Drukuj
Kategoria: Samoobrona
Odsłony: 778

W Związku z licznymi ruchami wojsk niemieckich oraz węgierskich w rejonie Sarn, spowodowanych przede wszystkim zbliżającym się frontem, nasze dowództwo uznało za konieczne przyspieszenie opuszczenia zajmowanego osiedla. W trybie alarmowym wyruszyliśmy wieczorem w kierunku zachodnim. Była już noc z 27 na 28 grudnia, kiedy zbliżyliśmy się do rzeki Horyń odległej od Folwarku-Osty niespełna 10 km. Zatrzymaliśmy się w zaroślach przy drodze wiodącej na most. Po drugiej stronie Horynia za rozległymi łąkami znajdowała się wioska Horodziec. Była to największa w okolicy wieś ukraińska licząca ponad 400 zagród i ciągnąca się wzdłuż niewielkiej rzeczki Wyrka, wpadającej tuż obok do Horynia. Długość tej potężnej wioski-ulicówki wynosiła ponad 5 km w kierunku zachodnim. Horodziec był znany od dawna jako groźne gniazdo nacjonalistów ukraińskich. Stąd też próba przejścia przez Horyń w tym miejscu wydawała nam się wszystkim bardzo ryzykowna. Nasi zwiadowcy i wysłana szpica czołowa weszli na długi drewniany most w zupełnej ciszy. Nagle zauważono, że do mostu od strony wsi zbliża się furmanka bez żadnego ubezpieczenia. Siedziało na niej trzech pasażerów i woźnica, Szpica pod dowództwem plut. „Misia" zrobiła na nich przed mostem zasadzkę.

Na wezwanie „Misia", by się zatrzymano, jeden z jadących banderowców wystrzelił z pistoletu, raniąc „Misia" w lewą rękę powyżej łokcia. Wtedy nasi piechurzy oddaną salwą ognia zabili od razu wszystkich trzech siedzących z tyłu. Pozostał żywy tylko Ukrainiec woźnica, który błagając o litość wyznał, że wiózł trzech oficerów banderowskich ze wsi Podłużne. W tym czasie kolejny nasz pluton w ślad za zwiadem konnym szybko przeskoczył  most i zbliżył się do skraju wsi. Mimo wymiany ognia na moście w Horodźcu panowała cisza. W ślad za czołowymi pododdziałami cały nasz oddział szybkim krokiem pokonał most i skręcił przed wioską w lewo, drogą wiodącą do wsi Werbcze. Tutaj prowadzenie objął plut. „Grabek" pochodzący z okolic pobliskiej Antonówki i znający dobrze ten teren. Nasze patrole, ubezpieczając marsz sił głównych, zlikwidowały jeszcze grupę mołojców, jadących na kilku saniach z kierunku Werbcza oraz zrobiły pewne zapasy żywności w futorach. Po krótkim forsownym marszu skryliśmy się w lesie, skręcając w kierunku zachodnim. Nasze pojawienie się w nocy w tym rejonie stało się widocznie wielkim zaskoczeniem dla miejscowych mołojców. Nie próbowali nam w tym marszu przeszkodzić. Nikt z nich na pewno się nie spodziewał, że Polacy kiedykolwiek odważą się podejść pod tę twierdzę, a cóż dopiero wejść do wsi. Na pewno to nagłe ryzykowne przekroczenie Horynia i obejście Horodźca od zalesionej strony południowej było dla miejscowych niespodzianką, a dla nas skończyło się szczęśliwie. Dowiedzieliśmy się później, że nasi zwiadowcy przechwycili, jakieś ważne papiery i rozkazy dla miejscowych oddziałów UPA. Wynikały z nich m.in. polecenia, aby w związku z cofaniem się frontu na zachód, wszyscy członkowie UPA zakonspirowali się wśród miejscowej ludności na okres przejścia wojsk frontowych, następnie zaś rozpoczęły działalność zbrojną na tyłach przeciwko wojskom radzieckim. Tymczasem, nie zatrzymując się, szliśmy dalej i dopiero o świcie mogliśmy sobie pozwolić na krótki odpoczynek na skraju spalonej polskiej wsi Perespa, należącej kiedyś do systemu samoobrony rejonu Wyrki. Tutaj każdemu z nas, pochodzącemu z tych okolic, skąd wyszliśmy przed sześcioma miesiącami, serce zaczęło bić mocniej. W pobliżu były tu kiedyś osiedla polskie: Użanie, Tur, Hały, Soszniki, Wyrka, Wyrobki, Siedlisko. Do Huty Stepańskiej, mojej rodzinnej wsi, odległość wynosiła ok. 10 km. Wszystko wokół spalone, oznaczone jeszcze gdzieniegdzie sterczącymi kominami i rozwalonymi piecami. Martwe drzewa owocowe i krzewy wskazywały na miejsca poprzednich zagród. Wokół nie było widać żywej duszy. Cienka warstwa śniegu przykryła na biało ślady tragedii, jaka tu się niedawno rozegrała. Mimo zmęczenia, większość z nas była mocno podniecona. Wracaliśmy  przez swoje rodzinne tereny polnymi, porośniętymi drogami, ze wschodniej rubieży Wołynia na zachód. Tu już nie ma dla nas miejsca, wszędzie pustkowie i grożące to samo nadal niebezpieczeństwo ze strony rozwścieczonych hord nacjonalistów ukraińskich. Okazało się, że nasz postój w rejonie Perespy pod Wyrką nie był przypadkowy Nasz konny zwiad bowiem natknął się na kolumnę kilkudziesięciu furmanek (sań) z banderowcami, którzy nie zachowując żadnych środków ostrożności, zmierzali drogą w kierunku Huty Stepańskiej. Nie zaatakowaliśmy ich jednak ze względu na nasze własne bezpieczeństwo w tym terenie. Wkrótce po porannym posiłku wyruszyliśmy dalej. Prowadził nas, na czele ze zwiadem, plut. „Żubr" - Stanisław Dziekański pochodzący z pobliskiej wsi Wyrka, do której właśnie zbliżaliśmy się. Widok był podobny. Na miejscu rozległej niegdyś i bogatej polskiej wsi widniały tylko ślady przykrytych śniegiem zgliszcz oraz zarośli. Pochodzący z Wyrki, jak np. wspomniany „Żubr", „Ignaś" - Ignacy Dębski, „Szarotka" - Nela Liberówna, kapr. „Gryf" - Stach Sawicki, rozbiegli się w poszukiwaniu ruin swoich domów. To samo było w pobliskiej wiosce Siedlisko, skąd pochodzili: „Kacaś" - Stanisław Janicki, „Poeta" - Stanisław Onuchowski, „Zielona" - Helena Gutkowska i jej brat Edward, „Tyrgrys" - Wiatr Antoni i inni. Dziewczęta płakały. Szliśmy już kilka kilometrów, jakby wielkim cmentarzyskiem niedawnej, jeszcze żywo tkwiącej w naszej pamięci, przeszłości.  Tu właśnie w Wyrce przebywał poprzednio „Wujek" i został dowódcą samoobrony tego rejonu. Stąd ocalali w czasie banderowskiego napadu mieszkańcy uciekali, szukając m.in. ratunku w Hucie Stepańskiej, w noc z 16 na 17 lipca 1943 roku. W Wyrce miał miejsce napad na wycofującą się z Huty Stepańskiej ludność z rana 18 lipca, kiedy to bardzo wiele osób zginęło.  Wszystko to przeżywaliśmy na nowo, widząc znajome, lecz jakże zmienione rodzinne strony. Stało się tam wtedy coś bardzo zaskakującego. Otóż w czasie przechodzenia przez zgliszcza Siedliska, w rejonie byłej zagrody Naumowicza, wyszedł naprzeciwko naszemu patrolowi człowiek ubrany w długi kożuch, buty z cholewami oraz baranicę na głowie. Biorąc naszych chłopaków za banderowców, zbliżył się do nich i zaniemówił. Miał przy sobie pistolet za pasem i toporek, ale z przerażenia nie próbował nawet uciekać. Poznał bowiem Stanisława Dziekańskiego, a ten z kolei poznał w napotkanym znanego nacjonalistę ukraińskiego Iwana Holonkę. Mieszkał on poprzednio na futorze Nowa Ziwkanie daleko Wyrki. Kiedyś razem obaj chodzili do szkoły. Później był znany w okolicy z aktywności w mordowaniu Żydów i Polaków. Co go sprowadziło wtedy na tę drogę w Siedlisku, nikt nie wie. Holonka z przerażenia po prostu zaniemówił, wodząc tylko wokół przerażonym wzrokiem. Stasiek Dziekański, który stracił w Wyrce prawie całą swoją rodzinę powiedział wtedy, jakimś niesamowitym przytłumionym głosem: - Chyba losy opatrzności zesłały ciebie Iwanie na moją drogę w tym miejscu - i chwycił go jedną ręką za kołnierz kożucha, a drugą zdarł z jego łysej, jak kolano głowy baranicę. - Teraz ja się tobą zaopiekuję - wyszeptał złowieszczo i poprowadził go w ruiny pobliskich zabudowań. Widząc desperację Staśka i znając przeszłość Iwana Holonki, nikt mu nie przeszkadzał w egzekucji, jaką przygotował. Z Siedliska wyszliśmy na odcinek starego nasypu kolejowego i stamtąd poprzez uroczysko Styrtka obok Temnego weszliśmy w lasy. Stąd było tylko 4 km do Huty Stepańskiej. Bardzo chciałem tam się dostać. Uznano to jednak za zbyt ryzykowne, gdyż leżała ona na otwartych polach, a ponadto trzeba było zboczyć z kierunku marszu. Zatrzymaliśmy się wkrótce na dłuższy odpoczynek dopiero w lasach, między Omelanką i Romasz kowem.  Z Omelanki pochodził Zbyszek Bielawski - „Żaczek", syn tamtejszej nauczycielki Marii i - miejscowego gospodarza - Jana Bielawskich, jedynak. Był to bardzo sympatyczny, starszy o trzy lata ode mnie chłopak, spokrewniony z sierżantem „Bostonem". Od miejsca naszego postoju do Omelanki było 2 km. Zbyszek w towarzystwie zwiadowców wybrał się tam na chwilę konno. Powrócił zrozpaczony widokiem ruiny, jaką tam zastał, bardzo żałował, że to widział, gdyż lepiej było zachować obraz poprzedni. . Mieliśmy  za sobą 35-kilometrowy odcinek drogi od wyjścia z Folwarku-Osty. Byliśmy już wszyscy bardzo zmęczeni. Po upewnieniu się o sytuacji w okolicy, ppor. „Słucki" podjął decyzję o zorganizowaniu pod Omelanką nocnego biwaku. Rozpaliliśmy ogniska. Zaczął padać śnieg. Starą metodą mościliśmy swoje legowiska gałęziami sosnowymi, rozmieszczonymi wokół palenisk. Nasze patrole krążyły na zmianę całą noc. Nad ranem również i moja drużyna, z Edkiem Libnerem na czele, patrolowała odcinek od strony Romaszkowa. Rankiem 29 grudnia wyruszyliśmy w dalszą drogę, zjadając przedtem prawie wszystkie posiadane zapasy. Na tym odcinku przewodnikiem został sierż. „Boston" - Zygmunt Żołędziewski, który znał ten teren doskonale, gdyż urodził się w niedaleko położonej, spalonej doszczętnie wsi Nierucze, a ponadto pracował przed wojną w pobliskiej osadzie Osowa jako listonosz wiejski .W dalszym ciągu szliśmy przez byłe polskie osiedla spalone wiosną i latem 1943 roku. Były to: Ożgowo, Mielniki, Wilcze, Nierucze, Halinówka, Zahułek. Mijaliśmy w pobliżu Borsuki, Wyszkę, Grabinę, Tchory, Koźle.Prawie ze wszystkich mijanych po drodze byłych polskich okolicznych osiedli pozostali jeszcze w naszym oddziale chłopcy. Na przykład z Temnego pochodzili: „Jeżyk" - Władysław Kobylański i Stanisław Horoszkiewicz, z Tchorów - Emil Dawidowicz, z Wilczego - Hipolit Wysocki; z Nieruczego pochodzili sierż. „Boston" - Zygmunt Żołędziewski, „Blady" - Albin Kopij, „Ryba" - Piotr Kopij. Najliczniejszą grupę stanowili nadal byli mieszkańcy z okolicy Huty Stepańskiej. Pozostało nas jeszcze około 60 osób. Kilku zginęło na Zasłuczu (m.in. wymienieni poprzednio Henryk Sawicki, Bolesław Roman I bracia Kopije), kilka osób chorych na tyfus plamisty zostało po drodze, jak np. moja siostra Mirosława, i inni. Schwytani przez naszych zwiadowców czterej banderowcy, jadący saniami w rejonie byłej kolonii Mielniki, którzy również zostali zaskoczeni ich „banderowskim" wyglądem, wzięci na dochodzenie zeznali, że w całej okolicy krąży już wiadomość o naszym oddziale. Powtarzano, że idzie tu przez lasy kilkutysięczny oddział polski, uzbrojony w armaty i moździerze, że ma silne oddziały kawalerii i że we wszystkich okolicznych banderowskich stanicach ogłoszono alarm i pogotowie. Dowiedzieliśmy się również, że banderowcy szykują się do spotkania z nami w pobliskich lasach .Wiadomość o naszej sile była zjawiskiem dla nas korzystnym. Jednak rzeczywistość nakazywała nam nadal wykorzystywać zaskoczenie i pośpiech, by nie zostać „rozszyfrowanymi". W pobliżu trasy naszego marszu leżało szereg dużych ukraińskich wsi. Były to: Majdan Lipeński, Chołoniewicze, Harajmówka, Czernyż, Bereściany, Żurawicze, Horodysz-cze, Silno i inne. Według informacji zebranych przez zwiad w wioskach tych stacjonowały silne garnizony banderowskie, mające na tym terenie pełną swobodę działania. Szliśmy forsownym marszem zwartą kolumną w pełnej gotowości bojowej na wypadek ataku. Torującymi drogę i ubezpieczającymi na zewnątrz byli niezastąpieni, w tych leśnych bezdrożach, nasi konni zwiadowcy. Do wieczora pokonaliśmy kolejny, ponad 30-kilometro- wy odcinek trasy. Padający przez cały dzień śnieg maskował za nami ślady, co też w tych warunkach było dla nas korzystne .Byliśmy już skrajnie wyczerpani, kiedy wreszcie zarządzono odpoczynek w rejonie zniszczonych zabudowań gajówki Łopateń. Znaleźliśmy się na terenie byłego powiatu łuckiego, gminy Silno. Okoliczne lasy należały kiedyś do Radziwiłłów, mieniących się tutaj przed wojną, jako „panowie na Cumaniu i Ołyce".  W rozstawionych na ogniskach kotłach zaczęto szybko gotować mięso z kilku jałówek zdobytych po drodze przez naszych zwiadowców w rejonie Bereścian. Zapasy chleba i sucharów już się praktycznie skończyły. Kończyły się również zapasy soli. Przez cały dzień prawie nic nie jedliśmy. Byliśmy bardzo głodni i nie mogliśmy się doczekać, kiedy wreszcie dostaniemy kawałek mięsa z gorącym rosołem. Zaspokoiliśmy jakoś głód dopiero przed północą. Wiele osób było przeziębionych i miało temperaturę, wielu skarżyło się na bóle głowy i osłabienie. Wszystko wskazywało na dalszy rozwój epidemii tyfusu. Brak fachowej opieki lekarskiej oraz biwakowanie pod gołym niebem, problem ten znacznie komplikowały. W ciągu nocy, jak zwykle, zostały wystawione wokół zajmowanego rejonu posterunki i patrole. Nad ranem jeden z naszych patroli został ostrzelany po wyjściu na polanę od strony wsi Żurawicze. Po krótkiej wymianie ognia grupa banderowców na saniach szybko się oddaliła. W naszym obozie został ogłoszony alarm. Zwiad konny wyjechał w teren. Zarządzono natychmiastowy wymarsz. Kiedy się rozwidniło byliśmy już w drodze przed Kłobuczynem, pozostawiając za sobą kilkukilometrowy odcinek otwartego terenu, po czym znów zagłębiliśmy się w lasy. Podtrzymywało nas na duchu to, że do celu naszej podróży pozostało już tylko nie całe 20 km. Po trzech nieprzespanych nocach prawie ostatkiem sił dotarliśmy w południe, 30 grudnia 1943 roku, do spalonej osady Zofiówka. Część z naszych kolegów i dziewczyn nie mogła już iść o własnych siłach. Zabrały ich nasze tabory. Stąd po krótkim odpoczynku i nawiązaniu łączności z dowództwem samoobrony Przebraża, przenieśliśmy się na noc do miejsca naszego dłuższego pobytu w uroczysku Zagajnik. Przyjęto nas tutaj gościnnie. Oddział nasz rozmieścił się w kilku opuszczonych zagrodach odległych od kolonii Przebraże około 4 km na północ. Tutaj spotkaliśmy nowy - 1944 - rok, który w większości przespaliśmy, odtwarzając pod względem fizycznym swoją zdolność bojową. Byliśmy bowiem mocno wycieńczeni, głodni, obdarci, brudni, a w dodatku wielu było chorych. Atakował nas nadal tyfus, świerzb i wszawica. Chorych na tyfus umieszczono od razu oddzielnie. W czasie świąt noworocznych wspominaliśmy swoje niedawne dzieje i swoich bliskich oraz znajomych, których utraciliśmy. Czując się znów względnie bezpiecznie, wprost wierzyć się nie chciało, że udało się nam dotrzeć tu szczęśliwie przez to gąszcze banderowskich garnizonów, pokonując w ciągu trzech dni pieszo ponad 80- kilometrową trasę. Podziwiali nasz wysiłek i odwagę członkowie miejscowej samoobrony, jak również skupiona tu ludność .Skierowany do naszego oddziału lekarz dokonał szczegółowych oględzin każdego z nas z osobna - wszystkich. Musieliśmy się rozbierać do naga. Dostarczono nam maść przeciwświerzbową oraz jakieś proszki i płyny przeciwko wszawicy. Musieliśmy się krótko strzyc i golić. Otrzymaliśmy trochę bielizny, ubrań i obuwia. Zorganizowaliśmy sobie kąpiele w ciepłych izbach oraz „banię" - saunę w opuszczonym chlewiku. Wszystko to poprawiło wkrótce znacznie nasze samopoczucie. W celu zdobycia żywności zmuszeni byliśmy, w porozumieniu z miejscową samoobroną, dokonać paru udanych wypadów do okolicznych wsi ukraińskich. Spowodowało to kilka potyczek z banderowcami. Byli wśród nas ranni. Pamiętam nasz wypad na niedaleko położoną na północy ukraińską wioskę Jaromlę, gdzie starliśmy się z dużym banderowskim oddziałem, odnosząc zwycięstwo. Mieliśmy odtąd z tej strony spokój. Czas na Przebrażu upływał nam szybko na służbach, dyżurach, patrolowaniu terenu i wypadach po żywność do okolicznych ukraińskich osiedli. Część z tych wiosek, bliżej leżących Przebraża, była też przez ludność ukraińską opuszczona.0 Przebrażu i zorganizowanej tam samoobronie słyszeliśmy wiele, trwając jeszcze na swej ojcowiźnie w Hucie Stepańskiej. Obecnie mieliśmy okazję obejrzeć to wszystko na miejscu. Jako kilkunastoletni chłopak, nie miałem wówczas żadnych kontaktów z kierownictwem tej samoobrony, ani też nie znałem ówczesnych struktur organizacyjnch.  (...)To co zapamiętałem wskazywało na objęcie systemem samoobrony kilku okolicznych polskich osiedli rozmieszczonych w terenie, w większości zalesionym, w promieniu kilku kilometrów. Były to osiedla: Przebraże, Komarówka, Rafałówka, Hermanówka, Dobre i Józefin. Urządzono tu swego rodzaju obóz warowny. Wokół osiedli zbudowane zostały stanowiska ogniowe, oraz tzw. „bunkry" typu polowego, było tam wiele zapór z drutu kolczastego oraz leśnych zasieków z powalonych drzew. Oprócz stałych załóg w okolicznych samoobronach osiedli, istniał silny odwód wraz z własną artylerią (armaty 45 mm) oraz liczną bronią maszynową, zdolny do szybkiego manewru i udzielenia pomocy na zagrożonych kierunkach. System ten, jak się okazało w praktyce był bardzo skuteczny, czego dowodem były nieudane do końca próby unicestwienia tej „twierdzy" przez liczne hordy UPA. Znalazło tu schronienie kilkanaście tysięcy osób z okolicznych zagrożonych polskich osiedli rozrzuconych, przeważnie kolonii, wśród olbrzymich wiosek ukraińskich. Cały ten obszar znajdował się pod jednolitym dowództwem cywilnym i wojskowym, które potrafiło utrzymywać dobre stosunki zarówno z partyzantami radzieckimi, jak również z okupacyjnymi władzami niemieckimi w pobliskich Kiwercach i Łucku. Jak dowiedzieliśmy się później, panowała tu także ścisła współpraca z przedstawicielami Armii Krajowej w Lucku i Kiwercach     .W tym okresie były bardzo znane na terenie Przebraża dwa nazwiska: dowódcy całej samoobrony - Henryka Cybulskiego oraz sprawującego funkcję komisarza cywilnego tego rejonu - Ludwika Malinowskiego. Najistotniejsze w tym wszystkim było to, że zgromadzonej tu ludności polskiej udało się przetrwać do zakończenia wojny, a więc to, czego się nie udało nam w Hucie Stepańskiej i w wielu innych ośrodkach polskich na Wołyniu.

 Fragmenty książki Cz. Piotrowskiego "Przez Wołyń i Polesie", wyszukał i wstawił b. Szarwiło