Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

„Grzmot” ( Roman Gos-red) oznajmił nam, że „Jastrząb” polecił mu zorganizować kilkuosobowy patrol, najlepiej żeby to byli chłopcy młodzi, sprytni, wytrzymali w marszu, znający dobrze wspomniane tereny. Jak już wcześniej pisałem, do tego patrolu zgłosiło się nas kilku. Byli to: Jerzy Oświecimski „Lubicz” ze wsi Turia, lat 20, Antoni Kata „Ketling” z kolonii Kowalówka, lat 23, Dobrowolscy: Zygfryd, lat 22, Hipolit, lat 19, obaj z Kowalówki, Jan Kuraj, lat 18, z Kowalówki, oraz piszący te słowa Henryk Kata, lat20, też oczywiście z Kowalówki. Dowódcą patrolu był sierżant „Grzmot”, lat 35. Jak zawsze przed wyruszeniem na patrol, sprawdzenie broni, amunicji, opatrunki, nóż lub bagnet, dawniej dochodził jeszcze suchy prowiant, o czym pozostało wspomnienie; zdani byliśmy na własną inwencję, kiedy i co będziemy jedli. Zbliżała się pora obiadu ( zupa „iihaha” na końskim mięsie). Cała nasza szóstka z „Grzmotem” po zjedzeniu obiadu zatrzymała się przed szałasem „Jastrzębia”. „Grzmot” poszedł do dowódcy zameldować patrol gotowy do zadania. Przez kilkanaście minut coś jeszcze uzgadniali, być może jakieś szczegóły poleceń. Wreszcie „Grzmot” wyszedł, dołączył do nas i bezszelestnie zapuściliśmy się w las. Opuszczając obozowisko nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest to nasz ostatni kontakt z oddziałem porucznika Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”.

Szliśmy na południe. Po jakimś czasie „Grzmot” spojrzał na zegarek, wyjął mapę, zorientował z kompasem i obrał kierunek na wschód. Wszyscy byliśmy młodzi. Dzisiaj po latach wspominając te dni-zbyt młodzi. Toteż pomimo skromnego wyżywienia, nadmiernego przemęczenia i ciągłego braku snu, coś jakby uskrzydlało nas w tym rajdzie patrolowym w nieznane. Szliśmy szybkim krokiem, przeskakując dukty i lizjery leśne, ażeby przed zapadnięciem nocy dotrzeć do miejscowości Stanisławów, położonej przy drodze Olesk, Pisarzowa Wola do Włodzimierza Wołyńskiego

Zwracaliśmy też bacznie uwagę na rozbitków z naszej dywizji sprzed kilku dni, błąkających się po lasach. Doszliśmy jednak do wniosku, że im bliżej frontu oraz terenów nasyconych wojskiem niemieckim, tym mniejsze szanse spotkania kogoś z naszych oddziałów. Po kilku krótkich odpoczynkach, zorientowaniu się, czy idziemy we właściwym kierunku, zapadł już lekki zmrok. Ale też od wschodu przerzedzał się las. Poprzez korony drzew ujrzeliśmy błękit nieba, w oddali nasyp drogi, budynki zagród wiejskich z charakterystyczną smużką dymu unoszącą się z kominów chat. Zatrzymaliśmy się, spojrzeliśmy znacząco po sobie. Każdemu nozdrza się rozwarły, jakby chciał nimi zajrzeć do kuchni, co też tam się na kolację pichci. Tak człowieka głodnego nastraja widok ulatniającego się dymu z kominów o tej porze dnia. Krótka narada i „Grzmot” mówi; Dwóch na ochotnika. Mają zbadać, kto jest we wsi: cywile czy Wermacht, jakie są możliwości zdobycia prowiantu. Nie wolno wdawać się w strzelaninę. Reszta ubezpiecza do powrotu. Ja z Polkiem Dobrowolskim zgłosiliśmy gotowość wykonania zadania. Jeszcze raz przejrzeliśmy przez lornetkę teren przed nami. Nic szczególnego nie zauważyliśmy. Ruszyliśmy więc szpicą w odstępach w kierunku zabudowań. Jeśli  nas coś zastanawiało to to, że nie słychać było ujadania psów, które zazwyczaj słychać wieczorem na wsi zamieszkałej przez miejscowych gospodarzy. Polek potwierdził moją uwagę, mówiąc, że też go zastanawia ta wiejska cisza z dymiącymi kominami. Nie zdążyliśmy wypowiedzieć tych uwag, a zza budynków odległych od nas o około sto metrów spostrzegłem błysk, huk i gwizd pocisku. W zapadającym zmierzchu spojrzałem do tyłu. Nie widzę Polka. Skoczyłem w jego stronę. Wtedy on się podnosi i mówi, że coś mu w uchu dzwoni i szumi. Krzyknąłem: wiejmy stąd szybko!, bo to był dopiero sygnał wartownika. Uciekając roztapialiśmy się w wieczornym mroku. Dobiegliśmy do lasu, posypały się jeszcze za nami serie z broni maszynowej. Nie próbowaliśmy nawet odpowiadać na ich strzelaninę. Byliśmy raczej wdzięczni za ten ostrzegawczy niecelny strzał. Przecież mogli nas wpuścić do zagród i tam wykończyć. Kiedy znaleźliśmy się wśród kolegów, doszliśmy do wspólnego wniosku, że jest to zaplecze frontowe, obsadzone przez Węgrów lub Rumunów i to oni tak nerwowo reagują. Jeśli coś tylko zauważą, natychmiast strzelają – nie zawsze celnie. Zresztą myśmy ich często w podobny sposób tolerowali. Mieliśmy różne ciekawe nieraz przejścia, biorąc ich do niewoli, po kilku dniach puszczaliśmy wolno, ku ich zdziwieniu i wdzięczności. Zdawali sobie sprawę, że „Hitler kaput!”, że to tylko kwestia czasu i chcieli wrócić do swoich domów. Było to zgodne z niepisaną umową i powiedzeniem „Polak Węgier dwa bratanki”. Dowódca patrolu sierżant  „Grzmot” półgłosem przywołał nasz patrol do siebie i w krótkich słowach objaśnił nam kierunek i cel naszego rajdu tej nocy. Ponieważ strefa przyfrontowa nafaszerowana jest wojskiem niemieckim, to traktami i drogami odbywa się ciągłe zaopatrzenie rozlokowanych tam wojsk. Chcąc penetrować teren, nie wolno się zdekonspirować; ani nadziać na warty, ani też przypadkowo na oddziały Wermachtu. Tak więc w miarę wygodny marsz drogą miedzy lasami w okolicy Pisarzowej Woli, odpada. Musimy wejść głębiej w las i równolegle do drogi iść na południe w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego, do wysokości Pisarzowa Wola – Liski. A więc czeka nas przez kilka godzin ciężki marsz o pustym żołądku, lasami, po bezdrożach i wykrotach, ale względnie bezpieczny. Ponieważ sierżant „Grzmot” od samego początku, od mojego wstąpienia do oddziału „Jastrzębia”, był moim dowódcą, dlatego szliśmy w czołówce obok siebie prowadząc. Co jakiś czas sprawdzaliśmy, czy ktoś nie został. Na szczęście wszyscy trzymali się dzielnie, co wyczuwało się w czasie krótkich postojów na zapalenie papierosa i chwilę cichej rozmowy. Obecność bliskiego traktu wyczuwaliśmy po huku maszyn, od czasu do czasu przejeżdżających po lewej stronie, co nas utwierdzało w przekonaniu, że dobrze idziemy trzymając obrany kurs. Czas marszu dłużył się niesamowicie, a nogi odmawiały posłuszeństwa, zwłaszcza, że każdy z nas przynajmniej do kolan był przemoczony, a z butów tryskała woda. Nie sposób było omijać każde mokradło, rozlewisko czy zagłębienie wypełnione wodą. Podczas któregoś odpoczynku „Grzmot” pyta mnie która godzina (miałem zegarek z fosforyzującą tarczą). Zajrzałem do zegarka i podałem, że dochodzi północ. Spod Stanisławowa wyszliśmy o 19, po odliczeniu odpoczynków wyszło nam niespełna cztery godziny marszu w ślimaczym tempie 5-6 kilometrów na godzinę. Z obliczeń wynikało, że jesteśmy na wysokości obranego celu. Znane nam były takie i podobne patrole, ale ten jest szczególnej wagi objaśniał nam „Grzmot”, dobrze więc byłoby, gdybyśmy wykonali w całości poruczone zadania i w tym stanie osobowym. Od nas wszystkich będzie to zależało; spokój, rozwaga, mieć oczy nie tylko z przodu, nie strzelać bez potrzeby. Ustaliliśmy, że w razie rozproszenia wycofujemy się na północny zachód, w nocy żeby się rozpoznać- umówione sygnały gwizdem. Wszyscy pozdejmowaliśmy buty, na ile to możliwe osuszyliśmy je wewnątrz. Jeśli ktoś miał w zapasie skarpety lub owijki, to wymienił, jak nie miał, to przynajmniej dobrze wycisnął wodę. Po półgodzinnym odpoczynku i częściowym osuszeniu obuwia i nóg poczuliśmy się raźniej. Drogę przechodzimy pojedynczo, idąc tyłem. Pierwszy idę ja – powiedział sierżant „Grzmot”, za mną kolejno, tak jak cały czas szliście lasem, „Prima” ostatni, po przejściu drogi „Prima” dołączy do mnie i zagłębiamy się w las. Spojrzał jeszcze „Grzmot” na kompas i ruszyliśmy przed siebie na wschód. Tu las okazał się jakby mniej zwarty, a pomiędzy konarami można było zobaczyć usiane gwiazdami niebo. Pod nogami wyczuliśmy nieco twardszy grunt, brak podszycia leśnego, gałęzie nie smagały nas po twarzy, toteż raxniej szliśmy, ciągle zbliżając się do linii frontu. Po jakimś czasie szybszego nieco marszu patrol nasz zatrzymał się na zwartym paśmie krzewów, jakie zwykle obrastają leśne drogi. Rzeczywiście za tymi krzewami była droga. Tak jak uzgodniliśmy, w odstępach, jeden za drugim, idąc tyłem przemknęliśmy drogę jak cienie. Droga była równa i gładka, pojazdy zmechanizowane wyrównały koleiny zwykłych wozów konnych, które jeszcze pare dni temu przemieszczały się tą drogą z oddziałami „Osnowy” do Lasów Mosurskich.  Tu w okolicy Pisarzowej Woli jeszcze kilka dni temu trwały zacięte boje oddziałów zgrupowania włodzimierskiego „Osnowy”. Niemcy użyli tu przeciw polskim jednostkom piechoty, artylerii, czołgów i lotnictwa, wspomagając swoją piechotę. Oddziały „osnowy” wspomagane przez jednostki armijno-gwardyjskie pułkowników Romanienki i Kobylańskiego, przez cały dzień broniły skutecznie grobli na rozlewiskach az do wieczora. Wieczorem, kiedy Niemcy zaniechali dalszych ataków, oddziały „Osnowy” odmaszerowały na punkt zborny w okolice Zamłynia, realizując plan wyjścia z okrążenia. Jak już wcześniej wspomniałem, po przejściu drogi zagłębiliśmy się w las na krótki odpoczynek i omówienie dalszego kierunku i celu naszego rozpoznania terenu, łącznie z możliwością przejścia frontu na rzece Turii. Odcinek rzeki od Błażennika w dół do Zamostów ma po stronie wschodniej wysoki brzeg, stromą skarpą opadającą do wody. Zachodni brzeg na tym odcinku to rozległe łąki i mokradła porośnięte kępami łozy, wierzby i oczeretów, o tej porze roku zalanych przeważnie wodą. W czasie cichej narady doszliśmy do logicznego wniosku, że po wschodniej stronie rzeki Turii wysoki teren jest okopany i obsadzony wojskami radzieckimi do samej rzeki, a więc Ruscy są tu w lepszej sytuacji. Niemcy na swoim odcinku mając szeroki pas bagien,  łąk i łozy z oczeretami zalanymi wodą mogli mieć, co najwyżej, podczas dnia wgląd z dalszych punktów obserwacyjnych lub lotniczy. Nocą raczej nie zapuszczali się w tereny leśne czy bagniste zarośla, bo tam czychali na nich „łowcy języka”. Toteż Niemcy, jeśli decydowali się na patrol tego odcinka zaplecza frontu, to tylko przejazdem w wozach pancernych, kilka razy w ciągu nocy, co zdołaliśmy stwierdzić przechodząc lasem, równolegle do drogi odcinek Stawki – Pisarzowa Wola. W lasach zwartych czuliśmy się w miarę bezpieczni, ale trzy podstawowe zmysły partyzanckie (wzrok, słuch i węch) mieliśmy wyczulone jak leśna zwierzyna. Po północy ruszyliśmy lasem kursem na wschód, gdzie za około pół godziny powinniśmy dojść do budynków gajówki, jak powiedział „Grzmot”, jeśli mapy są aktualne. Przyciszonym głosem ciągnął dalej; Podchodzimy jak najciszej, nie wiemy, czy jest przez kogoś zajęta ( może wolna do wynajęcia mówię żartując), jeśli w ogóle jeszcze jest. W czasie wojny całe miejscowości znikają z powierzchni ziemi, jak bańki na wodzie. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na typowej leśnej drodze, której nie znajdziesz na mapach terenowych. Po dokładnych oględzinach łatwo zauważyć, że drożyna dawno nie była używana przez zaprzęgi konne. Była zarośnięta murawą. Zachowując ciszę ruszyliśmy jej śladem ze zdwojoną ostrożnością i oto spomiędzy drzew wyłania się zarys gajówki. W czasie nocnego rajdu „Grzmot” kilka razy aktualizował kierunek marszu z mapą. Wykazał się dobrą znajomością topografii i terenoznawstwa, godną pozazdroszczenia. Skupiliśmy się na skraju zwartego lasu, skąd do gajówki było około 50-60 metrów. Budynek stał na niewielkiej polanie porośniętej z rzadka rozłożystymi w konarach drzewami. Cisza, spokój, okna ciemne za zamkniętymi okiennicami, od czasu do czasu lekki poszum wiatru i ruch wierzchołków drzew. Staliśmy tak skupieni, gdy najmłodszy z naszej grupy Janek Kuraj zwietrzył jakiś dym- spalenizna, zapach pieczonych ziemniaków. Po tej uwadze Janka zaczęliśmy wszyscy łapać powietrze w nozdrza. Byliśmy przekonani, że Janek nie mylił się. Poczułem nagły przypływ głodu. To uczucie udzieliło się wszystkim, potwierdziła to późniejsza rozmowa. Moment oczekiwania na decyzję dowódcy patrolu. „Grzmot” przyciszonym spokojnym głosem powiedział; Czterech szybko, zdecydowanie podbiega i zajmuje gajówkę, trzech ubezpiecza. Nie strzelać, bo to mogłoby zaalarmować niemieckie jednostki na zapleczu frontu, być może są tam tacy jak my rozbitkowie z oddziałów polskich lub radzieckich, szukających przejścia za front. Szeroki pas porośniętych łozami bagien, wzdłuż rzeki Turii i linii frontu, do tego rodzaju operacji z pewnością się nadaje i jest prawdopodobne, że Rosjanie już to wykorzystują ściągając swoich rozbitków z okrążenia. Jednak pokusa pieczonych ziemniaków była nie do odparcia. Janek, Polek, „Ketling” i ja lekko pochyleni do przodu, jak na ćwiczeniach, półkolem, tyralierą pobiegliśmy do leśniczówki. Ponieważ od północy, skąd biegliśmy, nie było wejścia do budynku, musieliśmy budynek obejść. Wychylając się za narożnik gajówki zobaczyłem umykające i znikające cienie nieopodal w gęstym lesie, a w gajówce otwarte drzwi. Nie widziałem, kiedy Janek wparował do środka i półgłosem zawołał: Chłopcy, cały piec pełen pieczonych ziemniaków! Zdobycz na wagę złota. Naładowaliśmy pełne kieszenie, ale też wiedzieliśmy, że część tego łupu trzeba zwrócić tym, co go zostawili, równie głodnym jak my. Sprawa wyjaśniła się. Nadszedł „Grzmot” z „Lubiczem” i Fredkiem w towarzystwie dobrze wyglądającego radzieckiego wojskowego, starszyny, a za kilka minut powróciły z lasu owe uciekające cienie. Byli to radzieccy żołnierze z gwardyjskich jednostek zamkniętych razem z nami w okrążeniu. Starszyna, z którym „Grzmot” się już porozumiał, był podoficerem frontowym wojsk radzieckich. Który tam już raz przechodził na zaplecze niemieckie, zbierał rozbitków, a był też „ łowcą języka” i przeprowadzał za front na wschodnią stronę rzeki Turii. Część ziemniaków zwróciliśmy równie głodnym jak my uciekinierom, wspólnie konsumując dawno nie spożywany rarytas. Mieszkając na Wołyniu wszyscy znaliśmy język rosyjski, a przynajmniej na tyle, żeby się porozumieć. Toteż z rozmowy, jaką prowadził sierżant „Grzmot” ze starszyną, wynikało, że on dzisiejszej nocy, około drugiej, poprowadzi tę grupę żołnierzy radzieckich, którzy napiekli ziemniaków, do przeprawy na rzece za linię frontu. Jeśli mamy chęć, to możemy iść razem z nim, on zna bezpieczne przejście, właśnie wyżej wspomnianymi bagnami. Zna też odpowiednie hasła, żeby podczas przeprawy nie nadziać się na ogień krasnoarmiejców, którzy w nocy mogliby  nas potraktować jak Niemców. Nie znaliśmy szczegółów zadania naszego patrolu, które omawiał „Jastrząb” z „Grzmotem”, wykonywaliśmy tylko polecenia dowódcy patrolu. Ten zdecydował; Chłopcy przechodzimy linię frontu. O godzinie 2 w nocy opuściliśmy leśniczówkę. Prowadził teraz starszyna. Z mieszanymi uczuciami podążyłem za zwiększoną grupą ludzi, ale coś jakby się we mnie odkleiło czy pękło. Z jednej strony świadomość, że wychodzimy z okrążenia, z drugiej myśl, że tam pozostaje nasz oddział „Jastrzębia”, koledzy, ranni i ci, którzy oddali swoje życie, pozostali tam na zawsze. Idąc tak za prowadzącym starszyną podobne uczucia targały nami wszystkimi. Dokąd to jeszcze nas rzucą wojenne wichry? Wykonywaliśmy polecenie naszego dowódcy, „Jastrzębia”, jakie były jego zamiary? Po jakimś czasie, gdy tak szliśmy grupami, marsz po suchym terenie skończył się. Zeszliśmy do bagien podmokłych wodą, porośniętych szuwarami, trzciną, kępami łozy. Tu mogliśmy iść tylko gęsiego, pilnując się, żeby się nie pogubić. Taplając się w wodzie, raz płytkiej, miejscami głębszej, trafialiśmy na suche wysepki. Te wykorzystywaliśmy na kilku minutowy odpoczynek. Tempo marszruty nadawał starszyna, przechodził tę trasę kilka razy. Powiedział tak, żeby przed świtem wyjść poza linię frontu. O tej porze nocy na froncie panował względny spokój; od czasu do czasu zaterkotał karabin maszynowy lub wystrzelona rakieta oświetliła teren. W pewnym momencie usłyszałem; stoj! I krótka wymiana słów żołnierza radzieckiego zza rzeki ze starszyną, po czym ten ostatni skinął na nas i powiedział; prochadimrebiata. Przeszliśmy zmontowaną z żerdzi kładką, wyszliśmy na wyższy, wschodni brzeg Turii, gdzie już po paru metrach od brzegu rzeki zobaczyliśmy dobrze zamaskowane okopy. Spali tam żołnierze pierwszej linii frontu, okryci pałatkami przed nocną rosą. Starszyna powiedział coś wartownikom – ci wynieśli z okopów trzy bochenki chleba, który po rozdzieleniu jedliśmy z wilczym apetytem. Dawny codzienny posiłek – często tak mało doceniany chleb. Po doraźnym zaspokojeniu głodu „Grzmot” poinformował nas, że od momentu przekroczenia linii frontu jesteśmy zdani na ich nakazy i zakazy. Odtąd obowiązuje nas ich prawo. Na ile Sowieci zechcą tolerować porozumienie zawarte w marcu 1944 roku pomiędzy dowództwem 27 Dywizji Wołyńskiej AK a dowództwem radzieckim o wspólnej walce ze wspólnym wrogiem w ramach koalicji. Mieliśmy na tej niwie kilka niedobrych doświadczeń, niemniej jednak będę się starał nawiązać kontakt z radzieckim dowództwem odcinka frontu. Są tam też żołnierze radzieccy, których grupami wyprowadzają, a trasa, którą przeszliśmy, jest – jak sami widzieliśmy – bezpieczna. –oznajmił „Grzmot”. Jesteśmy dla nich solą w oku, jakieś tam AK podporządkowane Wodzowi Naczelnemu… wiadoma sprawa, wiemy co jest grane….ale nie traćmy chłopcy nadziei. Nadszedł starszyna ( ten który nas prowadził), pożegnał się z nami życząc nam wsiewocharoszewo i przekazał nas następnemu podoficerowi, który miał nas wyprowadzić poza linię bezpośrednich działań frontowych. Ten drugi Rusek okazał się dość przyjemnym i rozmownym facetem, chyba dlatego, że był sam w grupie siedmiu Polaków. Ruszyliśmy grupą prowadzeni przez nowego przewodnika, radzieckiego podoficera. Ten mówił nam, żebyśmy, nim dzień nadejdzie, odskoczyli możliwie dalej od linii frontu. Przestrzegał nas przed niemieckim lotnictwem, które w dzień jest niebezpieczne i z dużej wysokości potrafi celnie bombardować niewielkie grupy ludzi, o czym niebawem mieliśmy się przekonać. Po kilku kilometrach marszu niebo na wschodzie zaczęło się przejaśniać. Przechodzimy przez tory kolejowe trakcji Kowel – Włodzimierz  w Turopinie. Teren i miejscowości dobrze nam wszystkim znane, w prostej linii przez las Jochęzona do naszej Kolonii Kowalówka to żabi skok. Zatrzymaliśmy się na papierosa, przezucie obuwia i odświeżenie nóg po morderczym nocnym marszu przez bagna. Słońce wyjrzało zza horyzontu, nadchodził ładny pogodny dzień kończącego się kwietnia 1944 roku. Niezbyt głodni jeszcze po kolacji z pieczonych ziemniaków w leśniczówce na zapleczu niemieckich wojsk, wczesnym śniadaniu z chlebem i wodą, po przejściu frontu na rzece Turii, w okopach radzieckich, po ogarnięciu się ruszyliśmy w dalszą drogę. Przygrzewające słońce, brak snu jakby przyćmiły trochę naszą czujność. Niewiele zwracaliśmy uwagi, że linia frontu, którą niedawno przekroczyliśmy, ożywiła się. Uaktywniło się lotnictwo niemieckie. Huk samolotów niewielkich eskadr bojowych, latających na znacznych wysokościach, zlewał się z sobą, wytwarzając dla ucha niegroźny monotonny szum. Coś co naprawdę człowieka jakby usypia, spowalnia instynkt samozachowawczy. Ten brzęk małych eskadr, nadlatujący z różnych stron i dużej wysokości, zmienia się w przeciągły poszum, przypominający niegroźne brzęczenie pszczół, po przyłożeniu ucha do ula w ciepłą parną noc. Weszliśmy do wsi Bobły. Szliśmy w szyku luźnym, rozciągniętym z przyzwyczajenia poboczem drogi osłoniętej drzewami. Ponieważ szliśmy w kierunku wschodnim, słońce świeciło nam prosto w oczy. Idąc tak z lekko przymrużonymi oczami rozmyślałem, dokąd to nas jeszcze wojenne wichry poniosą. Z błogich rozmyślań wyrwało mnie przeraźliwe wycie samolotów (znane mi już z bombardowań w okrążeniu). Spojrzałem kątem oka w górę pod słońce, skąd słychać było huk samolotów. Na znacznej wysokości dojrzałem dwa nurkujące w naszym kierunku samoloty i odrywające się od nich dwa srebrne cygara. Krzyknąłem ile sił; Chłopcy padnij, lecą bomby! Nagle potężny podmuch rzuca mną o ziemię, czuję jakby silne uderzenie nieco poniżej prawego biodra, a w uszach piski szum w głowie. Po chwilowym oszołomieniu sprawdzam, czy jestem cały. Wstaję, czuję tępy ból w prawym biodrze i ciepło w prawym bucie. W nozdrzach, w uszach i ustach pełno ziemi i pyłu, ubranie całe najeżone powbijanymi drzazgami. Jedna bomba uderzyła w pobocze drogi, druga w stojący przy drodze mały wiejski domek. Rozglądam się za kolegami. Widzę, że każdy z nich tam, gdzie go dopadł wybuch bomb, próbuje się pozbierać i sprawdza czy jest cały. Nie podniósł się z naszej grupy najmłodszy, osiemnastoletni Janek Kuraj. Zginął na miejscu. Został zabrany przez służby sanitarne wojsk radzieckich i pochowany. Ja zostałem ranny, przy pomocy kolegów, mojego brata i naszego opiekuna doprowadzony do najbliższego ośrodka sanitarnego. Tu mnie opatrzono i obandażowano ranę, a przede wszystkim dostałem potężny protiwstołbniacznyjokoł (zastrzyk przeciwtężcowy ). Dostałem też skierowanie do szpitala polowego w Litynie. Nie miałem wyboru,  chociaż zdawałem sobie sprawę, że mój kontakt z oddziałem „Jastrzębia” urywa się, może nawet bezpowrotnie. Stad już załadowali nas na samochód ciężarowy, poprzez Ossą, Wierzbiczno, Kupiczów odwieźli nas do miejscowości tuż za Kupiczowem – Nyry. Romek Gos, jako dowódca patrolu, powiedział nam, że zrobi wszystko, co będzie w jego mocy, żeby dołączyć lub nawiązać kontakt z oddziałem „Jastrzębia”, żeby utorować możliwości wyprowadzenia oddziału z okrążenia. Rozmawiając z „Grzmotem” zdawaliśmy sobie sprawę, że w tak pogmatwanej sytuacji politycznej ze Zwiazkiem Radzieckim nie możemy zbytnio liczyć na ich przychylność, mimo ze należeliśmy do koalicji antyhitlerowskiej. W tej ocenie chyba nie myliliśmy się, co z resztą później się potwierdziło. Pożegnałem się z bratem Antkiem „Ketlingiem”, Jurkiem „Lubiczem”, Romkiem „Grzmotem”, Polkiem i Fredkiem Dobrowolskimi. Janka Kuraja cały nasz patrol pożegnał na zawsze w Bobłach, po nalocie lotniczym. Życzyliśmy sobie nawzajem przetrwania „wojennych wichrów” i szybkiego spotkania. Kierowca – Rosjanin Pietia powiedział do mnie; Dawaj Gienryk pajechali, a too uże nocz. Po drodze jadąc do szpitala przez Kupiczów spotkałem się tylko na 10 minut z rodzina starszego brata Juliana- żoną Felą i dziećmi; Zdziśkiem, Amelcią i Krystką. Po kilku minutach byłem w szpitalu polowym, w Lityńskich Lasach, znanych mi sprzed kilku miesięcy, po zbombardowaniu przez Niemców naszych kwater i szkoły podoficerskiej w Peresiece. Szpital polowy w Litynie to kilkanaście dużych podłużnych namiotów, ocieplonych, z ogrzewaniem i agregatem prądotwórczym, dobrze zamaskowany w lesie, z łaźnią oraz dezynfekcją ubrań. Byłem niewyspany i przemęczony od wielu dni, toteż po spisaniu moich personaliów, kiedy znalazłem się na stole operacyjnym umyty, w czystym fartuchu, po podanej narkozie usnąłem nie doliczywszy nawet do dwudziestu. Nie wiem, jak długo trwała operacja i mój sen, obudziło mnie wołanie tuż nad twarzą: Gienryk, Gienrykprosnis. Obudziłem się z niesmakiem narkozy w ustach i bólem głowy. Dostałem jakąś pastylkę i płyn do picia. Moim chirurgiem była kobieta, przyniosła mi odłamek bomby w papierowej torebce z napisem; Nie bespakojsia ty oczeńmaładoj, zrasniotsia, wsio budietharaszo. Obejrzałem ten kawałek żelaza wielkości małego palca, o ostrych poszarpanych brzegach. Na wielkość i kształt nie wyglądał groźnie, na wysokości pasa przebił jednak kurtkę, portfel w tylnej kieszeni, spodnie i skruszył kość miedniczą. Podziękowałem pani doktor za operację. Uśmiechnęła się przyjaźnie i odeszła do innych rannych. Ja zapadłem powtórnie w sen. Rano zostałem obudzony na śniadanie; moja znajomość rosyjskiego pogłębiała się z dnia na dzień, ponieważ ranni i personel mówili tylko po rosyjsku. Jak wskazywała sama nazwa: EwakoGospital, był to szpital ewakuacyjny. Co kilka dni ranni byli wywożeni etapami na wschód, dalej od frontu, aby zwolnić miejsce świeżo ranionym. Takimi ewako- etapami przejechałem szlak, począwszy od Lityna, przez Hołoby, Rożyszcze, Sarny – to w granicach Polski do 1939 roku – i dalej poza dawne granice: Owrucz, Korosteń, Homel, Nowozybkow, Oreł, Briańsk. Etapy takie co kilka dni, czasami dłużej, w zależności od napływu rannych z frontu, odbywały się przeważnie pociągami. Nie obyło się bez tragicznych często w skutkach bombardowań transportów w drodze i na stacjach kolejowych – przez lotnictwo niemieckie. Jeden z nalotów przeżyłem  jadąc na wschód, podczas bombardowania węzła kolejowego Fasy i znajdujących się tam licznych transportów kolejowych z zaopatrzeniem frontu oraz rannymi jadącymi na daleki wschód. Drugi nalot spotkał mnie po wyleczeniu, kiedy mogłem chodzić o kuli, w drodze powrotnej, na stacji kolejowej Nowozybkow. Zgromadzono tam kilka transportów wojskowych, w tym dwa transporty ciężko rannych jadących na daleki wschód. O północy zawyły syreny ogłaszające alarm przeciwlotniczy. Moi towarzysze podróży – oficerowie radzieckich wojsk frontowych, z którymi przebywałem przez cały okres leczenia, razem ze mną wracali do swoich jednostek. Byli to; kapitan Chmielnicki z Charkowa, starszy lejtnant Ilesow z Baku, starszy lejtnant Wołkow z Moskwy i kapitan Miedwiediew z Leningradu. Oceniając huk zbliżających się samolotów doszliśmy do wniosku, że bezpieczniej jest opuścić wagony i schronić się w pobliskim lesie, co tez niezwłocznie zrobiliśmy, zastając już w lesie mnóstwo podobnych nam uciekinierów. To, co zobaczyliśmy, było straszne, potworne. Teren węzła kolejowego został oświetlony przez tzw. flary (rakiety oświetlające zawieszone na spadochronach). Przy takim oświetleniu widzieliśmy jak na pokazach lotniczych, ze samolot za samolotem obniżając lot wyrzuca bomby wzdłuż stojących transportów i lekko, już bez ładunku, umyka ku górze. Bombardowanie trwało około 15 minut, a jego skutki zobaczyliśmy dopiero z nadejściem dnia. To było wstrząsające, potworny obraz zniszczenia, czego opisać się nie da.  Zwłaszcza transporty rannych, te fruwające na wietrze bandaże, jak biało-czerwone serpentyny przyklejone do gałęzi drzew… Nie wiem, jak długo trwało usuwanie skutków nalotu węzła kolejowego Nowozybkow, ale najbliższy skład pociągu w kierunku zachodnim odszedł jeszcze tego samego dnia wieczorem. Było to 29 czerwca 1944 roku, pamiętna data – imieniny Piotra i Pawła, co dobrze zakodowało się w mojej pamięci. Pragnę też wspomnieć, że wymienieni oficerowie radzieccy byli ranieni na odcinku frontu, na styku okrążenia naszej 27 Dywizji i wiele o nas wiedzieli. Jako oficerowie wojsk frontowych bardzo pozytywnie, z uznaniem wyrażali się o nas. Mieli też kontakty z naszym dowództwem poprzez przebywające z nami dwa pułki gwardyjskie pułkowników; Romanienki i Kobylańskiego. Z rozmów wywnioskowaliśmy, że byliśmy ranni mniej więcej w tym samym dniu i że z tego odcinka frontu rannych kierowano do ewako-szpitala w Litynie. W ciągu niemal dwumiesięcznego pobytu w jednym szpitalu obok siebie poznaliśmy się na tyle, że swobodnie mogliśmy ze sobą rozmawiać, bodajże na wszystkie tematy. Bardzo solidnie i po koleżeńsku potraktowali mnie wymienieni oficerowie. Tylko zbiegiem okoliczności od pierwszego dnia pobytu w ewako – szpitalu byliśmy zawsze razem, toteż szybko nawiązaliśmy bezpośrednią znajomość. Pewnego dnia przed śniadaniem obudziłem się i z zamkniętymi jeszcze oczami wysłuchałem rozmowy między nimi na mój temat, rozmowy, w której ustalali składkę ze swoich pensji na pensję  dla mnie ( otrzymywaliśmy wpłaty co dwa tygodnie). Nie potrafiłem przekonać ich, ze mi się to naprawdę nie należy, że jestem im bardzo wdzięczny, ale przyjąć nie mogę itd. Nie było mowy. Jeśli nie chcę zrobić im przykrości, my frontowyki, wot i Frontowajadrużosti. Użyli tyle argumentów, że uległem i w taki oto sposób, wtedy jeszcze o kulach, wychodziłem razem z nimi do miasta na rynek pakupiticztoniebuti (coś kupić). Ja z kolei podarowałem każdemu na pamiątkę to, co miałem, a to zegarek, lornetkę, ładny oficerski kordzik i tym podobne drobnostki z zakamarków plecaka. W któryś czerwcowy pogodny dzień wybraliśmy się, o kulach, na spacer do parku, rozmawiając luźno o wszystkim i o niczym. Ponieważ kapitan Chmielnicki był najstarszy wiekiem (przekroczył 50 lat i uczcił to butelką alkoholu), usiadł na ławce i począł opowiadać wspomnienia z podobnego słonecznego dnia w 1920 roku. Jak Armia Czerwona szła na Warszawę. On jako krasnoarmiejec uczestniczył w tej batalii. Był wówczas jeszcze młodym człowiekiem. Tak nam opowiada, opowiada, wciągając słuchaczy, że właściwie to niespieszno im było wtedy zajmować Warszawę, ale wynikało to z siły rozpędu no i….zatrzymali się pod Warszawą. Nie namyślając się zapytałem go, czy z powrotem spod Warszawy też tak niespieszno im było? Nie zdążyłem dokończyć zdania, jak wszyscy zaczęli się śmiać, zresztą Chmielnicki też. W końcu westchnął i powiedział, że Polacy dzielnie bronili swojego kraju, swojej wolności. Wróćmy jednak do zbombardowanej stacji kolejowej Nowozybkow, skąd transportem, który odszedł na zachód dopiero wieczorem, odjechaliśmy do Równego, gdzie moi szpitalni towarzysze niedoli obowiązani byli zgłosić  się do wojenkomatu. Żegnając się życzyliśmy sobie szczęśliwego zakończenia wojny i powrotu do swoich domów. Ja postanowiłem jechać dalej na zachód, bliżej frontu, w okolice, gdzie przed czterema miesiącami stacjonowały nasze oddziały, tam gdzie pozostały nasze rodziny, znajomi przyjaciele. Toteż starałem się przemyśleć i zrozumieć pogmatwane nasze sprawy możliwie logicznie. Byłem sam, zdany na siebie. W młodej wówczas głowie kłębiły się różne myśli: za i przeciw; trudno mi było o te jedną dobrą. Czasem robiłem coś intuicyjnie nakazem danej chwili. Zdawałem sobie sprawę, że po opuszczeniu tych miejscowości przez nasze oddziały, pomimo że weszły tam wojska radzieckie, teren ten jest ciągle niebezpieczny ze względu na miejscowe bandy rezunów, skażonych propagandą OUN-UPA i chęcią grabieży. Przewijała się też myśl, aby przejść front, odnaleźć oddział. Myśląc logicznie, było to niemożliwe z wielu względów. Po pierwsze: prawem wojny są sądy polowe, a indywidualne poruszanie się w pasie przyfrontowym to ryzyko bez logiki. Po drugie: oddział „Jastrzębia” opuściliśmy dwa miesiące temu i nie wiadomo, gdzie jest obecnie. Być może „Jastrząb” wyprowadził oddział z okrążenia i podążył z nim w pogoni za dywizją. Nie wiedziałem też, gdzie są i co się dzieje z pozostałymi z naszego patrolu w Nyrach koło Kupiczowa, z bratem Antkiem, Romkiem Gosem, Jurkiem Oświecimskim, Felkiem i Polkiem Dobrowolskimi. Czy Romek Gos zrealizował omawiany z „Jastrzębiem” plan? Czułem się chwilami zagubiony jak rozbitek i tylko musi, że spokój może mnie uratować, dodawała mi otuchy. Te i tym podobne myśli przewijały się w młodej głowie. Pisząc te wspomnienia po wielu latach, w wyobraźni jadę rozklekotanym transportem wojennym, koleją Równe – Łuck, zaopatrzony tylko w sprawku (zwolnienie ze szpitala) i litier ( prawo przejazdu wszelkimi środkami transportu). Po jakimś czasie ( zegarka nie miałem ) pociąg zatrzymuje się na stacji między lasmi. Wychodzę, rozglądam się i czytam nazwę stacji: Kiwerce. Ktoś z boku w mundurze sierżanta, czapce rogatywce, chwyta mnie za ramię i pyta: Co ty tu Henryk robisz przebrany za krasnoarmiejca? ( po wyjściu ze szpitala otrzymałem sorty rosyjskie, moje zagubiono w pralni). Poznaję Józka Burczaka z Janówki koło Zasmyk, starszego brata Gienka, o którym pisałem na początku. Krótko zrelacjonowałem Józkowi moją sytuację, od momentu wyjścia na patrol z „Grzmotem” aż do chwili obecnej. Józek opowiedział mi o swoich przejściach przez tory pod Jagodzinem z oddziałem „Osnowy”, walki w Lasach Szackich na Polesiu i piekło przeprawy przez Prypeć na linii frontu, gdzie dostali się w ogień wojsk niemieckich i sowieckich. Z oddziałów „Osnowy” kapitana „Gardy”, liczących około 600 żołnierzy, ponad 120 zginęło lub utonęło w Prypeci, w tym kilku oficerów. Mniej więcej tyle samo żołnierzy było rannych. Zginął też dowódca ugrupowania kapitan Kazimierz Rzaniak „Garda”. Jeśli niektórzy widzieli go po przeprawie przez Prypeć, to zniknięcie „Gardy” mogło być sprawą Beriowskiego systemu bezpieczeństwa, wszechobecnej NKWD, co po cichu dopowiedział Józek. Wszystkich rannych po przeprawie przez Prypeć odstawili do szpitali wojskowych. Całych i zdrowych po kilkudniowym odpoczynku, łaźni, zmianie ubrań i rozbrojeniu, przewieźli do obozu – kwarantanny tutaj w Kiwercach, blisko stacji w Żabce. Józek często wychodził na stację, obserwował jak przychodzą pociągi, czy ktoś z naszej dywizji, może zabłąkany, potrzebuje pomocy lub jakieś porady w tych trudnych czasach. Co zresztą i mnie ochroniło przed czymś, co nie sposób było przewidzieć na tym terenie, dymiących jeszcze zgliszcz polskich osiedli. Józek powiedział, że ze wszystkich miejscowości wokół Kowla, Zasmyk, Kupiczowa, jako bliskiego zaplecza frontu, ludność została ewakuowana na dalsze zaplecze frontu. Co do losu naszej dywizji, Józek wiedział, że pozostałe dwie kolumny: sztabowa majora „Żegoty” i kolumna majora „Kowala”, które w ślad za oddziałem „Gardy” miały następnej nocy przebić się przez front, do przeprawy nie doszły. Nie wiadomo, co z nimi i gdzie mogą być. O pozostałej z „Jastrzębiem” grupie w Lasach Mosursko- Zamłyńskich Józek nie wie nic. Z upływem czasu dowiemy się, że pozostałe dwie grupy: „Żegoty” i „Kowala” z drogi do Prypeci zawróciły i poszły za Bug na teren województwa lubelskiego. Tak też i porucznik :Jastrząb” po wielu przejściach wyprowadził swoją grupę z okrążenia, podążając śladami dywizji, przeprawił się przez Bug i połączył z dywizją. W rozmowie nna stacji Józek poradził mi, żebym poszedł z nim do obozu, przebrał się w polski mundur, wziął prowiant, koce do spania i dobrze wypoczął. Po nieprzespanej nocy w lesie koło stacji kolejowej Nowozybkow, w czasie bombardowania, propozycja Józka była logiczna i nie do odrzucenia. Spadła mi jak z nieba i uściskałem go serdecznie. Józek rozejrzał się jeszcze po wagonach, ale nie spotkał więcej podobnych mi rozbitków, więc poszliśmy do obozu. Po 10 minutach byliśmy na miejscu. Na zalesionym terenie kilkanaście długich ziemianek, z drzwiami i oknami, sienniki ze słomą na narach z desek. W ciągu godziny zaliczyłem łaźnię, ubrałem się w polski mundur, pobrałem kamasze, płaszcz, koce i otrzymałem miejsce do spania. Józek poinformował mnie o obyczajach obozowych i codziennym rozkładzie zajęć. To znaczy: pobudka, mycie, gimnastyka, apel poranny z modlitwą i śniadanie. Później obiad, wolne, kolacja, wolne do końca dnia, capstrzyk, modlitwa no i godziny snu. Drylu wojskowego jeszcze nie było, ludzie wynędzniali po wyjściu z okrążenia musieli przejść okres kwarantanny, rehabilitacji fizycznej, a także psychicznej, nadciągało nowe ze wschodu… Zbliżał się obiad. Miałem okazję przy wydawaniu obiadu odszukać kolegów i znajomych w tasiemcowych kolejkach pod kuchnią. Wiedziałem, że większość tych ludzi to ugrupowanie „Osnowy” włodzimierskie, ale w czasie pamiętnej nocy pod Zamłyniem oddziały te uległy przemieszaniu. Miałem więc nadzieję spotkać kolegów od „Jastrzębia” z Łuny, a znalazłem też chłopców z oddziałów kapitana „Gardy”, którzy przed rzezią ludności polskiej dokonaną przez OUN-UPA,  byli mieszkańcami Włodzimierza i okolicznych miejscowości. Obserwowałem tak postępujących w kolejce, nadchodzących grupkami i pojedynczo umundurowanych chłopców, gdy nagle zobaczyłem znaną mi sylwetkę. Krzyknąłem z radości; Feeleek! Zatrzymał się, popatrzył w moim kierunku, uśmiechnął się i już byliśmy przy sobie, serdecznie ściskając się. Po obiedzie Feliks Kowalski „Bąk”  ( vel Robert Zahorski) znalazł w swojej ziemiance miejsce obok siebie i dla mnie. Mieliśmy wiele czasu: opowiedziałem Felkowi losy i przejścia naszego oddziału „Jastrzębia” od czasu przemieszania się oddziałów pod Zamłyniem w tą pamiętną noc, gdyśmy się pogubili. Nieudana próba przejścia torów następnej nocy, powrót do Lasów Mosurskich, obozowisko na polanie „Pohulanka”. Kilkuosobowy patrol z sierżantem „Grzmotem”, pieczone ziemniaki w leśniczówce, przejście przez front, bombardowanie w Bobłach i śmierć Janka Kuraja. No i mój dwumiesięczny pobyt w szpitalach ewakuacyjnych w Związku Radzieckim. Teraz, jak widzisz – mówiłem, wojenne wichry przywiały mnie do Kiwerc na stację kolejową. Tu na stacji zbiegiem okoliczności zobaczył mnie sierżant Józef Burczak, mój dobry znajomy i przyjaciel. Józkowi zawdzięczam, że tu jestem i cieszę się ze spotkania. Jeszcze przed trzema godzinami wyglądałem jak krasnoarmiejec. Wypisując mnie ze szpitala naczmied (naczelnik  szpitala) chciał mnie skierować do jednostek radzieckich, a ponieważ nie zgodziłem się, dostałem skierowanie do Żytomierza, do formującej się tam I Armii Wojska Polskiego Berlinga. Otóż ja to skierowanie głęboko schowałem, na wszelki wypadek, a marszrutę zmieniłem – Żytomierz przez Łuck! Tu w Kiwercach chyba dobre duchy podszepnęły mi wyjście na peron, żeby spotkać się z Józkiem. Feluś był dobrym i pilnym słuchaczem moich opowiadań, toteż i ja zmieniłem się w słuch, kiedy z kolei Felek opowiadał mi swoje przejścia od momentu przemieszania się pod Zamłyniem, gdzie wylęknione konie omalże go nie stratowały. Jak wszyscy, po przejściu Neretwy, szybko podążyli w kierunku torów kolejowych, tak i on śpieszył wmieszany w oddział „Osnowy” kapitana „Gardy”. Torów jednak tej nocy nie przeszli, walki a Zamłyniu opóźniły skutecznie przejście za tory. Z nastaniem świtu ogień pociągu pancernego zmusił ich do odwrotu. Cały dzień kilkusetosobowy oddział czekał w niewielkim lesie do następnej nocy – nie wykryty przez Niemców. Dowództwo nad ta grupą objął porucznik Zygmunt Górka Grabowski „ Zając” (bardzo ceniony oficer kompanii warszawskiej). Następnej nocy przeprowadził przez tory pozostałą część oddziałów „Osnowy” szybkim manewrem uderzeniowym. Tam też nie mieli łatwego życia, lotnictwo i oddziały niemieckiego zaplecza frontu śledziły wszystkie ruchy zgrupowań 27 Dywizji Wołyńskiej. Po wyjściu z okrążenia rozproszone oddziały zostały w miarę możliwości doprowadzone do stanu wyjściowego. Felek „Bąk” pozostał u porucznika „Zająca”, nie wiedział, gdzie jest oddział „Jastrzębia”. W naszej rozmowie i analizie wydarzeń doszliśmy do wniosku, że tej nocy, kiedy jako pierwszy oddział „Zająca” przechodził tory, ruchem swym (kilkuset ludzi) zaalarmował niemieckie placówki i bunkry obronne, które nieco póxniej na tym samym odcinku torów zmasowanym ogniem zagrodziły drogę nam – oddziałowi prowadzonemu przez „Jastrzębia”. Dlatego po raz drugi z Jastrzębiem byliśmy zmuszeni wycofać się do Lasów Zamłyńsko-Mosurskich. „Jastrząb” nie chciał zwiększać i tak już dużych strat naszego oddziału podczas walk w okrążeniu. Felek dość ciekawie i szczegółowo opowiadał przygody z ciężkich dni za torami. Po wielu latach, nie mając notatek, staram się przedstawić bardziej ogólnie fakty z opowiadań Józka Burczaka, z tego, co Felek opowiadał o tych wyczerpujących marszach bagnami Polesia i o ciężkich walkach w lasach Szadzkich. Jednym z trzech ugrupowań Dywizji, które wyrwały się z okrążenia z lasów Szadzkich, dowodził kapitan Kazimierz Rzaniak „Garda”. Realizując zadanie dowództwa dywizji, ugrupowanie 600 żołnierzy miało, jako pierwsze, wyjść z okrążenia za front, na stronę radziecką.  Z ugrupowaniem „Osnowy” kapitana „Gardy” Felek przechodzi szczęśliwie 27 maja 1944 roku piekło przeprawy przez front na Prypeci. Wszystkich rannych opatrzono na miejscu i odstawiono do szpitali polowych. Zdrowi, już rozbrojeni, po posiłku i odpoczynku odmaszerowali pieszo do Maniewicz, skąd ciężarówkami zostali przewiezieni do Kiwerc, tu gdzie jesteśmy- zakończył Felek swoje opowiadanie. Liczba poległych i tych, którzy nie wyszli na drugi brzeg Prypeci, oraz rannych w odniesieniu do całości ugrupowania  „Gardy”, łącznie z dowódcą, była przerażająca, o czym wspomniałem już wyżej. Na oddział liczący 600 żołnierzy zginęło 120 i tyle samo było rannych. Zginął też dowódca oddziału i czterech oficerów. Był to czarny dzień zmagań wojennych 27 Dywizji Wołyńskiej AK. Ponadto razem z naszym oddziałem przebijał się oddział partyzantki radzieckiej, około 150 ludzi, z czego nie przeszło Prypeci 70, to jest blisko 50 proc. stanu. Ponieważ kapitan „Garda” zaginął bez wieści, dowództwo nad zgrupowaniem tu w obozie objął porucznik Zygmunt Górka Grabowski „Zając’. W ciągu kilku dni zaaklimatyzowałem się w obozie, poznałem tradycje i regulamin obozowy. Odnalazłem sporo znajomych i kolegów z „Łuny”, „Piotrusia” i „Czecha”. Byli to starszy sierżant Jaromiński „Trzjot”, sierżant Durczyński  „Aspik”, Wacław Laskowicki, Wiktor Strawski „Szampan” i wielu innych, których nazwiska i pseudonimy uleciały mi z biegiem lat. Do obozu niemalże codziennie przyjeżdżali codziennie oficerowie polityczni z I Armii Berlinga na wykłady polityczne, celem indoktrynacji oraz uświadomienia (niewiernych spod znaku AK) wyższości czerwonego socjalizmu wiejącego z Moskwy nad zachodnim kapitalizmem. Nie mieli łatwego zadania ci czerwoni misjonarze ( tak byli nazywani przez nas), jednak wykazywali w stosunku do nas wiele taktu, zrozumienia i cierpliwości, my tez w tej sytuacji nie mieliśmy wyboru. Zasypywaliśmy ich setkami pytań, trudnych do odpowiedzi zagadnień, zwłaszcza z okresu pobytu na tych ziemiach władzy radzieckiej od 1939 do 1941 r., zsyłki na Sybir, jak tez temat Katynia, rozdmuchany w tym czasie przez propagandę niemiecką. Te i podobne zagadnienia były wałkowane na wspomnianych wykładach politycznych, a zerwane umowy Sikorski- Majski oraz wyjście polskiej Armii Andersa z ZSRR na Bliski Wschód nie ułatwiało naszej polskiej sprawy. Wręcz przeciwnie, odbiło się to natychmiastową retorsją powołania Związku Patriotów Polskich, Rządu Jedności Narodowej oraz I Armii Polskiej z Berlingiem i Rolą-Żymirskim, do której to armii z powodu braku oficerów polskich kierowano kadrę liniową potrzebnych specjalności oficerów radzieckich. Na jednym, chyba już ostatnim wykładzie powiadomiono nas i podano datę, kiedy odbędzie się przysięga, na którą przyjedzie generał Berling, pułkownik Bukojemski i Wanda Wasilewska. Zaraz po wykładach na placu pośród drzew potworzyły się grupy żołnierzy, namiętnie dyskutujące między sobą. Felek Kowalski, Jaromiński, Durczyński, Wacek Laskownicki i ja – również utworzyliśmy taką grupę dyskusyjno-poglądową. Dołączył do nas Józek Burczak i Witek Strawski z „Łuny”. Wszyscy przechodziliśmy lata 39-41 sowieckiej okupacji, znaliśmy ten system, kłamliwy język propagandy, zsyłki na Sybir tysięcy rodzin, kolektywizację i gołe półki sklepowe. Do tego doszła zaprzeczana przez Moskwę sprawa Katynia. My tu w obozie wiedzieliśmy i czuliśmy, gdzie jest prawda, ale czuliśmy instynktownie, że dopóki żyje Stalin, Beria, w tym kraju strasznego ucisku i zakłamania nic się nie zmieni. To że oni…(misjonarze) nie mieli z nami łatwego zadania w przekonaniu nas do swojej ideologii, nie czyniło z nas zwycięzców. Mieli nad nami tę przewagę, że my innego wyjścia nie mieliśmy, a powołanie się na układy koalicji antyhitlerowskiej wywołały u nich uśmieszki politowania. Toteż mimo przewagi naszych pytań nad ich odpowiedziami, czuliśmy się upokorzeni. Wtedy zrozumieliśmy, że kto ma siłę, ten ma rację, a siła pomimo naszych tak wielkich ofiar, była po ich stronie. U schyłku życia pisząc wspomnienia nie chcę pisać o polityce, ale boleje nad tym, że my Polacy nie mamy szczęścia do ludzi wielkich, ludzi świadomych odpowiedzialności za losy tego kraju. Ale wróćmy na teren obozu, gdzie na jednej z pogadanek porucznik „Zając” na nasze pytania odpowiedział otwarcie: Chłopcy, wojsko albo białe niedźwiedzie. My Wołyniacy wiedzieliśmy, co znaczą te słowa ostrzeżenia, które porucznik „Zając” tylko powtórzył. To były pomruki sowieckiego systemu bezpieki. Reasumując, finał naszej dyskusji, wahań i wątpliwości zakończyliśmy przykrym, ale prawdziwym stwierdzeniem, że nasze uczestnictwo w walce w szeregach 27 Dywizji Wołyńskiej zakończyło się w dniu przekroczenia linii frontu na stronę wschodnią. Polityka Związku Radzieckiego w stosunku do nas – żołnierzy 27 Dywizji była jednoznaczna- bezwzględne podporządkowanie  się i wcielenie nas do I Armii WP. Długo w nocy z Felkiem rozmawialiśmy na te tematy, ale żadna myśl godna uwagi nie przychodziła nam do głowy poza jedną, że z I Armią możemy przekroczyć bezpiecznie linie Bugu, a na razie dać się nieść fali. Obiecywaliśmy sobie trzymać się razem, jak i „Jastrzębia”, ale wojna jeszcze się nie skończyła. Nie wiedzieliśmy, gdzie nas zaniosą wojenne wichry. Epopeję walk 27 Dywizji Wołyńskiej mieliśmy za sobą. I co dalej ? To już odrębna historia, bo pogmatwałyby się i tak poplątane te dwie historie.

P/w fragment wspomnień autora pochodzi z książki "Wojenne wichry" wydanej przez Urząd Miasta Otwocka 2001 r. Nakład 200 egz. Wybrał i wstawił: B. Szarwiło

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

PAMIĘTAJ PAMIETAĆ

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
507
Odsłon artykułów:
3647405

Odwiedza nas 1468 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo