SZPITAL 27 WDP AK CZ.I PDF Drukuj Email
Wpisany przez Bogusław Szarwiło   
wtorek, 19 kwietnia 2016 14:10

Mieczysław Sobotko  ps. „Rosomak”, żołnierz 27 WDP AK, 5 sierpnia 1944 r. spotkał się z Kazimierą Bałysz ps. „Mira” żoną por. Mikołaja Bałysza ps. „Zagłoba”, która opowiedziała mu o swoich dramatycznych przeżyciach i losach dywizyjnego szpitala. Otóż pod Pisarzową Wolą, gdzie zamknięto dywizję i postanowiono przebijać się na stronę poleską, „Zagłoba” ( por. Mikołaj Bałysz – SB) otrzymał rozkaz pozostania z całym szpitalem w bagnach lasów mosurskich. (…) On jako komendant, zaledwie z garstką żołnierzy miał bronić szpitala, w którym znajdowało się około stu czterdziestu rannych i chorych na tyfus. W razie napaści szanse były żadne. Jak się okazało, państwo Bałyszowie do konspiracji należeli już w 1941 roku. W tym czasie istniała tak zwana Tajna Organizacja Wojskowa, która po skonsolidowaniu się rozpoczęła działalność w szeregach 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. W początku roku 1942 dowódcą Kowel- śródmieście o kryptonimie „Gil” został  „Zagłoba”. Od tego momentu „Mira” zajęła się organizacją szpitala. Zadanie to nie było łatwe. Z uwagi na przewidywaną liczbę rannych i cierpiących na choroby zakaźne jak świerzb, czerwonka i tyfus, należało zdobywać jak najwięcej leków. Dopuszczano tez ewentualność dokonywania mniej lub więcej poważnych zabiegów operacyjnych. Stad zdobywanie środków znieczulających, zastrzyków i najpotrzebniejszych instrumentów chirurgicznych było sprawą pierwszorzędnej wagi. Nadszedł rok 1943. Bandy nacjonalistów ukraińskich spod znaku „Tryzuba” już wczesną wiosną wzmogły swoją aktywność. Mołojcy pod wodzą Bandery i Tarasa Bulby w bestialski sposób mordowali Polaków na całym Wołyniu. (…) Rannych początkowo leczono w szpitalu i mieszkaniach prywatnych w Kowlu. W miarę zaś zwiększania się  ich liczby najważniejszą sprawą było zorganizowanie izby chorych, gdzie mogliby leczyć się ci lżej ranni. Pierwsza taka izba powstała w czeskiej wsi Kupiczów koło Kowla. Prowadził ją miejscowy felczer Miron Niemoskalenko. Pracował z poświęceniem. Szybko zdobył zaufanie. Lubili go wszyscy. W styczniu 1944 roku nastąpiła koncentracja całej dywizji z Wołynia w miejscowościach Zasmyki, Kupiczów, Ossa i innych. (  Na odprawie oficerów sztabu 28 stycznia podjęto decyzję odtworzenia przedwojennej 27. Dywizji Piechoty, którą potem na wniosek Komendanta Głównego AK nazwano 27. Wołyńską Dywizją Piechoty Armii Krajowej. Był to największy partyzancki związek taktyczny na okupowanych wówczas ziemiach polskich. W szczytowej fazie rozwoju, po zakończeniu mobilizacji pod koniec marca 1944 r. w jego składzie osobowym służyło ponad 6 500 żołnierzy, w tym 16 lekarzy oraz około 100 pielęgniarek i sanitariuszek. Młode dziewczęta, głównie harcerki, wykazały niezwykłe bohaterstwo. W warunkach ciężkich walk i marszów przez liczne bagna ofiarnie pomagały rannym. –S.B)

Teraz poza walkami z bandami UPA toczono zażarte boje z regularnymi wojskami niemieckimi. Izba chorych już nie wystarczała. Zorganizowano więc szpital polowy w Kupiczowie. Umiejscowiono go w budynku gminy, w szkole zaś oddział dla zakaźnie chorych. Pierwszymi organizatorami szpitala polowego byli: porucznik Wilhelm Skomrowski „Wilczur”, doktor Grzegorz Fedorowski „Gryf” – przysłany z Warszawy – felczer Miron Niemoskalenko i Kazimiera Bałysz z Kowla. Wyposażenie szpitala było skromne, ale spełniało swoje zadania. Pomimo prymitywnych warunków przeprowadzano takie operacje jak amputacje rąk i nóg oraz mniej skomplikowane zabiegi. Operował doktor „Sęp” w asyście doktora Zagórskiego „Osiemnastki”. W szpitalu przebywało średnio od dwudziestu do czterdziestu rannych i chorych, w tym również partyzanci radzieccy. W końcu stycznia „Gryf” odszedł do oddziału, komendantem został „Osiemnastka”. W szpitalu nadal pracował Niemoskalenko, a tkże „Pigularz”,  starsza siostra Janina Wójcik „Bogna”, kilka sanitariuszek i sześcioosobowy personel kuchenny. Sprawy administracyjno –gospodarcze prowadziła „Mira”. Żywność, bieliznę pościelową i osobistą oraz lekarstwa i pozostałe rzeczy dostarczało kwatermistrzostwo w Kupiczowie. Coraz bardziej zaczęły się uaktywniać bandy UPA. Grasowały na terenie między Kowlem, Sarnami, Łuckiem i Włodzimierzem Wołyńskim. Walki prowadzono dniem i nocą. Rannych przybywało coraz więcej. Wyczerpywały się lekarstwa i środki opatrunkowe. W związku z tym personel szpitala musiał być samowystarczalny. Do najważniejszych obowiązków „Miry” należało wykonywanie środków opatrunkowych. Robiono je z lnianego płótna, z bielizny pościelowej, stołowej i nawet osobistej. Na skutek prymitywnych warunków sanitarnych w oddziałach pojawił się świerzb. Chorych odsyłano do szpitala zakaźnego. Jednak z braku miejsc nie wszystkich można było przyjmować. Zaczęto więc produkować maść przeciw świerzbowi i wysyłać ją do poszczególnych oddziałów. W lutym przywieziono sześciu partyzantów radzieckich chorych na tyfus plamisty. Umieszczono ich w szpitalu zakaźnym. Wszyscy wyzdrowieli i udali się do swego oddziału imienia „Diadi Pieti”. Sytuację uratowało to, że z Warszawy otrzymano sporo zastrzyków przeciw tyfusowi. Natychmiast przystąpiono do szczepień ochronnych. W pierwszym rzędzie wśród personelu szpitala i w tych oddziałach, w których stwierdzono wypadki zachorowań. Największa epidemia wybuchła w oddziale partyzanckim „Bomby”, który przybył z terenów wschodnich Wołynia. Oddział umieszczono we wsi Nyry, a chorych odizolowano. Do walki z epidemią oddelegowano „Gryfa”, siostrę Janinę Włodarską „Danę” i dwie sanitariuszki. Dzięki troskliwej opiece, epidemię zwalczono. Kupiczów znajdował się w środku terenów kontrolowanych przez oddziały dywizji. Taki stan rzeczy niepokoił Niemców. Dowiedziawszy się o szpitalu, zaczęli bombardować go samolotami. Na to aby dokonać napadu, byli jeszcze za słabi, gdyż cały swój wysiłek skierowali na wschodni front. Ograniczali się tylko do pilnowania dróg komunikacyjnych. Dokonali kilka nalotów. Wprawdzie szkód prawie żadnych nie uczynili, ale zaszła konieczność ewakuacji szpitala. Rozpoczął się ruch całej dywizji w kierunku Bugu. Na rozkaz dowództwa 25 marca 1944 roku szpital ewakuowano. W Kupiczowie pod opieką Niemoskalenki i dwu sanitariuszek pozostawiono tylko ciężko rannych, którzy by nie wytrzymali trudów podróży. Rannych ułożono na chłopskich furmankach. „Mira” była kierowniczką kolumny transportowej. Wraz z nią jechał jedenastoletni syn Krzysztof „Maciek”, który pełnił funkcję łącznika. Nowe miejsce postoju przypadło w Mosurze. Wieś skupiona, chaty biedne, małe i przeważnie jednoizbowe. Rannych było około pięćdziesięciu. Rozlokowano ich w całej wsi. Zaczęła się ciężka praca. Żywność dostarczało kwatermistrzostwo. Po pięciu dniach, kiedy już jako tako zorganizowano pracę, otrzymali rozkaz, aby natychmiast przenieść szpital na futory mosurskie. We wsi pozostało kwatermistrzostwo i jednostki łączności. Na drugi dzień samoloty niemieckie zbombardowały wieś. W nowych warunkach, gdzie każda chata oddalona była o kilkadziesiąt, a nawet kilkaset metrów, praca i doglądanie rannych było bardzo trudne. Wówczas „Maciek” niezmordowanie biegał po rozległym terenie szpitala. Ale i tam nękały ich samoloty zwiadowcze. W związku z ruchem dywizji 10 kwietnia otrzymali kolejny rozkaz przygotowania się do ewakuacji szpitala w lasy mosurskie. Niemcy coraz bardziej zacieśniali kocioł. Wykonanie tego zadania nie było łatwe. W szpitalu przebywało już około stu trzydziestu rannych. Na wozach przygotowano posłania z siana i słomy. Ładowano sprzęt medyczny, sanitarny oraz część żywności. Na tak przygotowanych wozach leżeli ciężko ranni, lżej zaś siedzieli tam, gdzie się dało. Całością  opiekowały się siostry i „Osiemnastka”. W południe 11 kwietnia opuścili futory kierując się w lasy mosurskie. Od tej pory ich domem były las i zarośla. Rozpoczęła się wędrówka po partyzanckich ścieżkach, bezdrożach, bagnach i rozlewiskach. Szpital ciągle musiał zmieniać miejsce postoju. Wyleczeni odchodzili do oddziałów, a na ich miejsce przybywali inni. Zaczynało brakować lekarstw, a płócienne bandaże darły się. Po kilku dniach Niemcy wykryli miejsce postoju szpitala i zaatakowali dwoma czołgami. Walkę przyjęło na siebie kwatermistrzostwo, reszta zaś zdołała się w porę wycofać. Wciąż zmieniali miejsce postoju, gdyż Niemcy ścigali ich nie dając możliwości wytchnienia. W tym czasie szpital liczył już około dwustu rannych i przeszło sto furmanek. Żywność dla szpitala dostarczały oddziały bojowe. W szpitalu przebywali także ranni żołnierze węgierscy i radzieccy partyzanci. Wszyscy oni byli traktowani jednakowo. Nadszedł 18kwietnia 1944 roku. Dzień smutku i żałoby. W godzinach rannych zginął w zasadzce dowódca dywizji, pułkownik „Oliwa”. W godzinach wieczornych w walce pod Pisarzową Wolą Niemcy zamknęli pierścień. Nowy dowódca major „Żegota” postanowił przebić się przez pierścień i wyrwać z kotła. W tej nader trudnej sytuacji zapadła decyzja pozostawienia szpitala w lasach i ukrycia go wśród bagien w pobliżu Bugu. Na komendanta i dowódcę wydzielonego oddziału osłony szpitala wyznaczono „Zagłobę”. W nocy 20 na 21 kwietnia Węgrzy wspólnie z Niemcami otoczyli szpital. Rano o piatej, zaczęto ostrzeliwanie zmasowanym ogniem broni maszynowej. Wozy z rannymi ruszyły do ucieczki. Niestety, była to beznadziejna ucieczka. Drogę zamknięto. Ciężko ranni wraz z siostrami, sanitariuszkami i doktorem Simberowiczem Węgrzy przekazali Niemcom. W czasie walki część lżej rannych zdołała się rozproszyć i ukryć w zaroślach. Szczęśliwym trafem „Mira” z synem i kilkoma sanitariuszkami uniknęli niewoli. Zdążyli się zaszyć w gęstych zaroślach. Po odjeździe Niemców i Węgrów „Mira” wspólnie z uratowanymi sanitariuszkami zebrała resztę rozproszonych rannych i ukryli się w gęstych krzakach opodal polany. Tu odnalazł ich patrol „Zagłoby”, który zdążał z zadaniem przeprowadzenia szpitala w bezpieczne miejsce bliżej Bugu. Jak się okazało, do ochrony szpitala przydzielono silny oddział podporucznika „Małego” ( …..Witamborskiego), który niestety, oddalony był o kilka kilometrów. Ponadto zaplanowano przerzucenie szpitala z poprzedniego miejsca postoju w inne. „Zagłoba”  który miał rozkaz zająć się tym, natknął się na oddział Niemców z czołgami. W tej sytuacji przybył za późno. Wspólnie zebrali około czterdziestu rannych i kilka sanitariuszek. Szczęśliwie odnalazł się także „Osiemnastka”. Wszyscy skierowali się do „Małego”, który oprócz ochrony miał rozkaz dostarczenia lekarstw i żywności. Ze względu na stan rannych posuwali się bardzo powoli. Jedni szli o kulach, inni z rękami na temblakach i obandażowanymi głowami, a znów innych trzeba było prowadzić. Na dwóch uratowanych wozach wieziono najciężej rannych i trochę żywności. W czasie drogi bez przerwy kryli się w krzakach przed czołgami i samochodami, które wyjątkowo w tych dniach przeczesywały wszystkie dostępne miejsca. Z wieczora zaczął padać rzęsisty deszcz. Zdecydowano się przeczekać noc w lesie. Wczesnym rankiem, przemoczeni do suchej nitki, ruszyli w dalszą drogę. Po kilkugodzinnym marszu cała grupa zatrzymała się w bagnach nad kanałem pod Ziemlicą. Byli już u kresu sił fizycznych i psychicznych. Nie mieli co jeść. Trochę suszonych ziemniaków, płatków owsianych, fasoli i solonego mięsa mogło starczyć zaledwie na kilka posiłków i to dla najbardziej potrzebujących. Po krótkiej naradzie „Zagłoba” z kilkoma żołnierzami ochrony wyruszył do miejsca postoju „Małego”. W niedługim czasie rozstawione czujki donosiły o zbliżających się Niemcach. Wywiązała się walka. W pierwszej chwili „Mira” zdecydowała się z całą grupą uciekać wzdłuż kanału, ale gdy walka przybierała na sile, zmieniła zamiar i przeszła z całym szpitalem na drugi brzeg. To ich uratowało. Jak się później okazało biegli na przygotowaną zasadzkę. Zaszyli się głęboko w bagna. Zabrakło „Osiemnastki”, który albo zginął, albo zabłądził. Szczęśliwie jednak odnalazł ich „Zagłoba” i poprowadził na kwatery „Małego”. Pozostali tam kilka dni, zresztą w okropnych warunkach higienicznych. Mieli za to dach nad głową i ciepłą zupę z razowej mąki. Skończyły się lekarstwa. Pozostał rywanol i nadmanganian  potasu do przemywania ran. Po kilku dniach Niemcy zaatakowali oddział „Jastrzębia” ( W. Czermińskiego- SB), który nie zdołał się wyrwać z kotła i sąsiadował obok szpitala. Po wyparciu „Jastrzębia” zaczęli ostrzeliwać szpital i oddział „Małego”. „Mira” natychmiast zarządziła przeniesienie rannych w głąb bagien. Pomieszczenia i urządzenia szpitala bronił „Zagłoba” z żołnierzami ochrony. Niestety musieli się wycofać. Niemcy podpalili barak szpitala, a w nim trzech beznadziejnie rannych żołnierzy, którzy widząc co się dzieje, popełnili samobójstwo. Reszta personelu ulokowała się wraz z rannymi na małej wysepce. Zastali tam dwa szałasy pobudowane uprzednio przez bandy ukraińskie. W szałasach przesiedzieli prawie trzy tygodnie. Po kilku dniach pobytu na wysepce „Mały”, pomimo sprzeciwu „Zagłoby”, opuścił szpital i wraz z oddziałem odszedł za Bug pozostawiając rannych i chorych bez ochrony i żywności. Teraz obowiązek obrony i zaopatrywania w żywność spadł na barki „Zagłoby”, który z porucznikiem „Naglem”, sanitariuszkami i lżej rannymi żołnierzami chodził nocą po ziemniaki. Przynoszono je z oddalonych o kilka kilometrów kopców nad Bugiem. Niewiele tego było, ale przy racjonalnej gospodarce starczało na głodowe porcje. Uzupełniano je sokiem z brzóz i pędami roślin. Po kilku dniach udało się kupić krowę na mięso od polskich uciekinierów koczujących w lesie. Widmo głodu na jakiś czas zostało zażegnane. Niemcy jednak nie dawali za wygraną. Wokoło trwały walki. Z wszystkich stron dochodziło terkotanie broni maszynowej i wybuchy pocisków. Od świtu do nocy zwiadowcze samoloty penetrowały okolice. Szczęśliwie jednak szpitala nie wyśledzono. Z każdym dniem sytuacja stawała się bardziej beznadziejna. Tkwienie w miejscu mogło okazać się niebezpieczne. Poza tym z braku lekarstw i fachowej opieki rannym i chorym groziła infekcja i śmierć. Należało coś przedsięwziąć. W tym celu nawiązano łączność z polską wsią Terebejki, położoną w pobliżu torów kolejowych i stacji Jagodzin. Postanowiono przejść tory na stronę poleską i dążyć śladem dywizji. Nadszedł 20 maja. Późnym wieczorem po zachodzie słońca personel i chorzy opuścili wysepkę kierując się do Terebejek. Prowadzili ich przewodnicy z tej wsi. Na miejsce przybyli szczęśliwie. Tu za zgodą „Zagłoby” kilku lżej rannych na własną rękę udało się za Bug do krewnych. Pomagali im miejscowi kolejarze. Reszta po krótkim odpoczynku ruszyła dalej śladami dywizji. Droga prowadziła przez lasy i moczary. Skromne zapasy z Terebejek szybko się skończyły. Głód zaczął dawać się we znaki. Teraz żywiono się tylko chlebem z trudem zdobywanym w napotkanych chatach. Były to bowiem tereny zamieszkałe przeważnie przez Ukraińców i Poleszuków. Zarówno jedni, jak i drudzy nie byli przyjaźnie nastawieni do uciekających, toteż przez cały czas należało mieć oczy i uszy otwarte. Szczęśliwie razem z grupą „Miry” szli partyzanci radzieccy, a ci szybciej znajdowali wspólny język z miejscową ludnością. Tak doszli do w okolice Zabłocia. Od przypadkowo spotkanych żołnierzy dowiedzieli się, że dywizja pomaszerowała w kierunku Bugu z zamiarem przedostania się na teren Lubelszczyzny. Wiadomo było, że razem ze szpitalem trudno będzie dołączyć do dywizji. Wrócili więc do polskiej wsi Kupracz położonej niedaleko Jagodzina. Tu po nawiązaniu kontaktu z komendantem ośrodka konspiracji, Stanisławem Maślanko „Legendą”, przystąpiono do niebezpiecznego zadania przerzutu rannych do Chełma. Zadanie to udało się. Dzięki ludziom z konspiracji i mieszkańcom, szczególnie zaś kolejarzom, drogą przekupstwa za złoto, tłuszcz i samogon, sami kolejarze niemieccy i żołnierze wermachtu przewozili rannych w pociągach towarowych. Oni także już nie wierzyli w zwycięstwo. Rzecz oczywista nie dotyczyło to żandarmerii i gestapo. O tym dobrze wiedział „Legenda” i jego ludzie. Wszystkich wymagających leczenia udało się bez większych przeszkód umieścić w szpitalu Polskiego Czerwonego Krzyża w Chełmie. Resztę również przerzucono do Chełma. Tam po nawiązaniu kontaktu z dowództwem dywizji, „Mira” otrzymała rozkaz dalszego opiekowania się rannymi w szpitalu PCK.

Jest to oczywiście relacja oparta o własne wspomnienia pani „Miry” i według własnej oceny opisywanych sytuacji. Mam nadzieję, ze w następnych częściach przywołam wspomnienia innych świadków, a może ktoś z czytających coś dopisze na podstawie własnej wiedzy

 

Translate Google

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Sonda

Czy polityka Rządu RP w zakresie wyjaśnienia stosunków Polska-Ukraina jest
 

Serwis o Kresach

Pamiętaj o imieninach

Wczoraj : Pelagii Feliksa
Dziś : Marka Gabriela
Jutro : Marioli Wienczyslawa
Pojutrze : Emanuela Larysy Teodora

Statystyki

Użytkowników : 42
Artykułów : 455
Zakładki : 13
Odsłon : 2593240

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Szukaj

Kredyt dl Ciebie