Dołacz do akcji

 

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Logowanie

Urodziłem się 9 sierpnia 1912 r. we wsi Siedlisko gmina Stepań, powiat Równo Wołyńskie, później Kostopol, województwo wołyńskie, z ojca Antoniego i Kamili z domu Domalewska. (….) Nie mieliśmy żadnej broni palnej, z którą mogliśmy stoczyć walkę z uzbrojoną bandą. Te trzy morderstwa w Parośli, w Butejkach i Hucie Stepańskiej były hasłem do rozpoczęcia jawnego mordowania Polaków na Wołyniu. Zaczęliśmy się organizować, a nie mając broni, wytwarzaliśmy imitacje karabinów. Kowale robili bagnety, które nasadzane były na drzewce w kształcie kolby karabinu i gdy grupa młodych ludzi utworzyła szereg z tymi niby karabinami, wyglądało to na oddział uzbrojonych ludzi.

Nie było mężczyzny, który by nie miał takiego karabinu- szpikulca, nie była to broń palna, ale można było walczyć na bagnety. Bandyci byli dzielni, gdy Żydzi sami kładli się do grobu, lecz z nami trzeba było walczyć, a w walce można być rannym lub zginąć i dlatego skończyły się czasy, że pod pozorem partyzantów radzieckich, mordowali naszych ludzi. W miarę upływu czasu i zdobycia wszelkimi sposobami broni, zaczęliśmy organizować trwałe warty i gdy w Siedlisku zdobyliśmy 10 karabinów ręcznych, utworzyliśmy trzy wartownie: w mieszkaniu Józefa Janickiego, Jana Rosińskiego i Jana Onuchowskiego. Ja byłem komendantem wartowni u Józefa Janickiego. Zebraliśmy 30 mężczyzn mających coś wspólnego z bronią palną, do każdej wartowni przydzielono 3 karabiny. Jeden miał na stałe komendant główny obrony, którym był w Siedlisku Władysław Wiatr ( prawidłowo winno być Gracjan Wiatr- red), kapral wojska polskiego. I tak w każdej wartowni było trzech mężczyzn uzbrojonych, którzy stanowili trzon wartowników, reszta szła na wartę ze szpikulcami. Komendant wartowni wyznaczał jednego z karabinem, dwóch ze szpikulcami na czuwanie na danym odcinku. Co 2 godziny zmiana warty i tak przez całą dobę. W ten sposób każdy z nas miał 24 godziny warty i 48 godzin wolnego. Ogłosiliśmy wszystkim mieszkańcom Siedliska, że nie gwarantujemy im bezpieczeństwa, jeśli ich mieszkania znajdują się poza zasięgiem naszych wart, a jeśli chcą nocować w swoich domach, to mogą na własne ryzyko. Do mnie nas noc przyjeżdżała cała rodzina brata Aleksandra (6 osób) i rodzina brata Stanisława (6 osób) oraz teściowie (7 osób). Był taki ścisk w domu, że Celinka z Wandą, nocowały nad oborą, a mężczyźni w stodole. Proszę nie zapomnieć, że to miało miejsce w lutym, w miesiącu najbardziej u nas chłodnym. Później teściowie z całą rodziną jeździli na  Wyrkę i nocowali u Anastazego Wawrzynowicza. My nie wierzyliśmy, że się obronimy, ale zadaniem naszym było w razie napadu obudzić wszystkich mieszkańców i wskazać drogę do Huty Stepańskiej, która była naszym centrum. Tam mieliśmy wszyscy uciekać i stoczyć ostateczny bój. Siedlisko było w samym środku polskich wsi, a było ich 24, idąc zgodnie ruchem  wskazówek zegara, w promieniu 10 km od Siedliska. Były to: Huta Stepańska, Borek,, Kamionka Stara, Kamionka Nowa, Łady, Omelanka, Ożgowo, Balarka, Thory, Temne, Romaszków, Osówka, Wyrobki, Szymanisko, Brzezina, Soszniki, Hały, Perespa, Użganowo, Wydymer, Włodzimierzec, Wyrka i Ostrówki. Tych 24 wiosek polskich otaczał pierścień 23 wsi ukraińskich i w promieniu 20 km od Siedliska były to Stepań (miasto), Zbruż, Sydyń, Mydzk Wielki, Mydzk Mały, Bereściany, Ożgowo, Telcze, Kulikowicze, Komarów, Nowosiółki, Czartorysk (miasto), Ośnica Duża, Ośnica Mała, Majunicze, Police, Żołuck (miasto), Kyczylsk, Horodzieck, Werbcze Duże, Werbcze Małe oraz Butejki. W tych 24 wsiach polskich mieszkało ok. 20 tys. ludzi, a w 23 wsiach ukraińskich było 5 razy więcej. W Hucie i Wyrce zorganizowany był taki sam system wartowni jak w Siedlisku, w pozostałych wsiach mieli też warty, lecz nie mieli broni i z konieczności pilnowali tylko swoich zagród, bez żadnej organizacji. Myśmy zdobywali broń różnymi sposobami, a najwięcej kupowaliśmy od Niemców za spirytus (samogon), za słoninę. Za jeden pistolet maszynowy musieliśmy dać 10 kg słoniny, więc robiliśmy zbiórkę wśród mieszkańców i dostarczaliśmy do domu gdzie mieszkał Edmund Mąkiewicz, który ułatwiał nam kupno. Po zorganizowaniu tych wart nie mieliśmy obawy, że nas zaskoczą, powiążą i w łóżkach porąbią jak w Parośli. Bulbowcy słysząc o naszym zorganizowanym przygotowaniu do obrony, zaczęli zbierać większe siły. Aby rozbić Hutę Stepańską musieli mieć około 500-1000 ludzi. Gdyby wszyscy poszli do band z wiosek wymienionych, zadeptaliby nas, lecz wielu z nich nie było zwolennikami takiej budowy Samostyjnej Ukrainy, (Samodzielnej Ukrainy) a wielu też spoglądało z boku i czekało dalej, bowiem codziennie mieliśmy różne wiadomości z frontu i nie wiadomo było na czym ta wojna się skończy. Miesiąc kwiecień 1943 r. był najtragiczniejszym dla naszej samoobrony i w mojej rodzinie. W Siedlisku komendantem samoobrony był Władysław Wiatr (Gracjan Wiatr-red), w Wyrce Lucjan Feliński- sierżant rezerwy, a w Hucie sierżant Hieronim Konwerski. Potrzebny nam był głóny dowódca i na ogólnym zebraniu w szkole w Wyrce został jednogłośnie wybrany porucznik rezerwy nauczyciel w Wyrce Jan Skiba. Nie chciał przyjąć tego stanowiska, lecz na usilną prośbę zebranych wyraził zgodę. Otóż tenże Jan Skiba zaczął się starać o broń, a dowiedziawszy się, że jest jakaś broń u kogoś z Polaków we wsi Brzezina, wybrał się tam z Bolesławem Brzozowskim. Gdy minęli Wyrobki, Szymonisko i zbliżali się do Brzeziny, zostali zatrzymani przez 5 ludzi, którzy tłumaczyli, że są partyzantami radzieckimi i chcą go zaprowadzić do swojego dowództwa, w celu zawiązania współpracy. Paliło się ognisko przy którym siedziało kilka kobiet wracających do swoich domów do Wyrobek, do których chodziły na noc. Kto później przejeżdżał lub przechodził koło tego ogniska był zatrzymany. Pod wieczór zaczęli powoli zwalniać zatrzymanych, a gdy przyszła pora na B. Brzozowskiego, ten skorzystał z nieuwagi bandytów, bo okazało się, że nie byli to partyzanci rosyjscy i zaproponował Skibie ucieczkę. Ten odpowiedział, że nie czuje się na siłach i ze to już jego śmierć. Zanim B. Brzozowski wrócił do Wyrki i powiadomił o uprowadzeniu Skiby nastąpiła noc, a w nocy nikt nie miał odwagi ruszyć na jego poszukiwanie. Na drugi dzień ledwie świt, oddział naszych chłopców pod dowództwem Ł. Felińskiego wyruszył do Brzeziny. Do nich dołączył jeszcze kolega Skiby, Michał Lewicki, też nauczyciel. Śladów żadnych nie było, doszli aż do zabudowań pod Policami, gdzie były pokopane doły jeszcze przed wojną w celu poszukiwania kamienia. Gdy tam zaczęli pytać miejscowych gospodarzy ukraińskich, ci zeznali, że wczoraj wieczorem szli koło nich jacyś uzbrojeni ludzie, poza tym nic nie widzieli ani nie słyszeli. Obok tych kamieniołomów stał rozłożysty dąb, a pod nim wysoka trawa. Zauważono, że trawa tam jest wydeptana, gdy zaczęto po tej trawie szukać, M. Lewicki spostrzegł krawatkę Skiby, wtedy wszyscy byli już przekonani, że tam zginął, był w dole. Wzięto z płotu długą żerdź i tą żerdzią wyciągnięto zwłoki Jana Skiby, poprzednio ukrzyżowanego na tym  dębie głową w dół, bowiem były poprzebijane gwoździami ręce i nogi, a głowa podwójnej wielkości była dowodem, że tak go zamordowali. Miał na policzku wyciętą swastykę hitlerowską, że niby oni złapali szpiega niemieckiego, że niby zrobili to rosyjscy partyzanci. Miał w dowodzie wpisane miejsce urodzenia Westfalia, bowiem rodzice jego byli wywiezieni w I Wojnę Światową z Poznania na przymusowe roboty do Niemiec. Po zamordowaniu przywiązali duży kamień drutem kolczastym i wrzucili go do tych dołów. Okazało się później, że byli to miejscowi Ukraińcy pod dowództwem syna popa z Czartoryska. Tak zginął nasz dowódca, który został pochowany na cmentarzu katolickim w Wyrce. Nie było nocy, aby nie było łun pożarów wokół nas, a uciekinierów tyle napływało do Huty, Siedliska i Wyrki, że nie było gdzie ich pomieścić. U mnie mieszkała rodzina Dawidowiczów z Balarki, Jan z żoną i dwie córki 4 i 8 –letnie i dwóch braci dorosłych kawalerów Baltazar i Michał. Ze względu na szczupłość pomieszczenia, wszyscy mężczyźni spali u Gracjana Naumowicza, a ona z dziećmi u nas. Nie przywieźli żadnej amunicji, lecz spore zapasy żywności i krowę, tak że niczego od nas nie wymagali, oprócz ziemniaków i dachu nad głową. Zapasy żywności przywieźli na cudzym wozie, gdyż swego nie mieli. Byli też i tacy wśród nich, którzy uciekali z domu jak stali ratując życie i nie mieli czasu na ratowanie mienia. Powstawały w Hucie, Wyrce i Siedlisku Komitety Pomocy Społecznej dla tej biedoty, której i swojej mieliśmy dosyć. Członkiem takiego komitetu byłem w Siedlisku ja. Chodziliśmy po chałupach spisując tych najbardziej potrzebujących pomocy, zobowiązując bogatszych gospodarzy do zaopatrzenia ich w żywność. Wielu uciekinierów opuściło swój dom tylko z bronią w ręku, utraciwszy żonę, dzieci i w3szystko co posiadali, przysparzając nam różnych trudności w samej obronie. Rwali się oni do każdej akcji chcąc pomścić swoje krzywdy podczas, gdy my nie wszczynaliśmy żadnych akcji, a nasza działalność ograniczała się tylko do samoobrony. Po śmierci Jana Skiby otrzymaliśmy nowego dowódcę w osobie porucznika Władysława Kochańskiego, pseudonim „Bomba”, spadochroniarza  z Londynu, bowiem pogrom Polaków na Wołyniu był znany naszemu rządowi na emigracji.(…) To był inteligentny, silnie zbudowany, odważny mężczyzna. Miał tylko jedną wadę, lubił dużo pić, a po pijanemu jego decyzje nie zawsze były słuszne. Zamieszkał na stałe u M. Lewickiego na Wyrce i prowadził akcję organizowania komórki Armii Krajowej, do której mógł tylko ten należeć, kto znał się na wojsku. W Siedlisku należeli Jan Onuchowski, Bolesław Gutkowski, Gracjan Wiatr, Władysław Wiatr, Antoni Wiatr, no i ja. Chociaż nie byłem w wojsku, lecz będąc w Związku Strzeleckim znałem się na broni. W Hucie do AK został przyjęty Stanisław Drozdowski, Marian Drozdowski, Libner, Stanisław Ostrowski, i wielu innych. W Wyrce: Michał Lewicki, Lucjan Feliński, Bronisław Sulikowski, Stanisław Dziekański, Bronisław Petrołaj, i wielu innych. Tworzyliśmy wtedy grupę p.t. „Samoobrona”, na czele której stał „Bomba”. Celem naszym nie było minowanie szyn, czy sabotaż gospodarczy w stosunku do władz niemieckich, lecz obrona swoich siedzib przed bandami. W kwietniu 1943 roku przyjechał do Huty oddział „Maksa” ( Józefa Sobiesiaka-red) składający się z 50 osób. Byli to przeważnie Ukraińcy, którzy nie popierali likwidacji Żydów i mordowania Polaków. Za swoją postawę sami byli zagrożeni, bowiem ich razem z nami mordowano, a nawet w pierwszej kolejności, a oni byli pierwszorzędnymi partyzantami. Otóż ten oddział miał zamiar przenocować w Hucie, odpocząć i dać wytchnienie koniom. We wsi ukraińskiej Butejki położonej najbliżej Huty był młyn wodny, którego kierownikiem był Libner. Gdy zaczęły się mordy Polaków, Libner z całą rodziną wyjechali do Huty. W dniu kiedy partyzanci nocowali w Hucie, dwie dorosłe córki Libnera pojechały do Butejek po resztę swoich rzeczy jakie zostały, nie ryzykując niczym, bowiem wieś Butejki była najspokojniejszą wsią ze wszystkich, które nas otaczały. W godzinach popołudniowych przyjechała dość duża grupa bandytów ( około500 osób) z zamiarem odpoczynku i na drugi dzień napadu na Hutę. Zajęli całą wieś Butejki, rozeszli się po chatach, a dowódcy bandy zajęli szkołę położoną w sąsiedztwie młyna i mieszkania Libnerów. Spotkali dwie młode kobiety Mariannę i Helenę Libner i zaangażowali je do gotowania posiłku. Te dwie panny uratował fakt, że nikt ich z przybyłych nie znał, a także znajomość języka ukraińskiego, bowiem od urodzenia mieszkały w Butejkach. Wśród dowódców było 2 Niemców, którym pokazywano na mapie miejsce położenia Huty, oraz z której strony należy dokonać ataku. Był to niezbity dowód z jakim zamiarem przyjechali do Butejek. Po spożyciu posiłku i dobrym popiciu zapragnęli zabawić się w szkole. Sprowadzili młode dziewczęta ze wsi i zaczęła się zabawa na całego. Wtedy Libneranki korzystając z ciemnej nocy, wymknęły się z tej zabawy i przyleciały do Huty powiadamiając, że do Butejek zjechało mnóstwo bandytów i jutro szykują napad  na Hutę. Za kilka minut partyzanci byli gotowi do wyjazdu do Butejek w celu stoczenia bitwy z bandą. Gdy się zbliżyli do Butejek wszyscy spali, tylko czuwały warty ustawione od strony Huty, które należało zlikwidować. Po zlikwidowaniu wart, oddział dostał się do Butejek, aby oświetlić wieś. Podpalono parę budynków i wtedy zaczęła się bitwa, a właściwie ucieczka bulbowców tylko w bieliźnie do rzeki Mielnicy. W tej rzece najwięcej ich zginęło, a nielicznym udało się tylko przeprawić przez rzekę i tam dopiero ustawili broń maszynową i rozpoczęła się bitwa. Do szkoły też w tajemnicy podeszli partyzanci i została pobita cała grupa dowódców z Niemcami na czele. Banda poniosła dotkliwą klęskę i musiała zbierać  przez 3 miesiące siły, żeby zaatakować Hutę. Zginęło ich wtedy ok. 200 osób i całe dowództwo. Ze strony partyzantów poległo trzech i ciężko ranny dowódca, którego pozostali partyzanci odwieźli do Sopaczewskiej Huty, a stamtąd samolotem do Moskwy. Naszych obrońców zginęło 18 osób: z Huty – Zygmunt Lipiński, Czesław Lipiński, Józef Drozdowski, Jan Kuczyński, Jan Borawski i Jan Libner i 12 uciekinierów których nazwisk nie znam. Spośród bandy zginął znajomy Cedzik, który był setnikiem bandy. W drugiej dekadzie kwietnia 1943 r. przyleciały do Huty dwie kobiety, Polki z prośbą, żeby ich ratować, bowiem dowiedziały się od życzliwych sąsiadów Ukraińców, że w tych dniach będą wymordowani oni i wszyscy mieszkańcy tzw. Kolonii Mydzkiej, w której mieszkało kilkanaście rodzin polskich. Najpierw poszły do księży i z księżmi poszły do „samoobrony”, aby ich wszystkich zabrano do Huty wraz z dobytkiem. Wprawdzie niechętnie, ale kierownictwo wyraziło zgodę i komendant Konowerski wyznaczył do tej podróży swego zastępcę Liberę. Pojechali obrońcy Huty i Wyrki. Siedlisko nie brało udziału. Po przyjeździe na miejsce nikt im nie przeszkadzał w ładowaniu wozów dopiero kiedy konwój zbliżał się do lasu, a dojazd był na otwartej przestrzeni, w kotlinie, bandyci z trzech stron dali ognia, powodując zamieszanie. Jedynym ratunkiem był las, z którego też padały celne strzały. Z Siedliska był Stanisław Charewicz i on nas zawiadomił o poniesionych stratach w Mydzku. Pozostały tylko trupy. Libera się uratował, lecz miał przestrzeloną rękę i na długie miesiące był unieruchomiony. To, że tak się stało był to jego błąd, że nie wystawił warty przed wyjazdem.

 

Powyższy materiał to fragment wspomnień Antoniego Gutkowskiego spisanych w latach 1983/84. Autor zmarł w 1986 nie doczekawszy się publikacji. Opublikowano je w 2004 r pt. „Wołyń. Moje Wspomnienia z lat 1916-1943”. Redakcja miała możliwość zapoznać się z nimi  dzięki rodzinie czyli Halinie Poros, bratanicy autora. Dzięki niej znalazły się w tekście poprawki z przypisem –red. Wstawił: B.Szarwiło

 

 

 

 

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

 

 

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
44
Artykułów:
448
Odsłon artykułów:
2526769

Odwiedza nas 57 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej BARTEXPO z szablonu: Joomla Perfect