby daje znak do odwrotu. Kompania odchodzi luźną gromadą, mija swoje obozowisko, szałasy, popioły ognisk, wchodzi w nową dzielnicę. Spokojnie tam, mroczno – kończy się niedługo dzień. Z bocznych partii lasu spływają inne grupy, gromada powiększa się, idzie bez rozmów.  Porucznik Wilczur został na linii na zawsze. W czasie pierwszej przerwy w bitwie Paweł wyszedł kilkanaście kroków do tyłu i widział: na dwu karabinach podłożonych pod ciało czterech chłopców niosło zabitego. – To porucznik Wilczur – powiedzieli. – Leżeliśmy dobrze ukryci, szedł niegęsty ogień i Wilczur podniósł się na kolana zobaczyć, co w przedpolu, i wtedy – cała seria w brzuch…Pochwali go gdzieś niedaleko, płytko – w pośpiechu. Zniknął też, nie ma go wśród odstępujących, drużynowy Natan. Po tej patrolce miał twarz przerażonego. Uciekł? Zabity?  W niewoli? – nie wiadomo. Paweł nigdy go już nie spotka. Drużyna trzyma się sama, chłopcy pilnują się, żeby być razem. Wszyscy z kompanii, poza poległym porucznikiem i zaginionym Natanem wyszli z bitwy cało. Kapitan Hruby kroczy u czoła gromady w milczeniu. Cichną dalekie odgłosy walki. Jeszcze z pół godziny do zachodu słońca. Gromada przechodzi zacienioną ukośnie ulicę duktu. Czyjaś siekiera, a może pocisk zwaliła w poprzek duktu duże liściaste drzewo. Ktoś wyjaśnia: Przesłonili widzialność, bo strzelali, dranie, z działa po tej przesiece.  W miarę odchodzenia ustala się ogólny kierunek odwrotu – jak zawsze… Jak zawsze ktoś gdzieś u czoła prowadzi. Już doszli do krawędzi lasu. Bezpośrednio stąd zaczyna się bagno porośnięte z brzegu wysoką łozą. Z leśnego obszaru spływa ku tym łozom coraz więcej ludzi. Milczenie, jak gdyby nikogo tu nie było. Słońce zaszło. Ciemno. W zupełnej ciemności formuje się kilka gromad i każda po kolei w pełnym milczeniu wchodzi w bagnisko. Nie jest głębokie, woda tylko do kolan, można iść. Emocje całodziennej bitwy zagłuszyły głód, teraz głód zagłuszają emocje tego pochodu. Słychać chlupot i bulgot wody – nic więcej. Pod nogami woda i miękkie dno bagna. Reszta jest nocą. Nie myśli się o niczym prócz jednego – iść po tej wodzie jak najciszej. Ujść jak najdalej – dopóki noc. Dwa krańce nocy nie śpią. Dalekie baterie niemieckiej artylerii z lewego krańca ciemności biją daleko na prawy kraniec, ku majaczącym widmowo mętnoczerwonym łunom. Paweł znowu, jak na mosurskiej porębie oczyma wyobraźni widzi olbrzymie przęsło podniebnego mostu budowane przez tory pocisków szybującym ku tamtym łunom. W pewnej chwili, po przejściu może kilometra tej bagienno-wodnej drogi, prostopadle do ruchu kolumny jakaś bliska bateria z lewej strony posyła kilka płaskich strzałów nad powierzchnią bagna.  – Chryste! – strwożył się Paweł -  Jakże to będzie! Jak się położyć w tej wodzie czołem ku tej baterii?  Ale kończy się na kilku wystrzałach. – Może pomyśleli, jeżeli słyszą chlupot na bagnie, że stado krów wraca przez wodę z pastwiska… Znowu jest tylko ciemność, cisza, ostrożny w tej ciszy chlupot wody. Kojąca cisza  i ciemność. W krzakach wysokiej łoziny, z których wychodzili w to bagno, w ciemności majowego wieczoru, zapamiętale rozkląskał się słowik. – Pragnąłem – myśli Paweł – skuć bydlakowi mordę za ten śpiew! Kolumna idzie bagnem przez całą noc. Gdy się rozwidnia, dochodzi do jakichś kanałów, głębokich  po  pierś.  Bez  szemrania, nie zdejmując ubrań,  unosząc tylko  nad  powierzchnię wody broń oddziały biorą tę przeszkodę. Milcząc ocieka na torfiastym wale porucznik Olszyna. Już daleko za nim został czas, gdy się domagał przerzucenia kładki przez rów. Stłoczeni w krzakach wikliny ludzie schną od ciepła własnych ciał. Znużeni, głodni,  utytłani w bajorze, przemoczeni do nitki – odpoczywają. Milczą. Nie lamentuje nawet strzelec Szpic. Sytuacja jest jasna: chodzi o przedarcie się z życiem – obojętnie już – jak i którędy…Tak oto 21 maja 1944 roku całodzienna bitwa zamknęła długi postój w Lasach Szackich  i tegoż dnia nocą piechota wołyńska, jak stado bobrów, zapadła w błota Polesia. Przez trzy następne doby ma miejsce taki sam manewr: w dzień, od pierwszych chwil  świtu, stłoczone w niewielkim lasku, w zaroślach, w wysokich kępach u skraja błot, oddziały warują cichutko nie paląc ognisk, nie wychylając nosa poza to miejsce, a nocą przemykają się dalej. Kilka bochenków chleba zarwanego cichcem u Poleszuków musi starczyć na batalion. Ile kilometrów było tej grząskiej, mokrej, czyrakogennej trasy, przez jakie ostępy i uroczyska wiodła? – szeregowiec Jantar widział lecz nie wiedział i nie dowiedział się potem. I nie dowie się, gdyż potem przez 10 lat nikt się nie zejdzie, ani zjedzie, by sobie to wszystko wyjaśnić, a  przez następne dziesięć pozaciera się ostrość wspomnień i powstaną niedokładne rekonstrukcje, których nikt nie uściśli wędrując szlakiem Dywizji, ponieważ tereny te odcięła na zawsze granica. Powoli, w miarę jak okolica uspokaja się, wraca ludzki obyczaj gotowania strawy, suszenia odzieży u ognisk. Ale przed tym jest jeszcze noc 25 maja. Takiej drogi jeszcze nie było! Głębokie, zimne bagnisko, głębsze niż wszystkie dotąd. Woda sięga Pawłowi najpierw do pasa, potem po pierś. Nieuważni, mniejsi wzrostem, tracą grunt pod nogami – trzeba ich podciągać nad powierzchnię. Paweł przez parę minut pomaga nieść nosze z rannym Bogdanem. Surowy brzozowy drążek wrzyna się w bark, Paweł zapada po szyję, karabinem wspiera się o dno, jak kijem. Nie wytrzymuje ciężaru, traci siły, krzyczy o zastępstwo, odchodzi od noszy z rannym jak najdalej. I to samo dzieje się po kolei z każdym, kto próbuje nieść. Więc ranny Bogdan zostaje. Złożyli go na kępie wikliny i poszli.  Paweł niczego sobie potem nie wyrzuca. Nie mógł. Był za słaby. I to samo było z każdym. Całą noc trwa marsz przez to ogromne, głębokie, zimne mokradło. O brzasku piechota błotna wychodzi na brzeg. W świetle chmurnego świtu widnieją piaszczyste wzgórki, na nich laski chojaczków. Lecz na tym ponętnym, suchym brzegu, zaledwie ociekły strugi wody z odzieży i butów, odzywa się maszynowa broń i zaczyna ostrzał z garłaczy. Będzie fatalnie, jeśli to coś więcej niż placówka wroga. Oddziały rozpraszają się po laskach, idą w ruch elkaemy doniesione sucho do brzegu, i placówka milknie.  Wzdłuż piaszczystej drogi, nad zagonami mizernego poleskiego zboża biegnie linia telefoniczna. Kapitan Hruby każe ciąć przewody. Ktoś włazi na słup, przecina. Tym nie mniej – marsz! szybki marsz! Żadnego postoju! Jeszcze kilkanaście kilometrów i dopiero, gdy dochodzi południe, oddziały wchodzą w nowy kompleks lasów. Paweł długo nie może odżałować kości wołowej – ostatniej z szackiego przydziału. Wyrzucił ją w tamtej bitwie – sterczała z torby, zawadzała w ruchu. Gotuje ją sobie teraz w myślach leżąc i schnąc na piasku pod sosną. Poprawa stanu wyżywienia zaczyna się od przejścia owego ogromnego mokradła i odskok odeń w nowy kompleks lasów.    28 - 29 maja Paweł notuje w kalendarzyku: „Zielone Święta. Bal! Trzy bochenki chleba na drużynę.” W pobliskiej wsi żadna partyzantka jeszcze nie gościła. Paweł stoi z drużyną na placówce blisko tej wsi. Zanosi się na pożyteczną akcję: Syrena wypatrzył wieprzka. Krótka narada i z placówki wychodzi wyprawa: Paweł, Morus, Szpic, Zuch. Morus wchodzi do chaty i trzyma na muszce swego dziesięciostrzałowca osłupiałych Ukraińców, reszta drużyny idzie do chlewa: jest! raby, ze stukilowy! Paweł trochę się zna na tym, jak się zabierać do rzeczy. Rozgląda się – czym by go najpierw stuknąć? Dostrzega u płotu drewnianą szlagę. Z ta szlagą zachodzi bidaka z boku i kładzie uderzeniem w łeb. Zuchowym tępym bagnetem przekłuwa serce, potem odwróciwszy do góry nogami rozpruwa brzuch i patroszy z bebechów. Łeb i bebechy zostają na łączce za chlewem – reszta idzie do worka i – jak najśpieszniej - do lasu!  Placówka urządza wspaniały bal. Nikt teraz nie ma tyle mięsa i słoniny, co oni – nikt w całym pułku. Niepotrzebna jest już precyzja w dzieleniu. Gotują, ile chcą – obżerają się. Wspominają sobie najlepsze czasy postoju na Radomlu w plutonie gospodarczym. Mają również sól. Menażkę tłustego bulionu z żeberkiem Paweł zanosi wujowi Rochowi do biwaku Trzaska. Po dwudziestu latach Roch będzie wspominał ten moment wciąż z jednakową wdzięcznością. Leżał wtedy bliski omdlenia z głodu. Następują krótkie postoje w coraz to innym lesie oraz długie, dzienne już i suche przemarsze. Dywizja idzie w kierunku Bugu – ostrożnie, chociaż przez dosyć pewny teren. Strefa frontu pozostaje z tyłu – coraz dalej. Z przed przedbużańskiego lasu odchodzi z kilkoma ludźmi ksiądz Rafał. Opadł z sił. Musiano go prowadzić pod ręce. Paweł słyszał od kogoś potem, że przeprawiono go przez Bug z powodzeniem, że był następnie w Lublinie. Co się z nim dalej zdarzyło – nikt nie wie.

Fragment niepublikowanych wspomnień S. Nikoniuka  udostępniony przez córkę Magdalenę Wawer. Wstawił: B.Szarwiło

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
44
Artykułów:
449
Odsłon artykułów:
2535588

Odwiedza nas 117 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect