Drukuj
Odsłony: 5185

- W okresie władzy sowieckiej nacjonaliści ukraińscy ograniczyli na Wołyniu swoją antypolską działalność - kontynuuje swoje wspomnienia Władysław Siemaszko. - NKWD tępiło ich z całą bezwzględnością i zeszli do bardzo głębokiego podziemia, nie przejawiając większej aktywności. Sytuacja ta zmieniła się radykalnie po wkroczeniu wojsk niemieckich. Hitlerowcy nie tylko tolerowali, ale popierali ukraińskich nacjonalistów.

Ci zaś starannie to wykorzystywali. Ich bezprawie przejawione wobec ludności polskiej stało się całkowicie bezkarne. Po opanowaniu lokalnej administracji od początku tak typowali kandydatów do wywózki na roboty do Niemiec, by pozbawić ludność polską resztek najbardziej patriotycznego elementu, który ocalał z sowieckich wywózek. Następnie aktywiści Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów przystąpili do skrytobójczego mordowania pojedynczych osób i całych rodzin. Masowe rzezie zaczęły się w marcu 1943 r. Było to związane z ucieczką do lasu policji ukraińskiej, pozostającej na usługach Niemców. Po dezercji jej funkcjonariusze stali się kadrą tworzącej się Ukraińskiej Powstańczej Armii. Z dnia na dzień rosło zagrożenie ludności polskiej. Co chwila dochodziło do mordów. Wkrótce cały Wołyń stanął w ogniu. Polacy byli całkowicie zaskoczeni przejawianą przez Ukraińców skalą nienawiści.”

Dają świadectwo prawdzie

„Na podstawie własnych obserwacji i doświadczeń mogę stwierdzić, że wspomnienia byłych Wołyniaków, które ukazały się po wojnie, często makabryczne, nie są wydumane, ale dają świadectwo prawdzie. Oddają tragedię, która stała się udziałem polskiej ludności Wołynia. Była ona całkowicie bezbronna. Armia Krajowa tworzyła dopiero swoje struktury. Nie posiadała oddziałów partyzanckich, które byłyby w stanie stawić czoła morderczym zagonom UPA. Polacy nie mając wyboru musieli podjąć walkę na śmierć i życie. Przystąpili do tworzenia samoobron.  Wchodziły w nie różne środowiska. Niezależnie od przekonań wszystkich łączyła jedna myśl - nie dać się Ukraińcom. Ja z żoną byłem w tym czasie związany z konspiracją. Po uratowaniu z sowieckiego więzienia w Łucku odnowiłem dawne kontakty z podziemiem, a także nawiązałem nowe. Włączyłem się w tworzenie struktur ZWZ w powiecie włodzimierskim, która z czasem weszła w skład Okręgu ZWZ w siedzibą w Kowlu. Najpierw byłem adiutantem komendanta obwodu Wiktora Smolińskiego, a moja żona szefem łączności. Później zostałem oficerem wywiadu.  Na tym stanowisku przetrwałem aż do stycznia 1944 r., kiedy to zarządzono mobilizację oddziałów partyzanckich i wszystkich pozostających w konspiracji w ramach akcji „Burza” i tworzenia zrębów 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Zgłosiłem się z żoną do sztabu we wsi Siedliska, położonej koło Bielin. Tu formowało się zgrupowanie „Osnowa”, będące częścią dywizji. Zostałem mianowany podporucznikiem czasu wojny. Żona otrzymała przydział do drugiej kompanii 23 pułku piechoty, gdzie objęła funkcję starszej sanitariuszki, w stopniu kaprala z cenzusem. W sztabie „Osnowy” byłem oficerem do zadań specjalnych. Dowodziłem m.in. wydzielonym oddziałem mającym zajmować się przyjmowaniem zrzutów z Anglii na lądowiska między wsiami Bielin i Sieliska. Żaden jednak nie został do nas skierowany. W ramach tajnych zadań w kwietniu 1944 r. zostałem przerzucony przez dobrze strzeżoną granicę na Bugu na teren GG, by rozpoznać niemieckie umocnienia w pobliżu miejscowości Horodło i ustalić miejsce ewentualnej przeprawy oddziałów dywizji na Lubelszczyznę, na odcinku, gdzie były one najsłabsze. Po wykonaniu zadania wróciłem, złożyłem meldunek w sztabie zgrupowania „Osnowa”. Niemcy usiłowali zlikwidować ośrodek mobilizacji w Bielinie. Już w lutym 1944r. przyszło nam odpierać ich ataki. W jego trakcie Niemcy ponieśli ofiary w ludziach. My mieliśmy tylko rannych. Później dokonaliśmy wyprzedzając uderzenia na miejscowość Gnojno, w którym stacjonowało zgrupowanie ukraińskie mogące zagrozić „Osnowie”. Jednej z kompanii udało się też wziąć do niewoli w zasadzce 72 niemieckich jeńców, którzy później zostali wymienieni  na polskich zakładników z Włodzimierza Wołyńskiego. Na co dzień żołnierze „Osnowy” toczyli też potyczki z UPA. Jej oddziały przenikały na kontrolowany przez AK teren, by nas nękać, a także, by prowadzić działalność wywiadowczą.

Czy to był szpieg?

- Na teren działań „Osnowy” zapuszczały się też oddziały partyzantki sowieckiej. Pan Władysław spotkał w nim znajomego Rosjanina, którego znał z Włodzimierza Wołyńskiego. Po dziś dzień nie wie, czy był on pozostawionym przez Rosjan dla prowadzenia działalności wywiadowczej, czy też po prostu nie zdążył uciec.

- Utrzymywałem z nim luźne kontakty - wspomina. - Nie bardzo bowiem wiedziałem, o czym z nim rozmawiać. Na czele oddziału stał lejtnant Gojkin, funkcjonariusz NKWD. Ostrożnie podchodził do współpracy z nami. Nie chciał razem z nami zaatakować Niemców we Włodzimierzu Wołyńskim. Byliśmy tym bardzo zawiedzeni...

- „Osnowa” krzepła oczywiście stopniowo. Najpierw powstał batalion, na czele którego stanął porucznik Sylwester Brokowski. Później tworzyły się kolejne bataliony i dowództwo nad całym zgrupowaniem objął kapitan „Garda”, czyli Kazimierz Rzaniak. Całe zgrupowanie liczyło w szczytowym momencie około trzech tysięcy żołnierzy . Drugie zgrupowanie dywizji „Gromada” było nieco większe i liczyło około trzy i pół tysiąca żołnierzy. Uzbrojenie z wielu parafii

- „Osnowa” podobnie jak „Gromada” zorganizowane były na wzór wojskowy - podkreśla Władysław Siemaszko. - Obowiązywały w niej wojskowe regulaminy armii przedwrześniowej i związana z nimi dyscyplina. Uzbrojenie mieliśmy kiepskie i różnorakie. Nie dysponowaliśmy ciężką bronią. Posiadaliśmy tylko karabiny maszynowe i kilka moździerzy. Karabiny czyli broń ręczna, którą się posługiwaliśmy była różnego pochodzenia: sowieckiego, niemieckiego i polskiego. Niektórzy żołnierze dysponowali karabinami z czasów I wojny światowej, które szybko okazały się całkowicie nieprzydatne. Brakowało do nich bowiem amunicji. Bywało też, że posiadali także karabiny węgierskie lub austriackie. Umundurowanie żołnierzy podobnie jak i uzbrojenie było bardzo różne.

W „Osnowie” mieliśmy umundurowanie polskie, przedwojenne, niemieckie, żandarmerii niemieckiej itp. Wszyscy żołnierze nosili czerwone opaski z czarnymi literami WP. Dopiero jak część dywizji przekroczyła Bug i znalazła się na Lubelszczyźnie to okazało się, że wchodzi ona w skład Armii Krajowej. Wszyscy żołnierze musieli opaski zmienić. Opiekę medyczną w „Osnowie” należy uznać na dostateczną. Działał szpital polowy. Do każdej jednostki została przydzielona kwalifikowana sanitariuszka z dyplomem. Zgromadzony był duży zapas środków opatrunkowych. Służba medyczna dysponowała nawet szczepionkami, o które postarał się aptekarz we Włodzimierzu porucznik Kubalski. Aprowizacja żołnierzy „Osnowy” przechodziła różne koleje losu. Początkowo każdy odżywiał się na własną rękę. Szybko jednak zorganizowano kwatermistrzostwo, które wzięło na siebie zaopatrywanie w żywność żołnierzy.”

Żołnierz miał jeść z kotła

- Kwatermistrzostwo uruchomiło ono młyn, piekarnię, wyrób wędlin, kuchnie polowe. Każdy żołnierz przynajmniej raz dziennie otrzymywał gorący posiłek. Rozdawano też mąkę ludności polskiej, która wypiekała chleb. Połowę w zamian za usługę mogła pozostawić na własne potrzeby. Żołnierze pozyskiwali też żywność w opuszczonych domostwach ukraińskich. Bywało, ze znajdowali w nich miód, wędzoną słoninę, czy jakieś weki. Dopiero później wprowadzono żelazną dyscyplinę i absolutnie nie pozwalano na zaopatrywanie się w żywność na własną rękę. Żołnierz miał jeść tylko z kotła. Oczywiście każdy miał na czarną godzinę jakiś kawałek chleba w torbie. W zgrupowaniu funkcjonowała też, jak w każdym wojsku służba duszpasterska. W „Osnowie” kapelanem był proboszcz z parafii Kalinówka, który później zginął zastrzelony przypadkowo przez Węgrów. Odgrywał on w ugrupowaniu ważna rolę. Przyjmował m.in. od nas żołnierską przysięgę. Odprawiał polowe nabożeństwa, dbał o morale żołnierzy, udzielał im sakramentów, spowiadał, a poległych odprowadzał na wieczną wartę. Tych zaś przybywało. W trakcie formowania i rozwoju organizacyjnego nasze zgrupowanie, podobnie jak „Gromada”, niemal codziennie toczyło walki z Niemcami, którzy usiłowali je zlikwidować. Ciężkie boje przyszło zwłaszcza prowadzić „Gromadzie”, przeciwko której Niemcy pod Oleskiem użyli czołgów. „Gromada” odparła wroga, ale poniosła bardzo ciężkie straty. Wspierał ją w walce oddział Armii Czerwonej, który także został mocno przetrzebiony. Dowódcy sowieccy nie liczyli się bowiem z życiem podkomendnych i zmuszali ich do brawurowej walki, nie licząc się ze stratami. Nasi żołnierze walczyli o wiele ostrożniej.”

Ściganie agentów

- Gdy „Osnowa” osiągała cały swój potencjał mobilizacyjny, pan Władysław jako oficer do zadań specjalnych zajmował się również z pracą kontrwywiadowczą. Miała ona na celu ograniczenie działań agentów sowieckich, którzy przenikali do oddziałów i czynili w nich różnoraką dywersję.

- Swoje zadania przydzielone mi przez dowódcę zgrupowania starałem się wykonywać, traktując je jako patriotyczny obowiązek, przede wszystkim solidnie i dokładnie - podkreśla Władysław Siemaszko. - Przełożeni z informacji, które im przekazywałem byli bardzo zadowoleni. Prowadziłem też od godziny 23 do 3 rano nasłuch radia sowieckiego, śledząc postępy sowieckiej ofensywy. Moi przełożeni znali je na bieżąco. Nie wszyscy chcieli w nie wierzyć. Część uważała, że Sowieci nie będą w stanie utrzymać takiego tempa natarcia i jak dojdą do dawnej polskiej granicy, to się zatrzymają i sprawy jakoś same się ułożą. Szeregowi żołnierze oczekiwali natomiast nadejścia Armii Czerwonej z nadzieją, że zrobi ona porządek z UPA i skończy się wreszcie tragedia ludności polskiej. Z mojej pracy kontrwywiadowczej wynikało, że niektórzy żołnierze „Osnowy” byli zwolennikami współpracy z Armią Czerwoną i wypowiadali się o niej pozytywnie. Z czego to wynikało? W szeregach naszego zgrupowania było wielu żołnierzy z rozbitych w 1941r. przez Niemców oddziałów sowieckich, którzy przetrwali w polskich wsiach i do partyzantki sowieckiej się nie spieszyli. Wstąpili natomiast do naszego zgrupowania i w trakcie obcowania z żołnierzami kreowali określoną opinię o armii, w której kiedyś służyli. Obserwowaliśmy ich uważnie, bo niektórzy mogli być agentami, celowo pozostawionymi przez Sowietów. Wielu naszych żołnierzy znało też stosunki panujące w oddziałach Armii Czerwonej z racji wkroczenia , a następnie stacjonowania jej oddziałów na Wołyniu. Były one bardziej demokratyczne niż np. w Wojsku Polskim.

Żelazna dyscyplina

- W naszym zgrupowaniu, gdzie wprowadzono przedwojenne regulaminy, panowała żelazna dyscyplina. Między szeregowcem a oficerem istniała przepaść. We wszelkich kontaktach obowiązywała droga służbowa. Bywało, że dochodziło do zatargów między kadrą, szczególnie tą zawodową, a żołnierzami. Oczywiście w miarę przybliżania się frontu, prosowieckie nastroje wśród żołnierzy „Osnowy” stygły. Dochodziły bowiem przez front informacje, że Sowieci na terenach zamieszkałych przez ludność polską dokonują aresztowań i przeprowadzają masowy pobór do wojska. Niektórzy podoficerowie byli też chwiejni. Sądzili, ze jeżeli wstąpią do Armii Berlinga, to szybko awansują na oficerów, których w nich brakowało. Dla zawodowych podoficerów, którzy nie mieli żadnego innego zawodu taka perspektywa mogła być ponętna. Tylko oficerowie naszego zgrupowania zgodnie z przedwojenną tradycją mieli przekonania antysowieckie. Kontrwywiad w obu ugrupowaniach starał się wykrywać wszelką wrogą działalność. W „Gromadzie” wykryto np. sowieckiego szpiega. Przy dowódcy tego zgrupowania kręcił się żołnierz luzak, który przebywał w nim z żoną, dziwnie czasem się zachowującą. Poddana została obserwacji. Okazała się sowieckim szpiegiem. Zatrzymano ją z przygotowanym meldunkiem, zawierającym ważne informacje. Została skazana na śmierć i rozstrzelana. Jej mąż ów żołnierz luzak popełnił samobójstwo. To przykre zdarzenie będę pamiętał do końca życia...

Przykre momenty

Służba w kontrwywiadzie na pewno nie była łatwa. Obfitowała w przykre momenty i konflikty z kolegami. Niektórzy jeszcze wiele lat po wojnie mieli do niego pretensje, że był dla nich za surowy w swych opiniach itp. Taka jest niestety dola oficerów kontrwywiadu, muszą podejrzewać wszystkich. W ramach swoich obowiązków prowadził również służbę patrolową na obrzeżach obszaru kontrolowanego przez „Osnowę”. One także utkwiły mu mocno w pamięci. Na każdym oglądał wiele trupów, zarówno mężczyzn jak i kobiet.

- Śmierć zawsze robiła na mnie wrażenie - wspomina. - Jako żołnierz często strzelałem do przeciwnika, ale nigdy nie wiedziałem, z jakim efektem. Tymczasem na patrolach stale oglądałem rozkładające się zwłoki. Trudno było ustalić, czy należały one do Ukraińców, czy Polaków. Przedstawiały one straszny widok. Bardzo to przeżywałem. Jeszcze bardziej przeżywali towarzyszący mi żołnierze. Rodziny większości z nich zamordowali Ukraińcy i nie mieli nic do stracenia. To rzutowało na ich postawę. Prowadzili patrole nieostrożnie , jakby specjalnie szukali śmierci. W jednym z opuszczonych obejść, konkretnie w chlewie, znaleźliśmy ukrywającą się pod obornikiem polską rodzinę. Gdy Ukraińcy mordowali wieś, w której mieszkali, udało im się zbiec. Uciekając natrafili na opuszczoną ukraińską wieś, w której się ukryli. Rodzina składała się ze starszego ojca, córki z dwojgiem dzieci, której mąż przebywał w niemieckiej niewoli. Byli w straszliwym stanie. Żywili się gotowanym żytem, którego worek znaleźli w zagrodzie. Nie mieli ubrań i butów. Zabraliśmy ich oczywiście ze sobą do siedziby sztabu „Osnowy” i otoczyliśmy opieką. Później w czasie kolejnego patrolu odwiedziliśmy jeszcze raz te zabudowania. Starszy mężczyzna powiedział nam, że jak szukał czegoś do jedzenia to odkrył, że Ukrainiec zanim opuścił z rodziną  chałupę, zakopał kufer pod klepiskiem stodoły, którego on sam nie był w stanie wydobyć. Nam oczywiście się to udało. Były w nim głównie ubrania, trochę zwijek tytoniu , a na samym dnie zegarek w blaszanym pudełku. Moi chłopcy od razu się podniecili i zaczęli szykować się do losowania, komu on przypadnie. Ja zaś szczegółowo obejrzałem sobie ten zegarek. Był to typowy wyrób, z koperta na której był napis: „za usmierienie polskowo miatieża 1905 g.” - Widocznie Ukrainiec, do którego należał zegarek służył w armii carskiej i brał udział w tłumieniu rewolucji w 1905 r. w Kongresówce.

Hitlerowcy nas przydusili

- W pamięci pana Władysława ze wszystkich wydarzeń, które przeżył na Wołyniu najbardziej utkwiła mi przeprawa przez tory, w wyniku której „Osnowa” miała przedostać się na tereny kontrolowane przez Armię Czerwoną. Inaczej bowiem groziło jej zniszczenie przez Niemców.

- Hitlerowcy tak nas przydusili, że nie mieliśmy wyjścia - wspomina. - Na przebijanie się za Bug na Lubelszczyznę nie otrzymaliśmy zgody władz Polski Podziemnej. Te chciały, byśmy do końca twardo trwali na Wołyniu. Ostatecznie jednak postanowiliśmy  przebijać się na drugą stronę torów, a następnie dotrzeć do Prypeci, przejść na drugą stronę frontu, chroniąc się na sowieckich tyłach. Dowództwo dywizji, w skład której wchodziły oba nasze ugrupowania miało już z Sowietami nawiązane kontakty. Jego przedstawiciele spotkali się z dowództwem sowieckiej armii, nacierającej na kierunku naszego operowania. Sowieci łapali oddech i na moment zwolnili uderzenie. Ich czołowe oddziały wchodziły na nasze terytorium i trzeba było uzgodnić zasady współdziałania. Spotkanie w sowieckim sztabie było bardzo kurtuazyjne, wręcz serdeczne, suto zakrapiane alkoholem. Oficerowie radzieccy starali się wzbudzać u oficerów dywizji zaufanie. Robili wrażenie otwartych. Jednocześnie w lasach zaczęło dochodzić do kontaktów naszych oddziałów z oddziałami sowieckimi, które sugerowały nam zachowanie ostrożności. Szeregowi czerwonoarmiści nie chcieli z nami rozmawiać. Odwracali się na pięcie i mówili – nielzia. - Mieli zakaz rozmów. Większość z nich była jednak  łasa na machorkę i mimo, że nie chciała rozmawiać, to prosiła, żeby dać im – zakurit. Odżywiali się oni kiepsko, jedząc gotowaną pszenicę. Byli ubrani podobnie jak we wrześniu 1939 r., czyli bardzo licho, niektórzy mieli na nogach niemieckie buty. Krążyli po naszym terytorium w niewielkich kilkunastoosobowych oddziałach. Można by powiedzieć, że najzwyczajniej pętali się. Pojawiali się i znikali.

Pomoc wuja

Panu Władysławowi nie udało się przejść wraz z ugrupowaniem na drugą stronę torów Jak wielu kolegów wraz z żoną dostał się do niemieckiej niewoli.

- Początkowo zgromadzono nas w jakiejś stajni w Lubomlu - wspomina Władysław Siemaszko. - Była bardzo duża i mieściła sporo jeńców. Wśród nich znajdowali się nie tylko żołnierze „Osnowy”, którym tak jak mnie niemiecki ogień uniemożliwił się przedostanie na drugą stronę torów, ale także partyzanci radzieccy i różne typy nie wiadomo skąd. Później pociągiem przywieziono nas o Chełma , w którym mieliśmy być umieszczeni w obozie dla jeńców radzieckich. Ze względu jednak na to, że wybuchł tam tyfus, przetransportowano naszą grupę do Lublina, bo obozu przejściowego i przekazano żandarmerii. Tam nawiązałem kontakty z dwiema paniami , które opiekowały się jeńcami. Jedna byłą z Czerwonego Krzyża, a druga z Rady Głównej Opiekuńczej. Zawiadomiły one mieszkającego w Lublinie wuja żony, który miał rozległe kontakty konspiracyjne. Przyniósł nam coś do jedzenia i papierosy i obiecał,  że zrobi wszystko, żeby mnie i żonę z obozu wyciągnąć. Najpierw żona przez lekarza hrabiego Skarbka została skierowana do szpitala na fikcyjną operację wyrostka robaczkowego. Po kilku dniach w asyście żandarma pojechałem po żonę, by ją odebrać ze szpitala. Żandarm usiał sobie na dole , a ja poszedłem na oddział załatwiać formalności zwolnienia żony. Kiedy się ubrała, tylnym wyjściem opuściliśmy szpital, chroniąc się w mieszkaniu wuja, który prowadził sklep. Ten uruchomił konspiracyjne kontakty i żona została skierowana  do ochronki pod Lublinem, ja ponownie zaangażowałem się w działalność konspiracyjną.

Marek A. Koprowski

Źródło;//www.kresy.pl/