Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

Nasza kolonia Kowalówka, gdzie mieszkaliśmy, oraz sołectwo Budy Ossowskie były w 98 procentach zamieszkałe przez ludność polską, natomiast okoliczne miejscowości: Rzewuszki, Ossa, Bobły, Wierzbiczno i wiele innych były wyłącznie ukraińskie lub mieszane, ale z przewagą Ukraińców. Do roku 1039 stosunki sąsiedzkie i współżycie ludności polskiej i ukraińskiej były bardzo poprawne i nic nie wskazywało na to, że mogą być aż tak złe, jak okazało się to u nas na początku 1943 roku. Wówczas policja ukraińska, wysługująca się dotąd Niemcom w likwidacji Żydów, opuściła służbę u nich i pod sztandarem OUN-UPA, zajęła się mordowaniem Polaków. W naszej okolicy z początkiem 1943 roku rozpoczęły się uprowadzenia ludzi przez bojówki UPA. Ludzie ci nigdy już nie powrócili do swoich rodzin, ginęli przeważnie z ran zadanych podczas tortur w słynnej kaźni UPA na Wołczaku. Starsi moi bracia, Władysław i Julian, jak i ja z Antosiem byliśmy świadomi, że jeśli te z premedytacją zaplanowane morderstwa nie zostaną przerwane przez nasze zbrojne oddziały, to dla nas, ludności polskiej nie będzie miejsca w tym rozszalałym żywiole OUN-UPA. Wielu Polaków, zwłaszcza Starszych nie przekonywały takie argumenty. Nie docierało do ich świadomości, że skończy się to ogólną rzezią polskiej ludności, że trzeba temu zapobiec, postawić zbrojna tamę, po prostu nie dać się zaskoczyć, nie dać się zabić bezkarnie i bez walki.

Ci ludzie byli święcie przekonani, że z Ukraińcami żyją tu w zgodzie od wieków, często w zażyłej przyjaźni, skoligaceni poprzez małżeństwa i nie wierzyli, że tak nagle mogłoby się to zmienić, tym bardziej ze nie poczuwali się do żadnej winy wobec Ukraińców. Na zbrodnie dokonane przez UPA mieli jedną odpowiedź: Pewnie coś im przeskrobali, coś musieli zawinić. Byliśmy bezradni wobec takiej postawy, żaden argument nie trafiał do przekonania tych ludzi. Na takie i podobne reakcje było jedyne usprawiedliwienie – nasze polskie społeczeństwo nie było w porę uświadomione ani przygotowane psychicznie do tego, do czego zmierzało OUN-UPA, nafaszerowane opętańczą teorią Dmytra Dońcowa. Kiedy to wreszcie  doszło do świadomości spokojnych, żyjących tam od pokoleń ludzi, było już za późno. Nie zdążyli, a czasami nie dali rady uciec : starość lub strach przed podniesioną siekierą czy widłami paraliżował ruchy. Małe dzieci nic nie rozumiały. Musieli zginąć ci, co nie mogli uciec, często w płomieniach własnych domów!  (....)   Coraz częściej dochodziły nas wieści, że tu i ówdzie ktoś został uprowadzony przez bandy UPA i zaginął bez wieści. ( Tak skwapliwie do dziś pogrobowcy UPA szermują określeniem „czystek etnicznych”, które to jako metody, niedawni jeszcze uczniowie Stalina i Hitlera sami stosowali.) Wiedzieliśmy i rozumieliśmy, że coś się już dzieje, toteż wzmogliśmy szczególną ostrożność w dzień, w nocy nie spaliśmy w domach. Życie stawało się nie do zniesienia, w ciągłym napięciu, obawie. W rozmowach i naradach rodzinnych, jak też z ludźmi z otoczenia, sąsiadami, którzy rozumieli, że zbliża się śmiertelne zagrożenie, informowaliśmy się wzajemnie o wszystkich zagrożeniach, obserwacjach, unikaniu bezpośrednich spotkań, o tym, jak dać się uprowadzić tam, skąd nikt już nie wraca. Mieszkaliśmy w kolonii, zabudowania nasze były postawione z dala od innych zabudowań, bardzo blisko lasu (...)) Chcę tu nadmienić, że Władysław Czermiński, por. „Jastrząb”, który przez pewien okres mieszkał w Budach Ossowskich, w domu pana Lemińskich, w tym czasie, który wyżej opisuję, był już w Kowlu. UPA z Wołczaka chciała go pochwycić i uprowadzić jak wielu innych, ale to się jej nie udało; uciekł do Kowla, a my zwielokrotniliśmy czujność i mieliśmy się na bać. (....)  Wołczak to była niewielka wieś ukraińska, z dwiema rodzinami polskimi: Mikulskich  i Buczków, wciśnięta jakby w obrzeże olbrzymich kompleksów leśnych Lasów Świniarzyńsko- Osiekrowskich, ciągnących się dziesiątkami kilometrów w kierunku północ-południe. We wsi Wołczak OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) założyła swój sztab jednostki zbrojnej UPA (Ukraińska Powstańcza Armia), kureń Sosenki. Do niedawna był to oddział w służbie policji niemieckiej, między innymi wykorzystywany do likwidacji ludności gett żydowskich. Po likwidacji gett, wyszkolona w zabijaniu i grabieży mienia , UPA rozpoczęła likwidację ludności polskiej - początkowo wybrane ofiary. Do naszych i okolicznych miejscowości upowcy z Wołczaka robili co jakiś czas wypady po nowe ofiary, które poddawano różnym torturom, by potwierdzić domniemanie, często wymyślone oskarżenia lub z dzikiej zemsty propagandowej za jakieś odległe, sprzed wieków porachunki za doznane krzywdy, w myśl hasła: Wyryzaty wsich lachiw. (...)W pierwszy dzień świąt Wielkanocnych  43 roku nacjonaliści UPA z Wołczaka otoczyli dom Stanisława Uleryka w Budach Ossowskich. Uciekającego ranili strzałem z karabinów, rannego już uprowadzili do sztabu UPA na Wołczak. Tam został zamęczony w słynnej kaźni w stodole pod lasem. Staszek Uleryk do 39 roku był komendantem młodzieżowej organizacji „Strzelec”, a więc był już niebezpieczny dla OUN-UPA. Po kilku dniach w nocy banderowcy otoczyli dom Bogusława Zapotockiego w kolonii Ossa. Był komendantem miejscowej ochotniczej straży pożarnej. Widział, co się wokół dzieje, zdawał sobie sprawę, że i jego banda z Wołczaka zechce zlikwidować. Nie nocował już w domu i widział z ukrycia otoczony dom. Już wiedział, co go czeka. Jeszcze tej nocy towarzyszyłem Bogusiowi w ucieczce do Włodzimierza. Miałem broń- rewolwer browninga. Raźniej mu było przechodzić ukraińskie miejscowości, gdzie można było się nadziać na miejscowych zwolenników silskie jbezpeki UPA. Na drugi dzień wróciłem do domu znanymi mi drogami, omijając ukraińskie wioski. W niedługim czasie po ucieczce Zapotockiego w podobnych okolicznościach uciekli do Włodzimierza Władysław i Edward Makroccy, a w ślad za nimi- po jakimś czasie – rodziny: żona Władysława z synami Piotrem, Antonim oraz rodzina Edwarda. Były to jednak jednostki, które trzeźwo patrząc na to, co się dzieje, ratowały życie rodzin i swoje uciekając do miast, gdzie jeszcze było w miarę bezpiecznie. Pozostawała jedynie kwestia wyżywienia i zakwaterowania, o czym później. Nadszedł lipiec 1943 roku, gorący środek lata, na wsi okres żniw i pracy w polu. W wielu miejscowościach w tym czasie OUN-UPA przystąpiła do masowych mordów, pogromów i palenia całych polskich wsi i osiedli. (....). Wacław Kopczyński i Władysław Kata noc z 10 na 11 lipca 1943 roku spędzili w Uściługu. Rano 11 lipca wrócili do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie w godzinach południowych napotkali mnóstwo Polaków, koczujących na ulicach, placach przykościelnych, często poranionych, okaleczonych, bez opieki lekarskiej, bezpośrednio zbiegłych przed siekierami i widłami rezunów, czy też karabinami UPA. Byli to ludzie z miejscowości koło Włodzimierza, takich jak: Smołowa, Oryczów, Sielec, kolonii Strzelecka Turówka i wielu innych. A więc stało się to najgorsze, czego obawialiśmy się od kilku miesięcy – nacjonaliści ukraińscy rozpoczęli na naszych terenach masowe pogromy i wybijanie ludności polskiej. Wacław Kopczyński, „Sokół”, do Bud Ossowskich już nie wrócił, pozostał we Włodzimierzu, natomiast Władysław Kata późnym wieczorem wrócił do domu. To od nas dowiedział się, że w naszej kolonii Kowalówka została zamordowana rodzina Piotrowskich – pięć osób, Mirosław Karaniewicz i cała wieś Dominopol, odległa od nas o około 4 kilometry. Ze wsi tej nie uratował się podczas pogromu nikt; mordowali ich we śnie po północy. Kilku osób, które ocalały nie było we wsi w czasie zagłady ponad dwustuosobowej społeczności. Po ograbieniu wsi Dominopol została spalona przez sotnie Sosenki z Wołczaka. Dwie polskie rodziny z Wołczaka – Mikulskich i Buczków wymordowano dzień wcześniej, czyli 10 lipca. Ocalał tylko nieobecny tego dnia Franio Mikulski, mój serdeczny kolega i przyjaciel z ławy szkolnej w Swojczowie. Po krótkich relacjach i szokujących wiadomościach, w atmosferze podenerwowania i niepokoju bracia Władysław i Antoni jeszcze tego dnia udali się do Bud Ossowskich, w celu zorganizowania samoobrony, zanim nasze miejscowości nie zostały bezpośrednio zaatakowane przez rezunów UPA. Próbowali namawiać ludzi do obrony, ale nawet te straszne wiadomości nie przekonały mieszkańców Bud o takiej potrzebie. Zaskakująca była bierność ludzi nieuświadomionych, nie rozumiejących potrzeby organizowania się w samoobronę przed niechybną śmiercią. Moi braciszkowie Władek i Antoś późną nocą wrócili do domu. Nikt tej nocy nie usnął, widmo grozy zaglądało ze wszystkich stron. Jeszcze po rozmowach z sąsiadami, nie widząc zapału do obrony, bracia Władysław i Julian, jeden z dwójką, drugi z trójką dzieci, żonami i naszą mamą wczesnym szarym rankiem 12 lipca polnymi drogami przez Wierzbiczno, Osiecznik, poprzez Piórkowicze, Janówkę i Radomle, uciekli do Kowla. Opuścili swoje domy dwoma zaprzęgami konnymi. Każdy obrał nieco inną trasę ucieczki, nie wszyscy razem. Tak było bezpieczniej. Ja z bratem Antkiem pozostaliśmy; to też uzgodniliśmy wspólnie, że do Kowla przyjedziemy za kilka dni. Inwentarz żywy w trzech gospodarstwach zwolniliśmy z uwięzi i zagród. Sami trzymaliśmy się raczej miejsc mniej widocznych, z możliwością obserwacji. Wiedzieliśmy, że w zaistniałej sytuacji nasze miejscowości ulegną zagładzie, jak wiele innych, które już to, co najgorsze, spotkało. Nie wiedzieliśmy tylko, kiedy to nastąpi. Bierna postawa naszej społeczności w kwestii obrony skłoniła nas do opuszczenia wszystkiego, co posiadaliśmy. Nie chcieliśmy czekać świadomie na rezunów z UPA. (...)  , po nieudanej próbie zorganizowania samoobrony w Budach w połowie 1943 roku z bratem Antkiem leśnymi i polnymi bezdrożami doszliśmy do Kowla. Podróż nocą do Kowla odbywaliśmy właściwie grupą pięcioosobową. Mieszkańcy Bud Ossowskich – Józef Spodniewski z żoną i kilkumiesięczną dziewczynką postanowili uciec do Kowla. Byli młodym małżeństwem. Józek wiedział, że posiadamy broń, i uznał, że raźniej im będzie uciekać z nami nocą. Z radością przyjęliśmy ich propozycję i obiecaliśmy pomoc w dźwiganiu bagażu, niezbędnego przy małym dziecku. Zatrzymywaliśmy się tylko na kilkunastominutowy odpoczynek, na posiłki i zmianę pieluch maleństwu. Przez całą podróż nocą dzieciak okazał się dobrym śpiochem. Rano zakotwiczyliśmy w Kowlu przy ulicy Monopolowej 27. Muszę też wspomnieć, że przed wyruszeniem do Kowla namawialiśmy do ucieczki jeszcze jedno małżeństwo z malutkim dzieckiem – Władka Czaplę i jego żonę Fredzię, moją koleżankę z ławy szkolnej. Władek bardzo chciał iść z nami, rozumiał powagę zagrożenia w przypadku pozostania z malutkim dzieckiem pośród rządnych łupu i krwi Lachów rezunów UPA. Freda nie zdecydowała się. ”Bo rodzice i młodsza siostra jeszcze zostają, bo trzeba przemyśleć, wszystko pozostawić, a z czym uciekać?...Nie jesteśmy nic winni Ukraińcom, dlaczego mielibyśmy wszystko pozostawić i uciekać w nieznane, na tułaczkę”. Takie i podobne rozterki zatrzymywały w swoich zagrodach tysiące niewinnych ludzi. Zostali zamordowani, bo byli Polakami. Nie potrafiliśmy nakłonić Fredzi do ucieczki razem z nami. Los tak chciał, tak pokierował, że Fredzia z dzieckiem, rodzicami i siostrą Joasią wyszła z pogromu obronną ręką, ale Władek Czapla został zamordowany… Jak już wspomniałem, rankiem dotarliśmy całą piątką do Kowla, Józek z żoną i dzieckiem szczęśliwi, my też, że bez przeszkód zakotwiczyliśmy przy ulicy Monopolowej 27 u państwa Kuczyńskich, mieszkańców Kowla. Moi starsi bracia Władysław i Julian z rodzinami i naszą mamą zdążyli wyjechać do Kowla zaraz po wymordowaniu Dominopola i rodziny Piotrowskich w Kowalówce. Zastaliśmy ich w Kowlu. Ucieszyli się, że widzą nas całych i żywych, choć dopiero po kilku dniach od ich wyjazdu. (....)Tego też dnia poznałem jakże miłe, sympatyczne rodzeństwo, Jankę i Heńka „Szarego” oraz ich przemiłą mamę Mieloszyków, a za ich pośrednictwem „dużą”  grupę: Jankę Drzymałównę „Baśkę”, Tadeusza Biernackiego, Franka Moniuszko, „Maja”, Henryka Moskala, Mariana Droździkiewicza i wielu innych kolegów, z którymi niebawem spotkamy się w oddziale „Jastrzębia”, o czym jednak później. Ponieważ z bratem Antkiem wiedzieliśmy, że pójdziemy do oddziału „Jastrzębia”, żeby bronić pozostałą ludność polską zgromadzoną w Zasmykach i sąsiednich miejscowościach, postanowiliśmy naszą mamę przerzucić w Uściługu za Bug do Zosina. Tam miała swojego brata i z uwagi na podeszły wiek lepiej by się czuła. A my spokojnie moglibyśmy iść, jak się wtedy mówiło, do lasu. (...)Pożegnałem moją kochaną mamę, zroszony rzęsistymi jej łzami, uściskałem wujostwo i z Adamem Kamińskim o wyznaczonej godzinie przeszliśmy most na Bugu do Uściługa. (...). Na Drugi dzień, pociągiem towarowym bez przeszkód wróciłem do Kowla, ku zadowoleniu i radości rodziny, że nasza mama jest u swojego brata za Bugiem, gdzie jest w miarę spokojnie i bezpiecznie. Jak już wspomniałem, dzięki poznanej rodzinie Janki i Heńka „Szarego” Mieloszyków oraz ich koleżanek i kolegów nie czuliśmy się z bratem Antkiem osamotnieni po ucieczce z domu i z kręgu swoich znajomych. Wiedzieliśmy, że pójdziemy do oddziałów, bronić Polaków przed bandami UPA, toteż głównym zadaniem było zdobycie niezbędnego ekwipunku i broni. Pamiętaliśmy, że skończy się gorące lato, nadejdzie chłodna jesień i zima, a kwaterą oddziału „Jastrzębia” w tym czasie były przeważnie stodoły, budynki gospodarcze, czasem szumiący las. Pobyt w Kowlu nie potrwał zbyt długo, czasowo zatrzymaliśmy się w Janówce koło Zasmyk, uczestnicząc w zajęciach miejscowej samoobrony, którą zorganizował Tadeusz Paczkowski – ppor. „Jawor”. W kilka dni poznałem bodajże całą młodzież Janówki. Zaprzyjaźniłem się z nimi; wspólnie opracowaliśmy plany zdobycia broni. Pistolety, które mieliśmy z : „Ketlingiem”, przydawały się jedynie do nocnych patroli, na wypadek zetknięcia się z kimś podejrzanym ( dawały poczucie bezpieczeństwa ). Potrzebna była jednak broń długa do obrony, o której przypominały nocą łuny na niebie i napływ uciekinierów z różnych stron wokół Zasmyk. Ponieważ przez Kowel, a ściślej, a ściślej przez kowelski węzeł kolejowy odbywała się duża rotacja wojska niemieckiego ( w tym Węgrzy, Rumuni, Włosi ), toteż kwitł handel wymienny, jak wszędzie na świecie w takich sytuacjach bywa. Zadaniem naszym było zdobycie towarów wymiennych na broń, amunicję, granaty, buty, plecaki itp. ekwipunek. Naszym najbardziej atrakcyjnym towarem były złote monety, złota biżuteria oraz żywność i napoje: słonina, smalec, różne wędzonki, alkohol i miód. Z tego rodzaju towarem, z Gienkiem Burczakiem każdej soboty jeździliśmy do Kowla. Zostawialiśmy towar na wymianę i po wstępnych uzgodnieniach zabieraliśmy swój towar. W Kowlu nocowaliśmy. Gienek u swojej żony na drugim Kowlu, ja odwiedzałem starszych braci z rodzinami, Jankę i Heńka Mieloszyków, a w niedzielę wracaliśmy do Janówki. Udział w tego rodzaju handlu wymiennym uskuteczniałem przeważnie z Gienkiem Burczakiem lub Henrykiem Paczkowskim, dozbrajając samoobronę Janówki. Był już koniec września lub początek października 1943 roku. Któryś raz z rzędu z Gienkiem odbieraliśmy towar z drugiego Kowla. Ponieważ tunelu pod torami kolejowymi koło stacji strzegła straż niemiecka, towar przewoził nam psi zaprzęg. Codziennie kursował taki zaprzęg pod stacją, przewożąc bagaże żołnierzom, a zwłaszcza oficerom niemieckim. Godzi się wspomnieć także, że pewnego razu była Gienka uroczystość – rocznica ślubu. Z tej okazji w towarzystwie młodych małżonków i jej rodziców, zjedliśmy przygotowany na tę okazję wystawny ( jak na owe czas ) obiad, zakrapiany też dobrym alkoholem. I to był błąd. W czasie kiedy ja zabezpieczałem towar do przewozu na Janówkę ( karabin mauzer, paczka naboi, granaty, telefon i coś z medykamentów ), w tym czasie koleś Gienio, pod humorkiem, wdał się w jakąś awanturę z Ukraińcem z Kowla, z ulicy Monopolowej, którego on znał. Skończyło się na tym, że Gienka Burczaka Niemcy aresztowali. Siedział ponad dwa miesiące, nim go zwolnili, co sporo kosztowało jego żonę i rodziców, za pośrednictwem przeróżnych znajomości. Heniek Mieloszyk „Szary” od dwóch tygodni był w oddziale „Jastrzębia”, ja natomiast po wpadce Gienka zostałem spalony. Mając już długą broń, postanowiłem przerwać „ten proceder handlu wymiennego”, który przejęli koledzy z Janówki, szlaki handlowe były przetarte. Ja w kamasze i do oddziału „Jastrzębia”. Powiadomiłem rodzinę, żeby w razie potrzeby wiedzieli, gdzie mogą mnie znaleźć. Krótkie też pożegnanie z dziewczynami i chłopakami z Kowla, z którymi w tak krótkim czasie bardzo się zaprzyjaźniłem. (....) Wyposażony w niezbędny ekwipunek: ubranie, płaszcz, w czapce wojskowej z prawie że nowym mauzerem na ramieniu, zameldowałem się w Zasmykach u porucznika „Jastrzębia”. Ponieważ Władysława Czermińskiego znałem bardzo dobrze z jego pobytu w Budach Ossowskich, przyjęcie mnie do oddziału odbyło się w miłej atmosferze z zapewnieniem, że będziemy strzelać, ale już nie na boisku do piłki w siatkówkę lub koszykówkę. Po stosunkowo krótkiej rozmowie, zdawkowej i grzecznościowej w takich przypadkach, porucznik „Jastrząb” polecił mi wybrać sobie pseudonim i zgłosić się do ob. „Zawiszy”. Toteż zaraz obskoczyli mnie chłopcy z oddziału: „Szary”, „Maj” i wielu innych, których nie znałem, ale zaraz ich poznałem – pseudonimy, uścisk ręki. „Szary” pyta: Jaki jest twój pseudonim? Powiadam, że jeszcze go nie mam. Chłopcy oglądając mój czrno połyskujący karabinek mauzer, pokrzykują: Ale prima chłopak do nas przyszedł! I tak to „Maj” z „Szarym” podchwycili, że będę teraz „Prima”. Z tym poszedłem do „Zawiszy”. Ten wciągnął mnie do oddziału „Jastrzębia” chrzcząc mnie pseudonimem „Prima”, chłopcy z oddziału poklepywali mnie po plecach, uściskiem ręki potwierdzając mój chrzest. Oddział w tym czasie nie był jeszcze zbyt duży, w ciągu kilku dni poznaliśmy się już wszyscy. Warto tu wspomnieć, że ozdobą oddziału „Jastrzębia” były dwie ( ładne ) niezastąpione łączniczki: Tosia Leśniewska „Wiera” i Joasia Zamościńska  „Bronka”. One to w tych niebezpiecznych czasach przewoziły pocztę, zaopatrzenie oddziału w medykamenty, amunicję i wszystko, co dało się zdobyć lub pozyskać na rzecz jeszcze niewielkiego, w stosunku do zagrożeń w tym czasie, oddziału. W oddziale od samego początku poczułem się dobrze, bezpiecznie, swojsko, jak w rodzinie. Wymagający porucznik „Jastrząb” trzymał dyscyplinę twardą ręką, był przez chłopców lubiany i bardzo ceniony. Z nim od samego początku przeszliśmy obronną ręką, zwłaszcza kiedy nas było jeszcze nie wielu, długi szlak walk w obronie naszych rodzin przed rezunami spod znaku OUN-UPA. Pobyt w oddziale dla chłopca w moim wieku (19lat) w tym strasznym czasie zagrożenia dla naszych rodzin, zwłaszcza ze strony UPA, był wielką przygodą, ale też odpowiedzialnością za nas dowództwa, jak też całego oddziału. Pełniąc warty, kiedy nasi koledzy spali, widzieliśmy w pomieszczeniach „Jastrzębia” przyćmione światło do bardzo późnych godzin jesiennej nocy. To nas zobowiązywało; ufaliśmy swojemu dowódcy. Oddział z dnia na dzień powiększał swój stan liczebny o nowo przybyłych szeregowców, podoficerów, jak też i oficerów. Formowały się drużyny, plutony, kompanie, z czasem bataliony, na wzór prawdziwego wojska. Całe dnie wypełnione były zajęciami teoretycznymi i praktycznymi; znajomość broni, walki wręcz i w polu, służba wewnętrzna, musztra przede wszystkim, głębokie patrole w tereny objęte przez OUN. Trudno mi po wielu latach uporządkować kolejność jakże ważnych wydarzeń, potyczek i zaciętości walk z UPA, a w późniejszym okresie w akcji „Burza” z Niemcami, gdyż nie prowadziłem dziennika. Opiszę to, co utrwaliły szare komórki, co zdołałem zapamiętać, nie będę się posługiwał ani powoływał na daty. Nadeszła późna jesień 1943 roku, a z nią jesienne chłody, długie noce z niewielkimi, ale jednak mrozami. Stodoły Stefanówki z warstwą siana, które służyło nam za nakrycie, rano oszronione wyglądało jak obsypane świeżym puchem.

Fragmenty wspomnień H. Katy opublikowane w książce " Wojenne Wichry" wyszukał i zebrał w całość: Bogusław Szarwiło.

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
481
Odsłon artykułów:
2845344

Odwiedza nas 263 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo