Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Na tym posterunku przebywałem zawsze z "Wilkiem". Tak było i tym razem, tyle że w dzień. Siedzieliśmy patrząc na drugi brzeg Turii wznoszący się łagodnie ku górze i tworzący dość wysoki, jak gdyby naturalny wał ochronny. Zajęty dorzucaniem drewienek do piecyka poczułem na ramieniu dotknięcie dłoni Mietka:- Patrz! Spojrzałem w przednią szybę, "rzuciłem okiem po pustym moście", uniosłem wzrok na szczyt wzniesienia i zacząłem poruszać powiekami, chcąc w ten sposób usunąć z pola widzenia zjawę, jaką zobaczyłem. Zjawa jednak nie tylko nie zniknęła , lecz jeszcze podnosi do oczu lornetkę i patrzy w naszą stronę. Siedzi na koniu, ubrana w jednolity mundur koloru zielonego i nie ma broni, przynajmniej długiej. Powoli wychodzimy z budki, wspinamy się na szczyt grobli, gdzie ja zajmuję pozycję przy cekaemie odciągając od razu zamek do tylnego położenia, a Mietek odpala czerwoną rakietę do tyłu, aby powiadomić posterunek alarmowy, stojący zawsze przed kwaterą dowódcy plutonu, by mógł wszcząć odpowiedni alarm.

Panujące od rana zachmurzenie i mgła ograniczają widoczność, lecz nie na tyle, żeby nie zauważyć wyłaniających się zza pagórka zaprzężonych sań, z których sterczą lufy karabinów trzymanych przez nieznajomych żołnierzy. Za nimi wyjeżdżają jeszcze jedne sanie i jeszcze dwoje następnych. Razem cztery zaprzęgi - na oko czterdziestu ludzi. A ilu za górą? Mimo dobrego wzroku nie widzę szczegółów, które pozwoliłyby mi rozpoznać mundury i broń, bym mógł wykoncypować, co za gości nam droga przywiodła. Nie są to Niemcy, bo mają zielone mundury. Na banderowców nie wyglądają, chociaż wygodnie i swobodnie podróżują. Nie może to być również żaden z naszych oddziałów, bo bylibyśmy uprzedzeni, by go przepuścić. A może zmylili drogę i też nie wiedzą, kogo przed sobą mają? Nasi na saniach? Niemożliwe! Poza tym to "turystyczne" zachowanie. Nijak nie mogę się domyśleć, kogo mamy przed sobą. Jeżeli spróbują szarżować przez most na saniach, to ich zatrzymam kilkoma seriami, ale gdyby rozwinęli tyralierę i zechcieli przejść przez zamarzniętą rzekę, nie zdążę wszystkich wystrzelać, jakkolwiek dzieli nas stumetrowa odległość. Sądząc jednak z zachowania nie przypuszczam, aby pałali żądzą walki, tym bardziej, że ten starszy na koniu nie wydaje żadnych rozkazów. Od tyłu dobiega chrzęst śniegu i przyspieszone oddechy biegnących kolegów. Mietek regulaminowo melduje dowódcy plutonu co się dzieje, chociaż to zbyteczne, bo ten już sam widzi. Powiódł lornetką po wzgórzu i oznajmia, że to Węgrzy. Jakby na potwierdzenie, ich dowódca zsiada z konia, oddaje cugle żołnierzowi i schodzi do mostu, a w jego połowie staje (trzydzieści metrów przed lufą mojego kaemu) i woła po niemiecku, że chce rozmawiać z oficerem, naszym dowódcą. "Wuika" odpowiada mu, że będzie to możliwe za pół godziny. Tamten zasalutował i wrócił do swoich żołnierzy, tu siadł na brzegu sań zapalając spokojnie papierosa. Za jego przykładem uczyniliśmy to samo. Skoro oni nie zajmują pozycji bojowych, to my też nie musimy leżeć w śniegu. Jeden z naszych cofnął się do wsi i wskoczywszy na oklep popędził cwałem do Wołczaka. Nie upłynęło nawet pół godziny, gdy ujrzeliśmy komendanta i ppor. "Gabriela" (awansował do stopnia oficerskiego, podobnie jak pchor. "Nałęcz"). Komendant po wysłuchaniu krótkiego meldunku powoli wchodzi na most, a z drugiego brzegu równocześnie zbliża się ten sam oficer węgierski. W połowie mostu stanęli, zasalutowali i wymieniwszy kilka słów uścisnęli sobie dłonie. Po paru minutach pertraktacji powrócili do swoich oddziałów celem wydania stosownych rozkazów. Komendant oznajmił, że przepuścimy braci Węgrów przez nasze tereny, aby mogli być w porządku wobec Niemców, którzy wytyczyli im ten szlak przemarszu i aby mogli zameldować, że dokładnie przez te miejscowości przejechali. Potem rozkazał zwiadowcom stworzyć szpaler po obu stronach drogi w takich odstępach, aby ciasno jadące sanie z Węgrami objąć w całości ochroną. Węgrzy pokładli broń na spód sanek i powoli zaczęli zjeżdzać z pagórka na most. Uśmiechając się, składali dłonie w charakterystyczny uścisk, mający oznaczać braterstwo i powtarzali jedyne zrozumiałe nam słowo "Lengyel". Któryś podał nam papierosy. Sięgnęliśmy po tytoń, ale to wydało się nam za słabym rewanżem, więc zaczęliśmy im wręczać suchą kiełbasę i połcie słoniny. Byli zażenowani, że nic poza papierosami nie mogą nam ofiarować, ale mimo trudności językowych przekonaliśmy ich, że to nic nie szkodzi. Pooddawali nam chyba wszystkie papierosy. W przyjaznym rozgwarze odprowadziliśmy Węgrów hen poza wioskę i tam pożegnaliśmy się wzajemnym machaniem rąk. W Wołczaku nakarmiono ich solidnie, a potem zwiadowcy przeprowadzili ich jeszcze wiele kilometrów.

Fragment wspomnień Romana Kucharskiego ps. "Wrzos" spisanych w książce : "Krwawa Łuna" jego autorstwa. Wyszukał i wstawił B. Szarwiło.

P.S. W tym miejscu należy wspomnieć, że był to nie jedyny sprawdzian tego historycznego powiedzenia znajdująceggo się w tytule w/w postu:  " Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki " jakie miały miejsce na Wołyniu.v

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
439
Odsłon artykułów:
2447151

Odwiedza nas 125 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect